O tym, jaki to był rok w kulturze – i o roli polskiej kultury na świecie. Rozmowa z Olgą Wysocką, dyrektorką Instytutu Adama Mickiewicza
( 26.01.2026 )
Wspieramy projekty, które o naszej kulturze opowiadają w sposób szczery, nawet jeśli jest to problematyczna opowieść. Wspaniałym przykładem jest twórczość Małgorzaty Mirgi-Tas, której monumentalne prace pokazują, jak skomplikowana jest historia polskich Romów. Opowiada nie tylko o nas, ale o całym naszym regionie i historii mniejszości wpisanej w europejską pamięć.
W 2025 roku Polska objęła prezydencję w Radzie Unii Europejskiej, a programowi politycznemu towarzyszyły działania kulturalne, za które odpowiadał Instytut Adama Mickiewicza. Równolegle we współpracy z organizacjami z Rumunii i Wielkiej Brytanii prowadzono sezony, czyli wielowątkowe, skupione na wymianie kulturalnej działania na terenie Polski i wspomnianych państw. Jak te działania wpływają na polską kulturę? Na czym skupia się Instytut Adama Mickiewicza, którego rolą jest promowanie polskiej kultury za granicą, i jaki model działań może sprawić, byśmy nie ugrzęźli w pułapce średniego rozwoju? Opowiada Olga Wysocka, od 2014 wicedyrektorka IAM, a od maja 2024 roku – dyrektorka.
Jaki to był rok w kulturze, z perspektywy dyrektorki Instytutu Adama Mickiewicza?
Fantastyczny! W całej historii swojej działalności Instytut nie realizował tak złożonego i intensywnego programu, jak w 2025 roku. Mieliśmy do czynienia z bezprecedensową kumulacją kluczowych projektów. Przez sześć miesięcy realizowaliśmy zagraniczny program kulturalny Polskiej Prezydencji w Radzie UE, wymagający naszej obecności w trzydziestu krajach. Nie tylko w państwach członkowskich UE, lecz także w krajach akcesyjnych. To wszystko działo się od stycznia do czerwca. Równolegle trwały dwa duże sezony bilateralne. Sezon polsko-brytyjski organizowany z British Council i z Instytutem Kultury Polskiej w Londynie, oraz sezon polsko-rumuński, w partnerstwie z Instytutem Rumuńskim i Instytutem Polskim w Bukareszcie. Tego typu sezony, oparte na wielomiesięcznej partnerskiej współpracy, realizowanej równolegle w Polsce i w krajach partnerskich, w wielu dziedzinach, wymagają niezwykłego wysiłku i zaangażowania organizacyjnego, programowego i zespołowego. Jednocześnie byliśmy odpowiedzialni za program kulturalny towarzyszący udziałowi Polski w Expo 2025 w Osace. Wszystko to realizowaliśmy równolegle z naszą stałą działalnością programową. To właśnie czyni rok 2025 wyjątkowym, bo skala naszych działań realnie przekłada się na widoczność polskiej kultury w świecie.
Sound Culture Festival Osaka fot. Kuba Celej/IAM
Jesteś na stanowisku nieco ponad rok, a miałaś okazje współpracować z trzema ministrami kultury. Czy taka rotacja na sprawia, że Instytutem podległym Ministerstwu zarządzanie staje się trudniejsze?
Nie wpływa to na naszą codzienną pracę. Koncepcja, którą zaproponowałam i która została zatwierdzona przez Ministra KiDN, jest konsekwentnie realizowana. A zmiany na stanowiskach ministrów to w dzisiejszych czasach nie tylko polska specjalność. Podczas pracy nad sezonem polsko-rumuńskim po naszej stronie było czterech ministrów kultury, nasz sąsiad miał pięciu. Dobrze funkcjonujące instytucje publiczne muszą zabezpieczać ciągłość działań. Od tego jesteśmy, także w przypadku większych turbulencji – takich jak zmiana opcji politycznej.
Dagadana i Subcarpati Bukareszt fot. Bogdan Curec
Sezony, o których wspomniałaś, polsko-brytyjski i polsko-rumuński, to ciekawe zjawisko. Z jednej strony współpraca z krajem, który próbuje utrzymać się wśród liderów europejskiego soft-power. Z drugiej – Rumunia, kraj, który przechodzi dziś tę samą drogę, co Polska kilka lat temu. To pewnie była dobra lekcja dla was: o tym, jak różne kraje pokazują swoją kulturę?
