Zdjęcia z podróży, fot. Kasper Bajon

„Afryka wciąż jest postrzegana jako miejsce romantycznych przygód”. Rozmowa z Kasprem Bajonem, autorem książki „Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle”

( 05.11.2025 )

Nie jestem na socialach, ale znajomy mi pokazał, że pod moją książką pojawiły się komentarze typu „sam przepraszaj za kolonializm”. Polacy boją się poruszania takich tematów, bo zawsze odbierają to jako atak i oskarżenie.

Jedziesz na wystawę do Berlina, która nagle uruchamia ciąg wspomnień z dzieciństwa: ludzka czaszka w mieszczańskim domu na Jeżycach, ząb dinozaura na kredensie, klaser pełen znaczków z Adolfem Hitlerem, ale też tych z Afryki z początku XX wieku. Powoli wszystko zaczyna się układać w „Rodzinną historię z Tanzanią w tle”, opowieść, której nigdy bezpośrednio od przodków nie usłyszałeś.

Także dziadek od strony mamy, który był architektem, dużo mi opowiadał o swoich podróżach do Afryki, bo tam budował. To były zawsze trochę sensacyjne historie o porwaniu samolotu lub o kierowcy, który poszedł się załatwić i pożarł go pyton. Ale na przykład dzięki nim uświadomiłem sobie, że z jednej strony PRL był świetnie dogadany z tym afrykańskimi państwami, bo odcinał się od kolonializmu – architekci z Polski tam budowali, Ryszard Kapuściński mógł jeździć i pisać swoje książki – z drugiej natomiast, że wspomniane porwanie samolotu było w istocie częścią walki o wyzwolenie.

Ale opisywana przez ciebie historia zaczyna się znaczniej wcześniej. Pierwszy sklep kolonialny w Poznaniu to XVI wiek w kamienicy „Pod Murzyny”…

…a pod koniec XIX wieku na ulicy Kościelnej sklep kolonialny ma jeden z Bajonów, nie udało mi się ustalić który dokładnie. Pamiętam zdjęcie mojego stryjecznego pradziadka Stanisława Bajona, jego żony Anny Fenster i szwagra Paula Fenstera, który studiował medycynę i wkrótce miał wyjechać do Afryki, z której nigdy nie wrócił. Stanisław go tam odwiedził. Ale książka składa się głównie z domniemań, bo – tak szczerze – bardzo mało znalazłem. Do Afryki jadę śladami Paula Fenstera, którego nazwisko po niemiecku znaczy „okno”. To dla mnie ważny symbol, bo ja niejako przez tego Fenstera wyglądam na inne rzeczy.

Dziękujemy!

Zdjęcia z podróży, fot. Kasper Bajon

Dzięki temu patrzysz znacznie szerzej, opowiadasz uniwersalną historię, która dotyczy nie tylko twojej rodziny, ale też Polek i Polaków.

Nas fascynowały kolonie. Jedną z rzeczy, która mi się uruchomiła w tym ciągu wspomnień, było poznańskie zoo na Jeżycach, które leżało dosłownie 200 metrów od domu moich dziadków. Były tam pokazywane „wioski tubylcze”, w których ludzie z innych kontynentów byli okazami do oglądania. Chodziły tam tłumy Poznaniaków z rodzinami. Przyjechali Zulusi, były też Amazonki z Dahomeju, Samoańczycy, Togijczycy, ale też ludy z Syberii. Niedawno dowiedziałem się, że nieopodal tego zoo urodził się Egon von Eickstedt, antropolog, który sklasyfikował ludzkie rasy. Dziś kategoria rasy wciąż jest szeroko stosowana, a przecież na poziomie indywidualnym ludzie różnią się znacznie bardziej niż na poziomie rasy. A jednak ta kategoria jest cały czas obecna i jest, że tak powiem, sprawą. Także w miejscach takich jak Polska.

