Nie mam autorytetów. Rozmowa z Jaśminą Polak
( 29.09.2026 )
Jaśmina Polak nie odbiera telefonów, gra w gry wideo i mieszka w lesie, gdzie ma ruter z szyszek i psa, tak jak zawsze chciała. Czy tego chce czy nie, pozostaje jedną z najlepszych polskich aktorek filmowych i teatralnych. Z gwiazdą „Hardkor Disko”, „Zielonej granicy” oraz „Wzgórza psów” rozmawiamy o wszystkim.
Co sądzisz o takiej życiowej maksymie: „Jeśli zacznę odbierać telefony, ludzie nie przestaną dzwonić”?
Nieznane numery budzą we mnie lęk. Nie wiem, czy dzwoni komornik, czy ktoś, z kim mam coś zrobić, albo ktoś, z kim miałam coś zrobić, ale tego nie zrobiłam. Ostatnio próbuję też przezwyciężyć nieumiejętność mówienia „nie”. Zgadzam się na rzeczy, a potem generalnie ich nie chcę, nie potrafię powiedzieć „nie”. Ćwiczę odmawianie.
Zdarzyło ci się wystąpić w filmie albo w spektaklu, w którym nie chciałaś grać?
W teatrze? Mnóstwo razy, choć to akurat ze względu na etat. Czasem chodzi o kasę, czasem o brak faktycznego zainteresowania, czasem o poczucie presji, że jednak trzeba coś robić, co jakiś czas się gdzieś pojawić, bo inaczej znikniesz. To mechanizmy, w które wchodzisz bezwiednie.
FOMO?
Chodzi mi teraz o to, żeby temu FOMO napluć w pysk. Nie dać się wplątać w ten system – że coś powinnam, że „nie ma mnie wystarczająco”, że muszę mieć za co żyć i tak dalej. Czasem mawiam: „to jest wbrew psu”. Chcę się skoncentrować na tym, co mam w głowie, inwestować w to, co mnie rusza, i robić rzeczy po swojemu. Może to będzie kongenialne, a może zniknę, nie wiem.
Bardziej się boisz tego, że o tobie zapomną, czy tego, że nie będziesz miała pieniędzy? W teatrze raczej ciężko zarobić na emeryturę.
W pewnym momencie etat w teatrze przestał mi się opłacać. Plan filmowy stał się ważniejszy niż próby na scenie. Głównym powodem mojego odejścia z etatu była jednak sama higiena pracy, wypalenie po 11 latach robienia teatru w dużych instytucjach, w których pracuje się intensywnie.
Jaśmina Polak, fot. Arek Kowalik
To może zabawny cytat? „Jaśmina Polak przełamuje utrwalony w polskim teatrze model kariery biernej. Zamiast wyczekiwać na kogoś, kto odkryje jej talent, stosuje strategię ofensywną, samodzielnie poszukując dla siebie optymalnej przestrzeni rozwoju”. To jesteś w końcu aktywna czy nie? W mediach raczej cię nie widać.
Może się powtarzam, ale przytoczę słowa Jamesa Gandolfiniego. Powiedział, że nie udziela wywiadów i nie pojawia się na ściankach, ponieważ jest od grania tak samo jak piekarz od pieczenia. Nikt z kamerą do piekarni nie przychodzi, nie zadaje pytań i nie pokazuje tego w telewizji. Pewnie płacę za to dużą cenę. Wszyscy mi powtarzają, że trzeba być widocznym. Nikt mi jednak nie wmówi, że jest to część mojej pracy.
Promocja filmu jest częścią twojej pracy.
Według mnie promocja filmu to nie udzielanie wywiadów kolorowym magazynom, tylko rozmowa o filmie z kimś, kto się na kinie zna. Umowa mnie zobowiązuje do pewnych rzeczy, ale wiem, że nie jestem w tym dobra. Czuję dyskomfort podczas wywiadów. Nie lubię chodzić na rozmowy do prasy kobiecej, być pytana o to, jak mi się pracowało na planie albo jak budowałam tę czy inną postać. No z klocków LEGO. Dla mnie zupełnie czym innym jest branie udziału w zdjęciach do filmu, a czym innym – bycie niby-sobą na jego premierze.
A ty w ogóle lubisz być aktorką?
Są zabawne momenty. To bardzo nieprecyzyjne słowo, ale czuję się teraz nieco bardziej interdyscyplinarna. Miałam okazję popracować w teatrze za granicą i mnie olśniło. W Polsce istnieje jednak mocny system szufladkowania osób, zawężania ról, sprowadzania aktorów do określonych funkcji. Jeśli raz zostaniesz nazwany aktorem, będziesz aktorem do końca życia. Uprawiasz aktorstwo i koniec. A mnie interesują inne rzeczy, inne zadania twórcze, niekoniecznie aktorskie. Nie wiem, czy lubię być aktorką. Może lubiłabym być kimś innym, ale nie dałam sobie dotąd wystarczającej przestrzeni do takich poszukiwań.