To była przede wszystkim lekcja organizacji! Brytyjczycy przygotowywali swój program przez trzy lata. Tymczasem obecność Polski w Wielkiej Brytanii potwierdził Minister Bartłomiej Sienkiewicz siedem miesięcy przed rozpoczęciem sezonu. Mieliśmy zaledwie kilka miesięcy na przygotowania. Mam ciekawe porównanie: pamiętam pierwszy sezon Polski w Wielkiej Brytanii z 2009 roku, realizowany przez IAM. Wtedy rzeczywiście musieliśmy zabiegać o uwagę i przekonywać instytucje, żeby nas przyjęły. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Polscy artyści są zapraszani w różne miejsca, występują i pokazują swoje prace w ważnych instytucjach. Alicja Patanowska pojawia się w V&A, Alicja Biała – w Berntson Bhattacharjee Gallery. Wiele drzwi otwiera się dzięki wieloletniej, konsekwentnej pracy. W 2009 roku pierwsze roczniki studentów wyjeżdżały do Wielkiej Brytanii, by kształcić się tam na równych prawach. Dziś mamy już pokolenie artystów, które zrosło się z tamtejszą sceną w ten najbardziej naturalny sposób. Mamy bezpośrednie relacje z instytucjami takimi jak TATE czy Victoria and Albert Museum. Jesteśmy widziani i rozpoznawalni. Za to zmieniła się rola Wielkiej Brytanii, która dziś zdecydowanie bardziej potrzebuje bliskości Europy. Obserwując ten rok w kulturze, widzę, że mamy bardzo dobrą sytuację. I że powinniśmy korzystać z tej chwili, bo świat realnie interesuje się dziś Polską i polską kulturą.
Paris Photo, fot. Kuba Celej/IAM
10 lat temu w Magazynie Szum udzieliłaś wywiadu z okazji piętnastolecia IAM-u. Wówczas byłaś jego wicedyrektorką. Opowiadałaś, jak dużo zrobiliście, i dziś też podkreślasz to samo. Stąd pytanie – czy ilość jest wyznacznikiem strategii?
W ciągu tych dziesięciu lat od tamtej rozmowy bardzo wiele się wydarzyło. Zmienił się właściwie cały kontekst działania, zmieniła się pozycja Polski i rola samego Instytutu. Na początku rzeczywiście chodziło o „sianie” i otwieranie drzwi. Jeszcze przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej nasze podstawowe zadanie polegało przede wszystkim na kontaktowaniu się z zagranicznymi instytucjami z komunikatem „Hej, jesteśmy z Polski. Zobaczcie nas”. Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Mamy wiele instytucji, które działają międzynarodowo i robią to bardzo kompetentnie. IAM nie jest już jedynym podmiotem odpowiedzialnym za obecność polskiej kultury za granicą. PISF, Instytut Teatralny, Instytut Książki i inne instytucje realizują własne programy i projekty międzynarodowe.
To oczywiście wpływa na sposób myślenia o strategii. Liczba organizowanych wydarzeń nie jest już dla nas wyznacznikiem samym w sobie – tak jak kilkanaście lat temu. Ale wciąż bywa ważna, zwłaszcza w określonych kontekstach. Obecność na Expo w Osace jest dobrym przykładem. Tamtejsza publiczność składa się głównie z Japończyków. Dla nich to często pierwszy kontakt z Polską i polskimi artystami. W takich sytuacjach intensywność i skala działań mają sens.
Co takie działania dają polskiej kulturze?
To otwiera nowe możliwości współpracy dla naszych artystów. Naszą rolą jest sprawić, by miejsca takie jak koreańskie muzeum sztuki współczesnej SeMA czy paryski Odeon przestały być abstrakcyjnymi punktami na mapie, a stały się realnymi partnerami do współpracy. Efekt relacji, kontaktów i zaufania budowanych latami. Często niewidoczne na pierwszy rzut oka, ale kluczowe dla długofalowej obecności polskiej kultury w międzynarodowym obiegu.
Pytam, bo w ostatnich latach liczni polscy artyści stali się objawieniem na Zachodzie. Od Jakuba Orlińskiego po Hanię Raniszewską i całe grono świetnych młodych artystów. Czy Instytut wspiera konkretne rodzaje karier?