„To nie nasz problem, bo Polska kolonii nie miała. My z kolonializmem nie mamy nic wspólnego.” Często słyszę takie zdania, gdy rozmawiam o Indiach. Tymczasem już we wstępie zaznaczasz, że było odwrotnie. Myśmy tam byli. I nie chodzi o ambicje i „rojenia” Ligi Morskiej i Kolonialnej, ale realne działania. Piszesz: „Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie”.

Nie da się tego ukryć. Polacy byli lekarzami, żołnierzami, kupcami, budowniczymi, farmerami, urzędnikami. Uczestniczyli, chcąc nie chcąc, w opresyjnym systemie i czerpali z niego korzyści. Udzielali się na Pacyfiku, w Namibii, Togo, Kongo, krajach Ameryki Południowej, w dzisiejszej Tanzanii.

Dziękujemy!

Zdjęcia z podróży, fot. Kasper Bajon

Jeździli także do azjatyckich kolonii, chociażby na polowania. Ale dziś wiele osób w Polsce potraktuje ten niepopularny fakt historyczny jak kalumnię.

Tak, już się z tym spotkałem. Nie jestem na socialach, ale znajomy mi pokazał, że pod moją książką pojawiły się komentarze typu „sam przepraszaj za kolonializm”. Polacy boją się poruszania takich tematów, bo zawsze odbierają to jako atak i oskarżenie.

*Reklama

„Kolonializm to nie nasza sprawa” – to zbiorowe wyparcie czy zwykły brak wiedzy?

Wydaje mi się, że to bardziej brak wiedzy połączony z lękiem przed oskarżeniem. Według mnie od razu uaktywniają się w nas inne grzechy, ten problem automatycznie wiąże się z bolesnymi tematami – na przykład to, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy. Moim zdaniem zmierzenie się z historią to szansa na poszerzenie wiedzy na temat tego, kim jesteśmy, a to pozwala nam działać w tym świecie z większym rozmysłem. Kiedy nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ten świat jest zbudowany i jakie było nasze w nim miejsce, to jesteśmy potem rozgrywani przez tzw. postprawdę, widzimy świat wycinkowo. To, co się dzieje na granicy, to właśnie wycinek rozgrywany przez polityków na różne sposoby. A przecież moglibyśmy mieć szerszy obraz tej sytuacji, łatwiejszy do zrozumienia, gdybyśmy tylko zdali sobie sprawę, że my też w jakiś sposób odpowiadamy za to, że te osoby są tu, gdzie są.

Może brakuje nam języka, by o tym mówić?

Z pewnością. Wiadomo, że nie byliśmy forpocztą kolonializmu, nasz kolonializm nie był systemowy i nie odpowiadamy bezpośrednio za te zbrodnie. Ale byliśmy i cały czas jesteśmy tych zbrodni beneficjentami. Jesteśmy częścią tak zwanej zachodniej kultury, która jest zbudowana na kolonializmie. Niemniej polski język nie nadąża za zmianami, jakie dokonały się w świecie. W ogóle Polska za nimi nie nadąża, mam wrażenie. My Polacy kompletnie wypadamy z istotnych dyskusji o współczesności, zajmujemy się albo sobą i swoim zranionym wnętrzem, albo jakimiś polskimi małymi sprawami, typu: katolicyzm. A prawda jest taka, że nasze sprawy nikogo nie obchodzą. I to jest najśmieszniejsze. Mieszkając na Wyspach Kanaryjskich, często o tym rozmawiam z ludźmi innych narodowości, którzy mówią: „o co Polakom chodzi z tym ciągłym rozliczaniem się z Kościołem i swoją wiarą? Co polski film, to ksiądz i dekalog. Ile można tym żyć? Dziś są ważniejsze sprawy dla świata”. Myślę, że to polska specyfika – żyjemy w jakimś mentalnym kotle, dostępnym tylko nam, nie zauważając zupełnie, że świat się zmienia.

Dziękujemy!

