„Zidane, portret XXI wieku”, reż. Douglas Gordon, Philippe Parreno, 2006, kadr z filmu
„Zidane, portret XXI wieku”, reż. Douglas Gordon, Philippe Parreno, 2006, kadr z filmu

Nie mogę zapomnieć o mundialu. Esej piłkarski Piotra Sadzika

( 10.06.2026 )

Mundial wywołuje nieistniejącą już nigdzie indziej „atmosferę święta i baśniowego, harmonijnego współistnienia narodów”, a więc emocji, wobec których nacjonalistyczna prawica jest bezradna.

Kiedy redakcja „Minta” zaproponowała mi napisanie tekstu o mundialu, bez wahania odmówiłem. A raczej odmówiłbym, gdybym po chwili nie zaczął się wahać.

Bo przecież ten mundial nie ma sensu. „Gdybyście napisali do mnie” – pisałem w tym nienapisanym mailu – „4, 8, 12 lat temu o tej porze roku, myślałbym już tylko o tym, kto z kim w grupie, jak układa się drabinka, kto wypadł z turnieju z powodu kontuzji. A teraz? Emocje jak na grzybach, turniej absurdalnie rozdęty, reprezentacje jakości lekko-półśmiesznej, do tego bandyta Trump, na nic tu nie czekam”. Ale im dłużej utwierdzałem się w odmowie, tym bardziej rósł we mnie wewnętrzny Guido Anselmi. Im bardziej wiedziałem, że nie chcę tego tekstu pisać, tym bardziej rosło we mnie przekonanie, że to jest właśnie tekstu właściwy temat.

Za mną 8 mundiali. Bezlitosność tej liczby polega na tym, że odbywają się one w czteroletnich odstępach. Oczywiście więc świta mi w głowie, że uprawiam tylko starcze biadolenie. Na pewno ktoś, kto ma usiąść do swojego pierwszego turnieju, wciąż wypatruje go z ekscytacją. A jednak uważam, że każdy tekst o piłce jest zawsze tekstem o całym świecie. Tak więc też tekst o pokracznym mundialu musi być tekstem o rozpadzie znanego nam świata, a to już chyba coś więcej niż tylko żale człowieka, który zastanawia się, czy obejrzał 8 mundiali, czy obejrzy 8 i pół.

Dziękujemy!

FIFA World Cup 2018, zwycięstwo Francji, źródło: Wikimedia Commons

Na początek kronikarski obowiązek: to pierwszy mundial, w którym uczestniczy tyle drużyn (48), pierwszy, który obejmuje cały kontynent, pierwszy raz jeden z gospodarzy (USA) jest w stanie wojny z jednym z uczestników (Iran), pierwszy raz mamy trzech gospodarzy, z czego jeden ustami swojego prezydenta do niedawna groził drugiemu aneksją (Kanada), a trzeciemu zbrojną inwazją (Meksyk). Chyba tylko częścią z tych rzeczy FIFA chciałaby się chwalić.

*Reklama

Jeśli ktoś podchodzi serio do zadania pt. „obejrzeć mundial”, to mu się to nie uda. Pomijam oczywiste w takich sytuacjach przesunięcia wynikające z różnicy stref czasowych (mecze będą rozgrywane w aż 4, znów po raz pierwszy!). Meczów jest za dużo. Mundial dopadły zresztą zmiany od dawna zauważalne w innych przestrzeniach tego sportu. W pierwszej kolejności cierpią na tym ciała sportowców, wyżymane do granic możliwości przez władze piłkarskie, które znalazły sobie w nich maszynki do robienia pieniędzy. Cierpi też jednak sama ranga meczów. Kiedy świetne drużyny mierzą się ze sobą kilka razy w tygodniu, zanika ostateczność rozstrzygnięć.

