Lekarz medycyny i śmierdzące rzeczy. Rozmowa z Joyce Carol Oates

Lekarz medycyny i śmierdzące rzeczy. Rozmowa z Joyce Carol Oates

( 26.08.2025 )

Oates w swojej powieści obrazuje nie tylko okrucieństwa, jakich dopuszczali się lekarze w imię medycyny, ale przygląda się również specyficznemu związkowi pomiędzy kobiecym ciałem i psychiką. Tym właśnie była ginopsychiatria, której przedstawiciele twierdzili, że macica, jajniki i łechtaczka były źródłem zaburzeń psychicznych.

W „Egzorcyście” z 1973 roku najstraszniejsza jest scena, kiedy dziewczynka leży na szpitalnym łóżku, oślepiona zbyt jasnym światłem, a nad jej ciałem pochylają się wielkie, szare monitory. Jakieś sprzęty, których przeznaczenia i sensu nie rozumie ani mała, przerażona Regan, ani my.

Joyce Carol Oates w swojej najnowszej powieści „Rzeźnik” w tłumaczeniu Kai Gucio (Wydawnictwo Filtry) opowiada o podróży do obcej krainy, pełnej niebezpieczeństw i tajemnic. Perypetie doktora Silasa Aloysiusa Weira byłyby klasyczną historią o wyprawach kolonialnych odkrywców, gdyby nie to, że nieznanym lądem jest tu wnętrze kobiecego ciała. Oates opisuje początki ginekologii, ginopsychiatrii, przygląda się losom dziwiętnastowiecznego lekarza – dyrektora szpitala psychiatrycznego dla kobiet i jego pacjentek. To opowieść o eksperymencie, nauce, władzy i wielkiej przepaści pomiędzy ciałem i duchem.

Oates stworzyła kolaż, na który składają się fragmenty Kroniki życia lekarza autorstwa Petera Aloysiusa Weira, lekarza medycyny oraz zapiski jego syna, świadków i obiektów jego badań. Sam Weir nigdy nie ma wątpliwości – nie ma nic ważniejszego niż to, czym się zajmuje, a więc medycyna. Oates zadaje pytania o etykę i cenę postępu. Kilka lat temu wielką popularnością cieszył się serial „The Knick” ukazujący początki medycyny, na jego fali do gry wróciła książka „Stulecie chirurgów” Jürgena Thorwalda, a pierwsze operacje i cierpienia, jakich doświadczali pacjenci, stały się najprawdziwszym, trzymającym w napięciu true crime. Oates portretuje nieudolność lekarzy, niewidoczną pracę akuszerek, chaos i przemoc świata, w którym miała rządzić nauka, a kontrolę przejęły władza i przypadek.

Oates w swojej powieści obrazuje nie tylko okrucieństwa, jakich dopuszczali się lekarze w imię medycyny, ale przygląda się również specyficznemu związkowi pomiędzy kobiecym ciałem i psychiką. Tym właśnie była ginopsychiatria, której przedstawiciele twierdzili, że macica, jajniki i łechtaczka były źródłem zaburzeń psychicznych. W „Rzeźniku” czytamy więc o operacjach bez znieczulenia, kastracjach, usuwaniu jajników, ale też całkowicie autorskich „metodach leczenia”, takich jak krzesło spokoju. No bo jeśli kobieta słyszy głosy, to przebicie bębenków ostrym szpikulcem i pozbawienie jej słuchu powinno pomóc, czyż nie? A nawet jeśli nie, to może warto to sprawdzić, spróbować, przeprowadzić eksperyment. Najbardziej przerażający w powieści Oates jest nieograniczony dostęp do ciał (żyć, losów) kobiet. Bohaterki „Rzeźnika” są potrójnie wykluczone – są chorymi psychicznie i najczęściej ubogimi kobietami. Nikogo nie obchodzi ich życie, nikt nie przejmie się ich śmiercią. Doktor Weir może sobie pozwolić na spełnianie wszystkich swoich zachcianek, pseudomedycznych, seksualnych i finansowych, bo nikt go nie kontroluje. „Rzeźnik” jest więc opowieścią o tym, do czego zdolny jest człowiek (mężczyzna?), kiedy nikt na niego nie patrzy.

