Nowy dzień, stare nawyki Marvela. Recenzja filmu „Spider Man: Całkiem nowy dzień”
( 31.08.2026 )
Peter mieszka samotnie, buduje sprzęt na poddaszu i całymi dniami patroluje Nowy Jork. To dobry punkt wyjścia. Szkoda, że film Destina Daniela Crettona tak szybko zamienia samotność bohatera w węzeł przesiadkowy dla kolejnych marek Marvela.
Na końcu poprzedniej części Spider-Mana, „Bez drogi do domu”, Peter Parker wygrał w sposób, który dla superbohatera zawsze oznacza przegraną. Ocalił świat, lecz sam zniknął z pamięci ludzi, których kochał. MJ i Ned żyją dalej, ciocia May nie żyje, a on ma już tylko maskę. „Całkiem nowy dzień” zaczyna się cztery lata później i po raz pierwszy pozwala bohaterowi Toma Hollanda naprawdę dorosnąć: bez technologicznej smyczy Tony’ego Starka, szkolnych wycieczek i wygodnej siatki MCU.
Spider-Man cieszy się niezwykłą popularnością właśnie dlatego, że nigdy nie był spełnieniem fantazji o nieograniczonej sile bohatera. Superman może wznieść się nad światem, Bruce Wayne kupić rozwiązanie problemu, a Peter musi zdążyć na metro, zapłacić czynsz i naprawić wyrzutnię sieci. Jego moce nie podważają praw codzienności, tylko je komplikują. Nowy Jork nie jest dla niego efektowną dekoracją: bez budynków nie ma na czym zawiesić sieci, bez sąsiadów nie ma kogo ratować. Ten kontrast między niezwykłym ciałem a zwyczajnym życiem stanowi istotę postaci stworzonej przez Stana Lee i Steve’a Ditko. W epoce zmęczenia multiwersami widzowie znowu chcą oglądać bohatera, którego łatwo sobie wyobrazić w kolejce po kawę. Rekordowe zainteresowanie filmem nie dowodzi więc odrodzenia całego kina superbohaterskiego. Dowodzi, że publiczność wciąż pragnie Spider-Mana.
„Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, reż. Destin Daniel Cretton
Sceny uliczne pokazują, że Cretton doskonale rozumie ten mechanizm. Kamera pozwala poczuć ciężar ciała przelatującego między budynkami, akcja ma czytelną geografię, a zachmurzony Nowy Jork wygląda jak miejsce, w którym ludzie naprawdę pracują i marzną. Są tu dowcip, tempo i kilka znakomicie pomyślanych starć. Równie trafny jest motyw biologicznej przemiany Petera: tłumiona żałoba i izolacja sprawiają, że „pająk” zaczyna wypierać „człowieka”. Bohater próbuje się naprawić za pomocą technologii, choć potrzebuje relacji. Bruce Banner, zmagający się z własnym potworem, oraz Frank Castle, samotnik zbudowany z gniewu, mogliby stać się zwierciadłami jego kryzysu. Film widzi te podobieństwa, lecz rzadko ma odwagę spokojnie je rozwinąć.
Nie pomaga Tom Holland. Aktor wciąż ma fizyczną lekkość potrzebną Spider-Manowi, ale dramat Petera sprowadza do znajomego zestawu: urwanego oddechu, wilgotnych oczu i twarzy chłopca przyłapanego na błędzie. Miał zagrać dorosłego człowieka, którego wieloletnia samotność przeorała od środka; za często oglądamy jednak tego samego zagubionego nastolatka, tylko w ciemniejszym mieszkaniu. Zendaya gra z kolei tak oszczędnie, że ostrożność MJ zmienia się w emocjonalną płaskość. Ich wspólne sceny powinny boleć, bo jedna strona pamięta całą miłość, a druga – odczuwa wyłącznie pustkę po niej. Zamiast tragedii otrzymujemy kilka efektownych pauz. Chemia między gwiazdami robi resztę, ale nie zastępuje psychologicznego konkretu.
Największym kłopotem filmu pozostaje scenariusz. Wątek mutacji Petera, śledztwo związane z Damage Control, powrót MJ i Neda, kryzys Bannera, spotkanie z Punisherem, Scorpion, ninja z Hand oraz mutantka grana przez Sadie Sink walczą o uwagę w filmie trwającym niemal dwie i pół godziny. Każdy z tych elementów mógłby wzbogacać historię o człowieku, który myli odpowiedzialność z samowykluczeniem. Zamiast tego bohaterowie pojawiają się, obiecują przyszłe konflikty i ustępują miejsca następnym postaciom. Ciekawy motyw zagrożenia wynikającego z przejmowania cudzych ciał porusza kwestie winy i przemocy, po czym zostaje wygaszony skróconym odkupieniem. Damage Control wykonuje pracę etatowego złoczyńcy, ale jego działania nie otrzymują przekonującego domknięcia. Nawet powrót do przyjaźni z Nedem raczej otwiera kolejną furtkę, niż kończy opowieść.
„Spider-Man: Całkiem nowy dzień”, reż. Destin Daniel Cretton
Najbardziej cyniczne jest jednak marketingowe podbijanie bębna przed nadejściem mutantów. Film przedstawia ważną postać świata X-Men z fanfarą, która ma wywołać pomruk uznania wśród widzów, a potem traktuje ją jak zwiastun nowej linii produktów. Jej cierpienie, gniew i odpowiedzialność za krzywdę innych przegrywają z pytaniem: „Jak to się ma do MCU?”. Podobną funkcję pełnią gościnne występy Hulka, Punishera i Yeleny. To już nie tyle fabuła, ile ruchomy billboard. „Całkiem nowy dzień” nie opowiada jednej historii, w której osadzonych jest kilka kluczowych postaci; prezentuje katalog bohaterów, którzy może w przyszłości posłużą do rozwinięcia nowych wątków.
A jednak „Całkiem nowy dzień” pozostaje sprawną rozrywką. Cretton umie budować widowisko, Jon Bernthal wnosi szorstką energię, a powrót Spider-Mana na poziom ulicy jest ulgą po kosmicznej inflacji stawek w poprzednich częściach. Film najlepiej działa, gdy przypomina, że Peter jest bohaterem dzięki swojej zwyczajności: potrzebuje ludzi, ulic i codziennych zobowiązań, żeby nie zostać samą maską. Na tym polega jego paradoks. Po „Bez drogi do domu” dostał szansę na własną opowieść, lecz Marvel natychmiast zaludnia ją wysłannikami kolejnych produkcji. Peter Parker dojrzał do samodzielności; studio wciąż nie umie mu na nią pozwolić.
„Spider Man: Całkiem nowy dzień”
reżyseria: Destin Daniel Cretton
premiera: 31 lipca 2026 (Polska)
dystrybutor: United International Pictures Polska (UIP)