Sebastian Fabijański jest raptorem, czyli i raperem, i aktorem.
Don’t get me started. Jeszcze walczy w klatce. I maluje. A dodatkowo robi to wszystko z teatralnym rozmachem. Mnie na takim rozmachu nie zależy, niekoniecznie chcę być pamiętana. Po prostu sama chciałabym poszukać czegoś dla siebie. Nawiązując do słów, które zacytowałeś, czekam, aż rzeczy same do mnie przyjdą. Jestem w takim momencie, że chciałabym posłuchać intuicji i instynktu, zacząć robić filmy – ale takie, które naprawdę mam ochotę robić, z głębi duszy.
Czyli jakie?
Moim marzeniem jest horror. To hiperfascynujacy gatunek, ale jeśli faktycznie nakręcę horror, to ludzie raczej go nie obejrzą. Nie sądzę też, że dostanę pieniądze z PISF-u. Mogę powiedzieć tyle, że myślę o body-horrorowych klimatach kina klasy B. W tej sferze jest więcej swobody, nie potrzebujesz aż tak poważnych środków. I mam dobrą drużynę – co chyba jest podstawą – żeby w dobrym środowisku sprawdzać własne pomysły i umiejętności, to, co się w tobie tli. Mam świetne doświadczenia w pracy z przyjaciółmi. Masz wtedy poczucie, że twoje pomysły nie są debilne. Nikt nie próbuje cię formatować, nic nie zgrzyta.
Wyłania się z tego jakiś wątek systemowej gehenny, choć zewsząd płynie przecież pieśń o profesjonalizacji branży filmowej.
Mówię raczej o dilowaniu z samą sobą na planie, z moją osobowością i moimi lękami. Stąd wynika nieodbieranie telefonu, brak pewności siebie w wielu sytuacjach. Ostatnio wzięłam udział w zagraniczych projektach, w których w ogóle tego nie czułam i było to dla mnie odświeżające, trochę zmieniło moje podejście do zawodu. Nie chodzi mi o to, żeby stawiać kogokolwiek w złym świetle. To moja wewnętrzna walka.kogokolwiek w złym świetle. To moja wewnętrzna walka.
Jaśmina Polak, fot. Arek Kowalik
Czujesz się częścią jakiegoś alternatywnego nurtu w polskim kinie? „Hardkor Disko” Skoniecznego, „Mowa ptaków” Żuławskiego czy „Las” Joanny Zastróżnej to nie są produkcje dla widzów od lat pięciu do stu pięciu.
Lubię eksperymenty. Nawet kiedy pomyślę o tym, co lubię oglądać, nie przychodzą mi do głowy mainstreamowe produkcje. Nie wiem, czy dygnęłabym na przykład jakąś ważną postać w filmie biograficznym.
A w co ostatnio grałaś?
W „Obcego: Izolację”. Cały czas się trzęsę.
Czy aktorzy powinni być wszystkożerni – konsumować książki, filmy, gry? Ty jesteś. Czy ten nadmiar wiedzy i odniesień nie przeszkadza w pracy?
Chyba zdecydowałam się zostać aktorką właśnie przez to, że oglądałam dużo filmów i za dzieciaka marzyłam, żeby zagrać w tym slasherze albo w tamtej komedii. To, czy wiedza pomaga czy przeszkadza, zależy też od ludzi, z którymi się pracuje. I jest kwestią zaufania. Jest okej, jeśli ktoś ci ufa i wie, że jesteś kreatywną osobą. Ale jeśli ktoś próbuje cię poukładać, pojawia się stres. Mam spory problem z odgrywaniem czegoś, co nie płynie bezpośrednio ze mnie. Nie wiem, czy to ma sens, ale nie lubię być pakunkiem. I w pakunku.
Pakunek, czyli gatunek, konwencja? Tak się stało z twoją rolą we „Wzgórzu psów”.
To może być gatunek, jasne. We Wzgórzu psów miałam być kimś zupełnie innym, niż jestem. Zwykle w takich sytuacjach moja intuicja gdzieś znika. Ale czułam, że to był po prostu pomysł na sprawdzenie jakiegoś modelu „przeciwko mnie”; że intuicja to jedno, a aktorskie zadanie to drugie. Moja postać ma 43 lata, ma być dojrzalsza od swojego partnera. Ja jestem 10 lat młodsza, to jednak dwie różne wrażliwości.