Zdjęcia z podróży, fot. Kasper Bajon

I nasz język nie nadąża, jest nieadekwatny do przemian jakie zachodzą. Słusznie piszesz, że  „dekolonizacja umysłów to proces znacznie dłuższy niż dekolonizacja ziem”.

Tak. Na dodatek bardzo się przed tymi zmianami bronimy. Niektórzy wciąż żyją w czasach Henryka Sienkiewicza, który obsesyjnie chciał polować na wszystko, co się rusza, a najbardziej na hipopotamy. Afryka wciąż jest postrzegana jako miejsce romantycznych przygód, które jednocześnie są bardzo niebezpieczne, bo przecież w Afryce żyją bardzo dzikie zwierzęta i bardzo dzicy kanibale. Albo słyszę, że „Puszkin był murzynem”. Co to zdanie w ogóle znaczy? Niebywałe, jak wiele osób w Polsce całkowicie świadomie trwa chociażby przy słowie „murzyn”; albo używa wyrazu „plemię” w odniesieniu do ludów Afryki. Sam to zresztą bardzo często robiłem i przy redakcji książki zwrócono mi na to uwagę. 

Co z nim nie tak?

Na pierwszy rzut oka, kompletnie neutralne słowo. Ale plemię kojarzy się z dzikością, prymitywizmem. Historycznie było też używane w związku z kolonialnym podporządkowaniem. Plemię to nie ludność. Więc członek plemienia nie jest człowiekiem. Plemienna demokracja to nie demokracja… i tak dalej.

Jak w takim razie mówić, „ludy”?

Tak, ludy, ludność. Kiedy pisałem książkę, to miałem taką ogólną refleksję, że cała historia ludzkości jest kwestią ciągłego redefiniowania, kto do tej ludzkości należy, a kto nie. Gdy zasiadałem do pracy i czytałem historyczne teksty, to miałem wrażenie, że na początku XIX wieku za ludzi uznawano tylko Brytyjczyków. Niemcy też chcieli być ludźmi. A tam hen daleko były już tylko właśnie plemiona. I to się właśnie wykluczało w kolonialnej narracji: my jesteśmy ludźmi, a tam są plemiona. Do tego w kontekście Afryki subsaharyjskiej mówienie o plemionach pozwala nie mówić o narodzie, a związku z tym pozwala nie mówić o samostanowieniu tych narodów.

Dziękujemy!

Zdjęcia z podróży, fot. Kasper Bajon

„Niemcy też chcieli być ludźmi”. Potem chcieli być nadludźmi. Historycznie kolonializm i nazistowskie ludobójstwo są ze sobą powiązane. Czy w polskiej świadomości istnieje w ogóle coś takiego jak „Niemiecka Afryka Wschodnia”? Nie mówiąc o polskim w nią „umoczeniu”, jak to trafnie określasz, pisząc o poznańskich członkach swojej rodziny.

Myśląc o koloniach, myślimy przede wszystkim o Brytyjczykach. Ale Niemiecka Afryka Wschodnia istniała 35 lat, od 1884 roku. W dzisiejszej Tanzanii brytyjski kolonializm jest zupełnie inaczej postrzegany niż ten niemiecki. Niemiecki ma w sobie dużo więcej ambiwalencji. To jest takie Hassliebe, jak mówią Niemcy, trochę miłości, trochę nienawiści. Z jednej strony jest w Afryce fascynacja Niemcami i ona zawsze była bardzo silna, to ma związek między innymi z Askarysami i ich służbą pod Schutztruppe. Z drugiej strony jest pamięć o krzywdach i złość. I – co ciekawe – to samo jest w Wielkopolsce, na przykład w Poznaniu, z którego pochodzi moja rodzina. Z jednej strony nigdzie nie spotka się chyba takiej antyniemieckości jak tam. Z drugiej strony panuje ten „niemiecki sznyt”, który jest podziwiany.  Niemieckość to wzorzec, który bardzo skrzywdził, ale też dużo dał. W Afryce wizja brytyjskiego kolonializmu jest niczym z „Pożegnania z Afryką” Karen Blixen. Prócz tego, że wspomina się, że Anglicy wybili zwierzęta, to wszystko inne jest ładnie opakowane. Oczywiście to nie było takie niewinne, ale też nie miały wtedy miejsca wydarzenia jak za czasów Niemców, którzy mordowali ludzi za to, że ktoś wypasał stado nie w tym miejscu, gdzie trzeba.