okładka

W wywiadzie dla magazynu Mint Oates opowiada, co skłoniło ją do podjęcia tych tematów w książce. Wyjaśnia, że kobiece ciało nie od dziś jest fetyszyzowane w filmach grozy, serialach kryminalnych („znaleziono zwłoki młodej kobiety”), i staje się narzędziem, przez które przemawiają obce siły. Czymś innym jest jednak feministyczny body horror tworzony przez kobiety i opowiadający o transformacjach kobiecych ciał. Zarówno „Substancja” w reżyserii Coralie Fargeat, jak i „Brzydka siostra” Emilie Blichfeldt (wariacja na temat pierwszego body horroru naszego dzieciństwa – „Kopciuszka”) skupiają się na wątku pogoni za pięknem. W obu filmach oglądamy transgresje bohaterek, które bez skrupułów traktują swoje ciała jak przedmioty, materiał, w którym można pracować. Przeprowadzają eksperymenty – połykają tabletki nieznanego pochodzenia i tasiemce, odrąbują sobie palce, łamią nosy. Robią to sobie same. Bo jeśli moje ciało może być pięknym przedmiotem, to czemu nie miałabym sama do tego doprowadzić, nie zważając na cenę? Liczy się przecież efekt. Tak jak u doktora Weira.

Ale Joyce Carol Oates mówi o czymś innym. Jej „Rzeźnik” nie jest o urodzie. Jest o przeżyciu. Bohaterki jej książki cierpią na prawdziwe choroby, które sprowadzają ich ciała i je same do rozpadającej się, trudnej do poskromienia materii. Przetoka, która ma u Oates swój własny rozdział, to choroba, która odziera kobiecość z wszystkich jej fantazmatów. Kobiety – pacjentki Weira – są tu całkowicie uzależnione od swoich ciał (nad którymi nie mają kontroli) i lekarzy, którzy sami nie wiedzą, co robią. Ciała u Oates nieustannie produkują wydzieliny i ból, krew miesza się tu z kałem, moczem, potem. „Rzeźnik” nie jest więc żadną historią o kanonach urody i tradycyjnie rozumianej kobiecości. Jest opowieścią o próbie odnalezienia podmiotowości w świecie, w którym nie mamy kontroli nad własnymi otworami w ciele, nie mamy wiedzy na temat tych wielkich maszyn, które wiszą nad nami w jasnej sali operacyjnej i musimy zaufać komuś, kto o naszych ciałach, o nas samych wie (podobno) więcej niż my – doktorowi Weirowi albo egzorcyście.

Mam wrażenie, że w kinie pojawił się ostatnio nowy trend. Reżyserki sięgnęły po body horror: „Substancja”, „Brzydka siostra” to filmy stworzone przez kobiety, które pokazują ciało jako źródło i narzędzie kobiecej opresji. Realizują słowa Barbary Kruger o tym, że ciało jest polem walki. „Rzeźnik” też o tym mówi.

Tak, doświadczenia kobiecego ciała – jako wyraźnie kobiecej świadomości ciała – stały się przedmiotem refleksji dopiero na początku XX wieku, kiedy kobiety zaczęły pisać bardziej otwarcie i swobodnie. Robiła to Anais Nin w swoim bardzo ważnym dzienniku, robiła to Doris Lessing, ale to tylko przykłady. Moje zainteresowanie dziejami kobiet w kontekście historii medycyny wynika z lektur na temat błędów w sztuce lekarskiej lub „nadużyć” – tak w Ameryce nazywamy celowe działania na szkodę pacjenta albo ignorowanie możliwych konsekwencji swoich czynów.

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Scena ) ( Kacper Peresada )

Kultura obowiązkowa, 16–22 czerwca

Nie pierwszy raz porusza pani podobne tematy.

Tak, moja poprzednia powieść, „O człowieku, który stracił cień”, analizuje relację między badaczką neurologii a jej pacjentem, przedmiotem badań, mężczyzną cierpiącym na skrajną utratę pamięci. Akcja tej powieści rozgrywa się jednak we współczesności.

„Rzeźnik” z kolei opowiada o realiach dziewiętnastowiecznych. Doktor Weir jest typowym przedstawicielem ówczesnych lekarzy płci męskiej, praktykiem medycyny wzorowanym, jak wiadomo, na tak zwanym ojcu współczesnej ginekologii, J. Marionie Simsie.

W powieści przygląda się pani niewolnictwu i wykorzystywaniu czarnych Amerykanów, ale pisze pani też o białych niewolnikach. Na ile ta opowieść ma związek z tym, co dzieje się teraz w Stanach? Co łączy biednych Amerykanów z „Nomadland” i Ameryki Trumpa z pani postaciami?