Kojarzysz mi się z gwałtownością, dynamiką, z jakimś pierdolnikiem w kadrze. W twoich teatralnych rolach sporo jest ruchu, tańca, ekspresji. A Justyna ze „Wzgórza...” jeździ na jałowym biegu, jest dość statyczna i w działaniu, i w kadrze.
Czułam tę statyczność. I prawdę mówiąc, byłam tym trochę przerażona, nie do końca rozumiałam tego rodzaju emocje. Z drugiej strony odnalazłam w nich jakiś sens tej postaci. Wiem, w czym brałam udział, i myślę, że właśnie cały ten trud, zgrzyt i ciężar definiują tę bohaterkę. Załapałam to, co najważniejsze – że sama muszę zwolnić i jakoś być z Justyną w tym wszystkim, trwać w tym zgrzycie.
Chciałbym ci zadać idiotyczne pytanie o to, kiedy poczułaś, że chcesz iść w aktorstwo. Ale może w twoim przypadku nie jest aż tak idiotyczne, skoro często opowiadasz o jakiejś deziluzji?
Wątpliwości zaczęły się rozwijać, kiedy przystąpiłam do edukacji aktorskiej. I rozwijają się do tej pory. Może nie „wątpliwości”, tylko jakiś proces wychodzenia z naiwności. To było podyktowane wieloma względami. Jako nastolatka oglądałam po trzy filmy dziennie. Byłam strasznym nerdem i miałam mylne wyobrażenie o tym, co aktorstwo może znaczyć w życiu. Wydawało mi się, że wszyscy są bożymi szaleńcami. A potem odkryłam, że istnieje sporo ludzi, którzy traktują siebie bardzo poważnie. A co jakiś czas zderzasz się z rolą albo z inną zawodową sytuacją i sobie myślisz: o kurczę, to chyba jednak nie jestem ja.
Jaśmina Polak, fot. Arek Kowalik
Mówisz o kryzysie autorytetów?
Kiedyś Jan Klata mnie wybronił na konferencji po spektaklu. Zapytano mnie, kto jest dla mnie autorytetem i powiedziałam, że nie mam takiej osoby. Pan się strasznie obraził, ale Klata nie miał wątpliwości: „Nie, nie, nie, nie, to jest właśnie dobra odpowiedź”. Miewam rozmaite fascynacje. Myślę jednak, że te autorytety trzeba cały czas zabijać w sobie, żeby w ogóle móc się rozwijać.
Decyzja o odejściu z etatu była ryzykowna.
Czasem ciało i umysł podpowiadają ci, że nie jesteś w miejscu, w którym powinieneś być. Ty też odszedłeś z pracy, więc wiesz, jak to jest. To był długi proces walczenia ze sobą. No bo przecież muszę, powinnam, i tak dalej. Ale skoro w ogóle miałam takie wątpliwości, to raczej nie musiałam. To się nie odbywa od razu, nie mówisz „fuj”, tylko dojrzewasz powoli do tego, żeby poszukać jakiejś nowej drogi. I naglę stwierdzasz: okej, zniknęły zgrzyty, zniknął ten wewnętrzny dygot, wiem już, że powinnam być gdzie indziej.
Może fakt, że pracujesz ciałem, sprawia, że wysyła ci ono więcej sygnałów?
Myślę, że tak. Sporo teraz myślę o tym dygotaniu, pomagam znajomej przy researchu do spektaklu o lęku. I rzeczywiście, zwracam sporo uwagi na ciało, widzę więcej subtelności w jego języku.
Trudno się rozmawia o aktorstwie, bo nie mamy do tego narzędzi. Wciąż jednak myślimy modernistycznymi kategoriami, a ty używasz słowa rzemiosło i opowiadasz o jakiejś intymności tego doświadczenia.
Gdy rozmawialiśmy o tym, że nie lubię wywiadów, że nie bywam, że nie promuję, od razu w mojej głowie pojawiło się właśnie słowo „intymność”. Prawdę mówiąc, jest mi bardzo trudno o tym rozmawiać. Myślę o aktorstwie i w kategorii rzemiosła, i jako o intymnym wewnętrznym procesie. Nie jestem dobra w nazywaniu tego. Nie potrafię tego analizować. Nawet w trakcie pracy nie rozmawiam o tym zbyt dużo. Jezus chyba nie piekł. A ja po prostu piekę. Jak Gandolfini. Nie wiem, co ciekawego mogłabym o tym chlebie powiedzieć. Ale proszę go jeść.
Wywiad został opublikowany w pierwszym roczniku drukowanego magazynu „Mint” (2025).