Z twojej książki wynika, że prowadzone przez Niemców działania w afrykańskich koloniach były poligonem późniejszego Holocaustu. Obsesja na punkcie rasowej czystości i nazistowski kult przemocy najpierw były ćwiczone w Afryce.

Twierdzenie o afrykańskim holocauście wziąłem od Davida Olusogi. Ale tak: pod koniec XIX wieku i na początku XX z Niemiec do Afryki przybywają osoby związane z nauką i medycyną, ale także bandyci i rasiści. Niekiedy jedni są drugimi. Na przykład na polecenie Roberta Kocha, odkrywcy prątka gruźlicy i laureata Nagrody Nobla, niemiecka armia w 1907 zapędza miejscowych w zamkniętą przestrzeń i zakłada obóz koncentracyjny dla chorych na śpiączkę afrykańską, gdzie Koch przeprowadza okrutne eksperymenty na Afrykanach. Zaledwie kilka lat wcześniej powstaje obóz koncentracyjny na Shark Island, w dzisiejszej Namibii, który już całkowicie służy eksterminacji osób z ludów Herero i Nama. Na Ahrk Island średnia życia nie przekracza kilku miesięcy. Niemcy głodzą na śmierć około trzystu tysięcy Afrykanów. Tam też wcielana jest narracja związana z higieną, która do dziś kategoryzuje ludzi. Widząc skalę zbrodni, wielu oficerów załamuje się nerwowo, inni popadają w nieludzką brutalność. Wydaje się, że wielu Niemców dopada słynny tropenkoller, ten tropikalny bzik, szaleństwo. Oni chyba do końca nie rozumieli też, co tam robią. Brytyjski kolonializm był rozpiętym na setki lat projektem. Niemiecki to trzy dekady. Ponadto nie ma on tak naprawdę praktycznego uzasadnienia.

Dziękujemy!

Kasper Bajon

Nie chodziło o rynki zbytu? Jednym z produktów, który tam eksportowano, był alkohol, który całkowicie „zalał” Afrykę, czego konsekwencją jest dzisiejsze pijaństwo rdzennej ludności. Zresztą podobnie działo się w przypadku rdzennych Amerykanów.

Niemcy wysyłali do Afryki alkohol jeszcze zanim założyli kolonie – niemieckie trunki dostawały się na kontynent przez porty brytyjskie. W książce wspominam poznańską rodzinę Kantorowiczów, która miała fabrykę wódek. Dla białych kolonizatorów w Afryce alkohol był remedium na wszystko – lekarstwem na choroby, lęk, myślenie. Pili mnóstwo. I to pijaństwo rozlało się wszędzie. Tak było przez cały XX wiek. Zwany najstarszym ludem świata – lud Hadza został całkowicie rozpity przez białych naukowców, którzy płacili butelkami za udział w badaniach nad DNA. Dziś turyści za zdjęcia z miejscowymi też często płacą butelkami.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Joanna Kinowska )

Kim są zwierzęcy agenci?