Naszą rolą jest tworzenie warunków, w których talenty mogą zostać zauważone na arenie międzynarodowej. Przykładem może być Ewa Dziarnowska prezentująca swój spektakl „This resting, patience” na festiwalu teatralnym w Santarcangelo – została wówczas dostrzeżona przez międzynarodowe środowisko i jest dziś zapraszana na kolejne zagraniczne wydarzenia. Jednym z naszych kluczowych narzędzi są wizyty studyjne. Zapraszamy do Polski kuratorów, dyrektorów instytucji, producentów i decydentów do pracowni, na wystawy, festiwale i najważniejsze wydarzenia. To się świetnie sprawdza w przypadku sztuk wizualnych, gdzie bezpośredni kontakt z twórczością osoby artystycznej ma ogromne znaczenie. Taka była geneza wystawy Magdaleny Abakanowicz w paryskim Bourdelle Museum – powstała po wizycie studyjnej paryskich kuratorów organizowanej wspólnie przez IAM i Instytut Polski w Paryżu. To także doskonały przykład, jak można opowiadać o polskiej sztuce za granicą: to nie kolejne „odkrycie”, lecz coś głęboko osadzonego w międzynarodowym obiegu i historii sztuki. Jednocześnie „odkrywamy” i zapisujemy na kartach międzynarodowej historii artystów nieznanych. Kolejny przykładem ze świata sztuk wizualnych jest chociażby Maria Pinińska-Bereś, po sukcesach wystawy w Lipsku i Hadze. A niedługo jej prace będą prezentowane w Kunstmuseum w Lucernie…
Magdalena Abakanowicz, „La trame de l'existence”, Muzeum Bourdelle w Paryżu, fot. Kuba Celej/IAM
Wspieraliście międzynarodowych dziennikarzy, którzy relacjonowali Konkurs Chopinowski, jeden z tych festiwali, dzięki któremu na całym świecie mówi się o Polsce. Za to należy się pochwała. Z drugiej strony środowiska artystyczne krytykują to, że z publicznych pieniędzy wspieracie prywatne galerie sztuki, które przecież są miejscami komercyjnymi.
Te krytyczne głosy też do mnie dotarły, ale z perspektywy Instytutu rzeczywistość wygląda inaczej. Po pierwsze, Polska jest dziś jedną z dwudziestu największych gospodarek. Mamy coraz silniejszy sektor prywatny, który ma potrzebę i gotowość, by świadomie uczestniczyć w kulturze. Te publiczno-prywatne partnerstwa są obszarem, który będzie dla nas kluczowy w przyszłości. Targi sztuki są oczywiście wydarzeniami komercyjnymi. Wystawiają się galerie, ale galerie reprezentują artystki i artystów. A ci nie są „biznesem”, są strategicznym elementem naszej kultury. Muszą mieć możliwość funkcjonowania w profesjonalnym obiegu, także ekonomicznym, bo tylko wtedy ich obecność będzie trwała a nie jednorazowa. I tak jak biznes finansuje obecność swoich firm na targach branżowych, tak my wspieramy ten fragment świata sztuki, który funkcjonuje w realiach rynkowych. Targi są dziś jednym z ważnych miejsc obiegu sztuki. Przyjeżdżają nie tylko kolekcjonerzy, ale także kuratorzy, dyrektorzy instytucji, badacze, którzy przygotowują przyszłe projekty i wystawy. W tym roku byliśmy obecni na Paris Photo, to było przede wszystkim wsparcie dla polskiej fotografii, której widoczność na świecie wciąż jest nieadekwatna do jej jakości. Warto też pamiętać, że w innych obszarach kultury istnieją instytucjonalne mechanizmy wsparcia rynku. PiSF czy Instytut Książki też dają wsparcie podmiotom działającym komercyjnie. Uważamy, że artysta nie przestaje być częścią kultury tylko dlatego, że funkcjonuje w obiegu rynkowym.
Wiem, że nie odpowiesz mi na pytanie o to, co nie wyszło, więc spróbuję zapytać, nad czym warto pracować.
Powinniśmy więcej uwagi poświęcić utrzymywaniu relacji. To naprawdę kluczowe. W tym roku zrobiliśmy mnóstwo nowych rzeczy, ale równie istotne, jeśli nie ważniejsze, jest trwanie w relacjach: powracanie do nich i podtrzymywanie kontaktu to klucz do długotrwałej współpracy. Ogromne wrażenie w tym kontekście zrobił na mnie sposób działania Azjatów. Ich umiejętność kontynuowania relacji, troska o to, z kim i jak się pracowało, pokazuje, że współpraca nie musi być jednorazowa ani transakcyjna. Chodzi o świadomość, że po obu stronach są ludzie, ciekawość, zaufanie, a czasem nawet przyjaźń. I faktycznie, w tym kontekście duża liczba projektów nie zawsze jest wskazana. Bo długofalowa współpraca wymaga czasu, uważności i obecności, a nie tylko kolejnych realizacji.
W 2009 roku powiedziałaś, że jako IAM projektowaliście strategie, jak promować polską kulturę. Jak ta strategia wygląda dziś?
Zupełnie inaczej. Jako Instytut działamy w oparciu o siedmioletnią strategię, regularnie ewaluowaną i dostosowywaną do zmieniających się uwarunkowań, w tym dynamicznej sytuacji gepolitycznej. Ten dokument jasno określa cele Instytutu, a uzupełniają go strategie dziedzinowe.