Koniec z grupą śmierci

Na mundialu będziemy mieć z kolei do czynienia z sytuacją idealnie odwrotną, ale prowadzącą do tego samego skutku. Rozdęcie turnieju (o 16 drużyn w stosunku do poprzedniego turnieju!) sprawia, że odbędzie się wiele meczów drużyn już nawet nie ze średniej półki. Ekscytująca zawsze instytucja „grupy śmierci”, kiedy faworyt mógł żegnać się z rozgrywkami już po fazie grupowej, praktycznie przestaje istnieć. Ale i inni będą mieli szansę się prześlizgnąć, bo wyjście do 1/16 finału zapewnią sobie nawet najlepsze drużyny z trzecich miejsc. Jakby tego było mało, dochodzi absurdalnie nieprzejrzysty system kwalifikacji, który sprawia, że na mundial (akurat kosztem Polski) jedzie np. Szwecja, która w eliminacjach nie wygrała ani jednego meczu (!).

Jest to symptomatyczne, a winowajca jest jeden. Widać w tym wszystkim kapitalistyczną niezgodę na skończoność. Skończoność, której jednym z wymiarów było to, że odpadasz, nie przechodząc eliminacji, odpadasz, zajmując 3 miejsce w grupie, bez tratw ratunkowych czy bocznych furtek. Zmiany w piłce zmierzają do maksymalnego rozwodnienia poczucia ostateczności. Uprzywilejowuje się więc magmowato rozlewający się turniej, bo wraz z nim magmowato poszerza się rynek. Na pewno za to nie będzie się rozszerzać długość spotkań. Biorąc pod uwagę zawężający się attention span wśród młodszych pokoleń, coraz większe rzesze zainteresowanych wcale nie oglądają całości meczów, przez co FIFA przebąkuje o zamachu na uświęcone tradycją 90 minut gry dzielonych na 2 połowy. Ma być jeszcze więcej, jeszcze szybciej.

Dziękujemy!

FIFA World Cup 2010, zwycięstwo Hiszpanii, źródło: Wikimedia Commons

Jest więc mundial kolejną odsłoną opowieści o tym, w jaki sposób kapitalizm zdemolował nam samą możliwość święta. I oczywiście wiem, że nigdy nie było owego „było” z „kiedyś to było”, a już drugi turniej, w 1934 roku, miał być manifestacją siły gospodarza – faszystowskich Włoch. A jednak całe nasze kibicowskie życie było obserwacją kolejnych faz deregulacji, czym piłka zapowiadała analogiczne procesy zachodzące w przestrzeni globalnej ekonomii. Efektem jest u mnie już nie oburzenie, ale znudzenie.

*Reklama

Biorąc pod uwagę gargantuiczność turnieju, FIFA opakowuje go w zwyczajowy marketingowy bełkot o „wyjątkowości” i „niepowtarzalności”. Na ten jednak coraz mniej ludzi się nabiera. W hotelach pustki równie duże jak strach przed plajtą, który zajrzał branży w oczy. Ale też jak ceny biletów, wywindowane przez FIFA, którą należy cenić za konsekwencję. Skoro nie słynie z cnót, dlaczego na liście swoich cech miałaby umieszczać powściągliwość? Frekwencja wśród miejscowych pozostaje niewiadomą. Choć w rozwój „soccera” w kraju, który za „football” ma futbol amerykański, wpompowano ogromne pieniądze, a od kilku lat po tamtejszych klubowych boiskach biega chociażby Lionel Messi, Ameryka wciąż pozostaje raczej intratnym dodatkiem do sportowej emerytury dla sław przechodzących w smugę cienia.