Można więc powiedzieć, że pierwszy etap europejskiego kolonializmu to drenowanie – ziemi, bogactw naturalnych, zasobów, także ludzkich. Drugi to zalew. Stworzenie śmietniska. Zagłada. Dotyczy to całego świata. Kiedy niedawno byłem na Sri Lance i chodziłem po wybrzeżu, to dosłownie brodziłem w zachodnich śmieciach. To nie były produkty lokalnych firm, tylko puszki po Coca-Coli, papierki po batonikach Mars, butelki po szamponach Procter& Gamble. Oceany są pełne naszych śmieci, to zachodni syf, który jest tam spychany. Ale nie mówię tylko o plastiku. Na przykład w Nigrze jest taki rejon, gdzie Francuzi długo wydobywali uran do swoich elektrowni jądrowych, i tam są składowane odpady radioaktywne. Powinny być zasypane kilkumetrową warstwą gliny. Pokrywa je zaledwie 20-centymentrowa. I tam żyją ludzie, rodzą się dzieci, chodzą do szkoły. Poziom napromieniowania jest podobny do tego w Czarnobylu.

Zastanawiasz się w książce, czy XIX-wieczny właściciel sklepu kolonialnego dociekał skąd i jakim kosztem trafiły produkty na jego półki, a przecież dziś, mimo większej świadomości, zazwyczaj się nie zastanawiamy skąd pochodzi kawa, którą zamawiamy przy barze.

Łańcuch krzywd jest rozciągnięty, by maksymalnie rozmyć odpowiedzialność. To specjalność kapitalizmu. W momencie, w którym produkt do nas dociera, miał już tylu pośredników, że etap jego powstawania czy pozyskania jest kompletnie zatarty. Krzywda jest oddalona. Tę krzywdę rozkłada się na etapy, żeby się rozpłynęła i by nikt o niej nie myślał.  Nie myślimy o poparzonych dłoniach zbieraczy orzechów nerkowca. Gdzieś mamy bioróżnorodność. Wystarczy nam napis na opakowaniu, że nie ma oleju palmowego, jakiś znaczek i już jesteśmy spokojni. Dziś niemal każda czynność jest uwikłana w winę. Tego się nie da zatrzymać. Być może nie ma już od tej winy ucieczki, ale to też jest wygodne stwierdzenie. Może wystarczyłoby redystrybuować bogactwo, na poziomie państwowym jak i indywidualnym, wysoko opodatkować najbogatszych, bo to oni są największymi szkodnikami współczesnego świata. Tworzysz ChatGPT, który pomaga białym pisać podania i referaty, a przy okazji generuje gigantyczne koszty dla środowiska. Te skutkują głodem, ale nie głodem posiadaczy komputerów. A potem płacisz takie podatki, że wyrównujesz szanse nieużytkowników i użytkowników swojego produktu. Wtedy wszyscy będą mogli pić fairtrade’ową kawę i gapić się w tiktoka.

Dziękujemy!

Kasper Bajon, Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle”, Wydawnictwo Czarne, 2025.

 Twoja książka opowiada też o przemieszczaniu się, choć nie o romantyzowanej awanturniczej podróży ani o konsumpcyjnej turystyce. Zresztą piszesz, że kolonializm z turystyką szły ręka w rękę.

W naszej kulturze mieliśmy już nadto podróżników spod znaku Szolc-Rogozińskiego. Jednocześnie paradoks polega na tym, że mimo współczesnego instagramowego mitologizowania podróży, społeczeństwa zachodnie chciałyby innym w ogóle zakazać przemieszczania się. Ludzie bogaci, wykształceni, wiadomo, muszą podróżować, mają tyle ważnych spraw, i rzeczy do zobaczenia, ale wy w tej Afryce to lepiej siedźcie na miejscu. Niemniej prawo do przemieszczania jest moim zdaniem niezbywalnym prawem człowieka i nie wolno go zakazywać. Warto przy tym zauważyć, że społeczności zbieraczo-wędrowne zawsze były egalitarne i pokojowe. Dopiero rolnictwo zrodziło wojnę, walkę o ziemię, własność.

Twoje afrykańskie podróże nie były luksusowym wypoczynkiem spod znaku Pili Pili, a tak w pierwszym odruchu Polacy kojarzą Tanzanię. Było spanie w buszu, trud, były opowieści mieszkańców Tanzanii, były towarzyszące ci zastępy karaluchów w skromnych izbach, gdzie spałeś. Bałeś się czegoś?