I co jest waszym celem?
Naszym celem jest wspieranie instytucji oraz osób artystycznych i kuratorskich w tym, by opowiadały o Polsce własnym głosem, w międzynarodowym obiegu, na równych prawach. W Korei Południowej taki sposób myślenia o polityce kulturalnej ma swoją nazwę, „K-wszystko”. Polsce również potrzebna jest spójna marka i jasna strategia dla całego sektora. Ale nie chcemy i nie powinniśmy podążać za koreańskim modelem, bo zależy nam na stworzeniu własnej, autentycznej opowieści. Zresztą Polska jest już widoczna. Nagroda Nobla w literaturze, nominacje oscarowe dla polskiej branży filmowej, coraz silniejsza obecność sztuk wizualnych między innymi dzięki pojawieniu się warszawskiego MSN na kulturalnej mapie świata. Jeśli do tego dodamy rosnącą obecność polskich profesjonalistów w kluczowych międzynarodowych instytucjach, to widać, że staliśmy się częścią światowego ekosystemu kultury.
Han Kang, to świetny przykład artystki, która rozlicza Koreę Południową z jej niewygodnej historii, była zresztą karcona za to przez polityków, a dziś stała się częścią, jak to ładnie nazwałaś, K-wszystkiego. Instytut Adama Mickiewicza też wspiera projekty, które pozostają krytyczne wobec naszej wspólnoty?
Wspieramy projekty, które o naszej kulturze opowiadają w sposób szczery, nawet jeśli jest to problematyczna opowieść. Wspaniałym przykładem jest twórczość Małgorzaty Mirgi-Tas, której monumentalne prace pokazują, jak skomplikowana jest historia polskich Romów. Opowiada nie tylko o nas, ale o całym naszym regionie i historii mniejszości wpisanej w europejską pamięć. Jej prace można było oglądać na wystawie w Królewskim Muzeum Sztuki i Historii w Brukseli, a w tym roku pojawią się między innymi w Edynburgu czy Kopenhadze.
Małgorzata Mirga-Tas, Królewskie Muzea Sztuk Pięknych w Brukseli, fot. Kuba Celej/IAM
Ale musimy też umieć opowiadać o Polsce w sposób zrozumiały w różnych kontekstach kulturowych. Gdy jedziemy do Azji, potrzebujemy narracji, która z jednej strony pokaże coś nowego odbiorcom, a z drugiej – pozwoli pokazać to, co w polskiej kulturze najciekawsze. Co z tego wynika? Też odwołam się do Han-Kang, bo w 2026 roku na 16. Gwangju Biennale Paulina Olszewska będzie prezentowała projekt zainspirowany twórczością tej pisarki. Nasza współpraca z partnerami Asian Culture Center w Gwangju otworzyła także rozmowy o współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, współpracy skupionej wokół historii ruchów społecznych, praw człowieka i poszukiwania nowych języków do opowiadania o przeszłości.
Co poza tym planuje IAM w 2026 roku?
Chcemy wzmacniać te obszary, które dziś rozwijają się szczególnie dynamicznie: taniec, choreografia i fotografia. To dziedziny, które mamy na celowniku. Uważam, że polska fotografia naprawdę zasługuje dziś na silniejszą i bardziej systemową obecność międzynarodową. W tym roku pracujemy nad sezonem, ale w nowym modelu współpracy z Francją. Ten format dopiero się klaruje i otwiera dla nas zupełnie nową drogę.
Na koniec zatrzymam się przy haśle „20. gospodarka”, które ostatnio stało się popularne. To brzmi dobrze, ale już słyszymy apele, zwłaszcza ludzi kultury, by nie ulec iluzji ekonomicznego wzrostu i z 20. gospodarki na świecie nie przerodzić się w technokratyczny kraj, który porzucił inne odmiany kapitału, chociażby kulturę.
Pełna zgoda, to nasza misja. Chcemy pokazać – także w samej Polsce – jaką wartość za granicą generuje dziś polska kultura. Doceniać to, co dzieje się tu i teraz. Bo to naprawdę jest moment wyjątkowy dla Polski, także w nieco szerszym kontekście Europy Środkowej. Wystarczy spojrzeć na kalendarz wydarzeń. W Polsce nie brakuje oferty kulturalnej, nie tylko w Warszawie, ale i w innych miastach. Gdy wyjeżdżamy za granicę, okazuje się, że ludzie już kojarzą nasze festiwale i naszych artystów. Ta „20. gospodarka” nie byłaby możliwa bez kultury. Teraz nauczmy się ją dostrzegać i doceniać.