Jeśli z kolei chodzi o kibiców z drugiej półkuli (choć dotyczy to też Ameryki Południowej), od podróży za ocean odstrasza (oprócz oceanu) gościnność ICE oraz innych trumpowskich służb federalnych. Właśnie przed chwilą przekonała się o tym reprezentacja Senegalu potraktowana na lotnisku jak potencjalni przestępcy czy kluczowy afrykański sędzia Omar Artan, którego nie wpuszczono do Stanów, chyba ze względu na wielokrotnie wyrażaną nienawiść Trumpa do Somalijczyków. Bo choć Greg Bovino chwilowo został umieszczony w schowku, nie brakuje jego następców w trudnym dziele role play’owania pewnych oddziałów znanych z europejskich ulic lat 30-tych. Oczywiście są też inni gospodarze i w nich nadzieja. Kanada, która do niedawna nie miała własnej piłkarskiej ligi, w tej roli debiutuje. Meksyk dla odmiany występuje po raz 3, a dwa poprzednie razy były albo wielkimi turniejami pożegnań postaci z piłkarskiego panteonu (Pelé w 1970 roku), albo do panteonu wkroczeniem (Maradona w 1986). Jednak wspominam o USA, bo mimo trójki gospodarzy podział meczów rozkłada się wyjątkowo asymetrycznie. ¾ z nich odbędzie się w kraju, który mimo że zapowiedział bycie „Great Again” i rozszerzył swoje nazewnictwo na zatokę niegdyś nazywaną Meksykańską, wciąż nie jest niestety Great Enough, by pomieścić piłkarzy Iranu. Donald Trump, który zakończył tyle wojen, że aż pogubił się w ich liczbie, jest w klinczu, bo przez to, że ogłosił już zwycięstwo w wojnie z Iranem, nie może jej faktycznie zakończyć. Na osłodę pozostają mu więc groźby pod adresem irańskich piłkarzy, a sytuacja, w której prezydent kraju-gospodarzu mundialu okazuje tego rodzaju uprzejmość, wydarza się oczywiście po raz pierwszy. Dodajmy przy tym, że reprezentacja Iranu razem ze swoimi kibicami niejeden raz dowodziła, że nie jest biernym przedłużeniem reżimu ajatollahów. 4 lata temu odmówiła śpiewania hymnu, który sławi wieczne „trwanie islamskiej republiki”. Trybuny zaś stały się okazją do manifestowania solidarności z odbywającymi się pod hasłem „Jin, Jiyan, Azadî” („Kobieta, Życie, Wolność”) protestami przeciwko hidżabom. Teraz jednak Trump gracją swoich posunięć doprowadził do tego, że irańscy piłkarze mogą obawiać się w Stanach o swoje bezpieczeństwo. Z propozycją gościny dla Irańczyków, którzy mecze grupowe rozegrają w najikoniczniej amerykańskich Los Angeles i Seattle, wystąpiła Claudia Sheinbaum, prezydentka współgospodarza turnieju, Meksyku. Irańczycy zamieszkają najpewniej w Tijuanie i na część meczów będą musieli lecieć ok. 2000 km. Z kraju, od którego Trump odgrodził USA wysokim murem. Atmosfera sportowego święta!

Dziękujemy!

Diego Maradona, 1986, źródło: Wikimedia Commons

Mundial epoki autorytaryzmów

W świątecznym humorku jest z pewnością szefujący FIFA arcymistrz korupcji i generowania marketingowych zaklęć bez grama treści, czyli Gianni Infantino. Na otarcie łez po braku pokojowego Nobla wręczył Trumpowi specjalnie na tę okazję stworzoną Pokojową Nagrodę FIFA. Pozornie Infantino nie jest jednym z tough guys w rodzaju Putina czy Xi Jinpinga, których podziwia Trump. To raczej przymilny akwizytor, który – zapewniając, że chce tylko porozmawiać – z obłym uśmiechem próbuje nam opchnąć jakiś szajs. A jednak z Trumpem tworzą parę idealną. Pasja dialogu i „tworzenia jednej piłkarskiej rodziny” sprawia, że Infantino chciałby bratać się z dowolnym zbrodniarzem, byle pieniądz płynął do jego własnej kieszeni. Oto więc mundial epoki autorytaryzmów. Oczywiście, niby nic nowego. Poprzedni odbywał się w Katarze, który za pomocą mundialu dokonywał sport washingu swojej dyktatury, a przy okazji wymógł przesunięcie rozgrywek ze zwyczajowej pory na listopad i grudzień, znośniejszy, jeśli chodzi o temperatury panujące w Zatoce Perskiej. Poprzedzający go turniej to z kolei putinowska Rosja, która wtedy już od 4 lat bandycko okupowała Krym. A jednak nowe jest to, że ten gargantuicznie przepompowany mundial odbywa się nie w satrapii, z której wątpliwą renomą się pogodzono, ale w dużej mierze w Stanach, będących do niedawna gwarantem globalnego demoliberalnego ładu.