Jakkolwiek to zabrzmi, bałem się drapieżnej przyrody, a przede wszystkim czarnej mamby, którą jakoś mnie wszyscy straszyli. To jest najbardziej niebezpieczny wąż na świecie, bardzo szybki, podobno złośliwy (śmiech). Nie bałem się ludzi, choć byłem w trybie ciągłej gotowości. Myślę, że ten rodzaj pobudzenia związany jest z klimatem, gorącem i wilgocią. Poznałem na swojej drodze wspaniałych ludzi. Ciepłych, gościnnych, delikatnych. Opiekowali się mną. Nigdy z ich strony nie poczułem żadnej złej energii. Myślę, że gdy jesteś otwarty i bez uprzedzeń do innych, to ludzie to wyczuwają. Po moich różnych peregrynacjach naprawdę śmieszą mnie programy typu Africa Express. Po prawdzie to wolałbym zobaczyć Warszawa Express. A wracając do Zanzibaru – to specyficzne miejsce, niegdyś główny niewolniczy hub. Dziś tam istnieją zupełnie dwa światy, tych białych w lodge’ach i miejscowych, którzy żyją na skraju nędzy.

A co zaskoczyło cię najbardziej?

Chyba skala seksturystyki. To naprawdę wstrząsające. Na porządku dziennym jest stręczenie dzieci.

W Afryce nie znalazłeś zbyt wielu dokumentów po przodkach i kuzynach, ale dzięki temu piszesz zupełnie inaczej. Podoba mi się, że potencjalne doświadczenia Paula Fenstera wypełniasz zapiskami Sienkiewicza, doświadczeniami Rimbauda. Często powołujesz się na „Powróconych” Abdulrazaka Gurnaha, laureata literackiego Nobla z 2021 roku. Mam wrażenie, że mimo Nobla przeszedł u nas bez echa.  Polscy czytelnicy chyba rzadko sięgają po czarną literaturę? 

Popularny jest za to J.M. Coetzee, który w Afryce nie jest zbyt lubiany. Jego „Elizabeth Costello” świetnie wpisuje się w kanony okcydentalne, jest idealną ich reprezentantką. Jednocześnie zastanawiam się też nad tą dzisiejszą inkluzywnością. Na przykład robi się serial „Wielka”, gdzie bojarami są czarni aktorzy. Z jednej strony to super, ale z drugiej – tego typu zabiegi w erze postprawdy wywołują odwrotny skutek. Dochodzi do rehabilitacji, albo nawet zapomnienia o kolonializmie. Bo przecież trzeba wejść w proces intelektualny, który bierze się ze znajomości kontekstów i historii, a nie każdy ma wiedzę lub wolę, by podjąć taki wysiłek. I wtedy pojawia się następujące myślenie: skoro arystokratami byli czarni, to to znaczy, że wszystko było ok. I to jest moim zdaniem bardzo ryzykowne. Przeczytałem niedawno, że bardzo dużo młodych ludzi uważa, że Hitler zginął w zamachu w kinie w Paryżu – bo obejrzeli „Bękarty Wojny”.

„Za żadnym miastem nie będę tęsknić tak jak za Aruszą” – piszesz. Będziesz wracał do Afryki?

Zawsze. Na pewno też zabiorę tam mojego pasierba Witka, bo chcę mu pokazać dziką przyrodę. On kocha zwierzęta, ma o nich ogromną wiedzę. Poza tym Afryka to kontynent przyszłości. Ona nas jeszcze wszystkich zadziwi i wyżywi. Tam jest nasz początek. Gdy jesteś pod Kilimandżaro, czujesz ten trudny do określenia metafizyczny stan, że w końcu wróciłeś do domu.

Kasper Bajon, „Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle”, Wydawnictwo Czarne, 2025.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.