Tak, masz rację. „Rzeźnik” jest pod wieloma względami powiązany ze współczesnymi trendami w amerykańskim życiu politycznym i społecznym – regresem do archaicznych sposobów myślenia o kobietach jako o gorszym gatunku. W Stanach Zjednoczonych niestety spotyka się to z prawicowymi naukami ewangelicznych chrześcijan. Patriarchat wybiera te chrześcijańskie poglądy, które mu pasują, i podnosi je do rangi prawa.

*Reklama

Ucieszyło mnie i wzruszyło, że główna bohaterka odzyskuje wolność dzięki poezji. Kobiece pisanie, słowo, przejmowanie historii – to odzyskanie świata. Poezja to człowieczeństwo.

Tak, zarówno niewolnice jak i „wolne” kobiety znalazły wyzwolenie dzięki słowu pisanemu. Phillis Wheatley, wyzwolona niewolnica, była pierwszą czarnoskórą poetką. Niestety przeszła potem na chrześcijaństwo, a jej poezja wydaje się nam dziś zbyt pobożna i pozbawiona osobistych i emocjonalnych aspektów.

W „Rzeźniku” regularnie wraca stwierdzenie, że biedne kobiety słabiej odczuwają ból. O tym, że łechtaczka i pochwa pozbawione są nerwów, i tak dalej, i tak dalej. Ukazuje pani absurdy jednej z najważniejszych religii nowożytności – scjentyzmu. Nauka jest pełna błędu.

To prawda, szkoły medyczne uczyły tych bzdur! Podobnie mówiło się o kobietach i czarnych niewolnikach – że rzekomo odczuwają mniejszy ból w niektórych częściach ciała, w przypadku kobiet konkretnie związanych z reprodukcją. Możemy wnioskować, że mężczyźni wymyślili tę pseudonaukę, aby złagodzić własne poczucie winy. Wiedzieli, jak bardzo kobiety cierpią podczas porodu.

To naiwne, ale od jakiegoś czasu wydaje mi się, że wszystko byłoby dobrze, gdyby ludzie umieli powiedzieć: przepraszam, pomyliłem się, nie miałem racji. Zło Silasa Weira wynika z tego, że nigdy nie przyzna się do popełnionego błędu.

To prawda! Nasz niekompetentny amerykański prezydent znany jest z tego, że nigdy nie przyznaje się do błędu ani kłamstwa, a popełnia błędy i kłamie nieustannie!

Opinie na temat tego, do czego stworzone są kobiety i co jest „naturalną” cechą kobiecego ciała, są bliskie ciągle popularnej psychologii ewolucyjnej, ulubionej dziedzinie wiedzy konserwatywnych mężczyzn i inceli. Ta książka portretuje pewne obszary patriarchatu, które zdają się być nieśmiertelne.

Tak, z historycznego punktu widzenia przedstawiciele psychologii ewolucyjnej potrafili wybierać te jej cechy, które wzmacniały rolę patriarchatu. Nauka była często wykorzystywana do nadawania autorytetu czysto arbitralnym „zasadom” – że kobiety nie powinny być kształcone, ponieważ będzie to zakłócało ich biologiczne role; na przykład macica „poluzuje się” i będzie przemieszczać się po ciele, zakłócając pracę mózgu!

W filmie „Jubileusz” Dereka Jarmana pada hasło o tym, że dziś największą wartością i świętością jest postęp. W „Rzeźniku” nawet pacjentka Weira ma co do tego pewne wątpliwości. Że lekarz jednak pomagał tylko niektórym, że może postęp wymaga eksperymentu, ofiary. Jak sobie poradzić z tym problemem?

Tak, to jeden z ironicznych aspektów historii – że okropni ludzie mogli robić różne rzeczy nieświadomie, a mimo to przyczynili się do postępu medycyny. W powieści „Rzeźnik” jasno widać, że doktor Weir nie odniósłby żadnego sukcesu, gdyby nie jego asystentki Greta i Brigit – to one, wraz z innymi położnymi i akuszerkami, były odpowiedzialne za wszystkie jego odkrycia. W pewnym momencie powieści Silas Weir przyznaje, że jego asystentka-położna Greta byłaby doskonałym lekarzem, ale oczywiście nie może się nim stać, ponieważ jest kobietą i nie pozwolono by jej studiować medycyny. Możemy więc założyć, że istniało wiele takich postaci.

„Rzeźnik”, Joyce Carol Oates, przeł. Kaja Gucio, Wydawnictwo Filtry, 2025.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.