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Recenzja ) ( Angelika Kucińska )

Czy shoegaze może być polityczny? Zespół DIIV

W ten sposób nadchodzący mundial symptomatycznie spina się klamrą z pierwszym, jaki widziałem, a zarazem pierwszym rozgrywanym w USA. Kiedy poparzony słońcem (gra w piłkę bez koszulki) leżałem w domu rodzinnym parnym latem 1994 roku i zobaczyłem Roberto Baggio, przekonany, że tylko my dwaj na świecie mamy ten sam „ogonek”, Ameryka była synonimem lepszego świata, sfetyszyzowanym obiektem westchnień transformacyjnej Polski na dorobku. 32 lata później Ameryka nie jest już modelem nawet dla samej siebie. Dlatego każda opowieść o tym mundialu musi się też stać opowieścią o rozpadzie świata fundowanego przez PAX Americana. Droga, jaką przebyliśmy przez ten czas, zakreśla trajektorię zmian zarówno naszego stosunku do Ameryki, jak też jej geopolitycznego statusu. I chyba nie przypadkiem najnowsza polska proza (Agnieszka Jelonek, Jul Łyskawa, Monika Muskała) na różne sposoby rozpisuje to nasze pożegnanie z Ameryką – kolektywne rozbicie marzeń, których generatorem i sednem była Ameryka.

Nie, ten mundial nie ma sensu.

Dziękujemy!

Roberto Baggio, 1994

Życie odmierzam piłkarskimi turniejami

A jednak jakkolwiek nie boczyłbym się na FIFA, nie uważał Trumpa za szkodliwego idiotę, nie dostrzegał bandyckich stron tej imprezy, nie mogę zapomnieć o mundialu. To pierwszy oglądany mundial podsunął mi pierwsze punkty orientacyjne w świecie. Uczyłem się czytać na książkach o historii futbolu. Cyfry poznawałem, przeglądając tabele z wynikami historycznych meczów. Map nauczyłem się dzięki lekturze katalogu z wypisem federacji piłkarskich. To rytm mundiali daje mi rozeznanie i pozwala uporządkować w czasie zdarzenia. Dosłownie więc życie odmierzam piłkarskimi turniejami.

Mimo to mówię sobie: nie, nie włączę.

A jednak najnowszy numer magazynu „Kopalnia”, jednego z najważniejszych pism kulturalnych w Polsce, tylko pozornie zajmujących się wyłącznie piłką, przypomniał odpowiedź, jakiej udzielił Jerzy Pilch na pytanie, czy na mistrzostwach w 2014 roku obejrzał wszystkie mecze: „nie widziałem drugiej połowy Honduras-Ekwador i do tej pory sobą gardzę”.

I wiem, że nie będę spał tej nocy, kiedy Jordania wyjdzie na mecz z Algierią. Wiem, że to może jedyny raz w życiu, żeby zobaczyć na mundialu drużyny Curaçao czy Republiki Zielonego Przylądka. I właśnie sprawdziłem, o której pierwszy mecz gra Uzbekistan (z Kolumbią, o 4:30…). Przebiegło mi też przez myśl: „no dobrze, ale kogo w miejsce Pululu powołała Demokratyczna Republika Konga!?”. A Lamine Yamal? Kto przytomny nie chciałby zobaczyć na mundialu Lamine Yamala? A Modrić? Modrić, który teraz kopnie piłkę na mundialu pewnie po raz ostatni, a razem z nim Messi i Cristiano Ronaldo, inni piłkarze decydujący w ostatnich latach o wizerunku piłki. I przecież nie umiem oszukać siebie, że nie pragnę (tak, to to słowo) zobaczyć Norwegów, nie dlatego nawet, że ostatni raz na mundialu widziałem ich w poprzednim millenium, a teraz zagrają w grupie będącej niemal dokładnym odtworzeniem tamtej (z Brazylią i Szkocją), ale dlatego, że Erling Haaland i tłum prawie tak samo zdolnych kolegów ma wszystkie papiery na bycie mitycznym „czarnym koniem” turnieju. Francja-Senegal? Korci, żeby oglądać, nie tylko dlatego, że 1/3 kadry Senegalu urodziła się we Francji, ale też z uwagi na mecz otwarcia mundialu sprzed 24 lat, kiedy Francuzi, ówcześni mistrzowie świata, sensacyjnie przegrali po bramce nieżyjącego już Papy Bouby Diopa. A Haiti? Kto widział na mundialu Haiti? Wiem, wszyscy ci, którzy oglądali na żywo mundial w 1974 roku, i ci, którzy oglądali go z odtworzenia, wychowywani w legendzie drużyny Górskiego, która rozbiła Haiti 7:0. A jeśli ktoś planuje kibicować drużynom, które wyrwały się ku światowej piłce z gruzów, w jakie popadł ich kraj, jest też Irak, ostatni raz występujący na mundialu, kiedy USA były sojusznikiem Saddama Husajna.

Ale przede wszystkim jest sama piłka. Ale nie ta, którą próbuje nam się sprzedać. Tak, dzisiejsza piłka to skrajnie nieetyczny komercyjny spektakl, już nie sport, ale objazdowa rozrywka milionerów dla pomnażania milionów w kieszeniach różnych bandytów, wspierająca rynek i rasizm, wybielająca korporacje i reżimy. Za wszystkimi najbardziej podłymi formami, w jakie się przyobleka, ukrywa się jednak coś jeszcze. W świecie postępującego powszechnego sformatowania, w którym szczytem zaskoczenia okazuje się ciąg słów wyplutych przez halucynujące AI w odpowiedzi na naszego prompta, piłka przywraca walor inwencji, niedającej się zaprogramować nieprzewidywalności, wskrzesza nieprzewidziane, którego tak bardzo nam brakuje. Pytamy siebie „jak on to zrobił?” i oświadczamy, że oto w naszym domkniętym świecie coś wierci dziurę, pozwalając patrzeć poza horyzont dostępnych dotąd możliwości. Jeśli więc podczas tego mundialu będę oglądał jakieś mecze, to właśnie dlatego, że kiedy di Maria biegł wtedy w tle, a Alvarezowi zagrał piłkę Messi, pytaliśmy wszyscy „jak on to zrobił?”

Dziękujemy!

FIFA World Cup 2022, źródło: Wikimedia Commons

Ucywilizować Mordor

Jest coś jeszcze. Sport to dziś być może ostatnia przestrzeń potencjalnego uniwersalizmu. Szczególnie widoczne to przy okazji „mundialu”, który, przechowując słowo „mundus”, pozwala nam spojrzeć na siebie samych w perspektywie całego świata. Powszechną wściekłość wzbudza FIFA cofająca pod naciskiem USA, dwa dni przed rozpoczęciem turnieju, bilety irańskim kibicom na mecze ich reprezentacji, co tylko ujawnia, jak wielka jest potrzeba gwarantowanej przez piłkę rywalizacji, w której współzawodniczą ze sobą nominalnie równi. Mundial wywołuje więc nieistniejącą już nigdzie indziej „atmosferę święta i baśniowego, harmonijnego współistnienia narodów”, a więc emocji, wobec których nacjonalistyczna prawica jest bezradna. Kto wie – pytał niedawno Kuba Wencel – może mundial rozgrywany w Stanach Zjednoczonych, które są dziś tego turbonacjonalizmu Mordorem, wywoła „podobne emocje i na powrót ten Mordor ucywilizuje?”.

Oby. Potrzeba nam tego jak tlenu. A jestem przekonany, że mundial, który zawsze był dla mnie przede wszystkim generatorem wielkich opowieści, także i tę może zacząć opowiadać.

Obejrzę więc mundial. Przecież nigdy bym sobie nie wybaczył, że nie widziałem drugiej połowy Jordania-Algieria.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.