Porozmawiajmy o biennale. Art Encounters Biennial w Timișoarze
( 16.09.2025 )
Czy w Polsce potrzebne nam jest biennale sztuki? Odpowiedź na to pytanie znalazłem w rumuńskiej Timișoarze podczas Art Encounters Biennial 2025.
Zacznijmy od tego, że macie prawo nie wiedzieć, gdzie leży Timișoara. Ja też nie wiedziałem – do czasu, gdy w 2019 roku usłyszałem o tamtejszym biennale i o tym, że pokazano tam prace Małgorzaty Mirgi-Tas. W Polsce jej twórczość znała wówczas garstka osób, głównie baczni obserwatorzy małopolskiej sceny artystycznej.
Przenieśmy się teraz z powrotem do 2025 roku. Małgorzata Mirga-Tas jest dziś jedną z najjaśniejszych gwiazd polskiej sztuki. A ja siedzę w samolocie, który z przesiadką w Monachium ląduje w Timișoarze*. To miasto, które dzięki Art Encounters Biennial stało się punktem odniesienia dla sztuki w tej części Europy – znajduje się 5 godzin od Bukaresztu i przyciąga międzynarodowe środowisko artystyczne.
Zapotrzebowanie na takie wydarzenia nie jest czymś wyjątkowym. Ryga ma festiwal Survival Kit działający od kilkunastu lat, Helsinki – własne biennale, Lublana – Biennale Grafiki, a Tallin – Tallinn Biennial. W Polsce wybraliśmy inny model: zamiast jednego dużego biennale mamy targi sztuki, i to nie jedne a kilka (Villa Nada i Hotel Warszawa to dwa najbardziej widoczne przykłady). To ze względu na nie i lokalna, i międzynarodowa publiczność przyjeżdża do Warszawy. Mamy Warsaw Gallery Weekend, imprezę powstałą z inicjatywy prywatnych galerii, czy Fringe, które powiela organizacyjny model utarty właśnie przez rynkowe podmioty, chociaż do współpracy zaprasza te niekomercyjne.
Co zobaczyłem w Timișoarze?
Biennale w Timișoarze ma jednak cechy, które wyraźnie je odróżniają od targów i wystaw, choć pozostaje pod wpływem lokalnych kolekcjonerów (kilka prezentowanych prac, w tym obrazy mieszkającej w Polsce Veroniki Hapchenko, pochodzi z prywatnej kolekcji jednego z mecenasów przedsięwzięcia, Ovidiu Şandora). To impreza angażująca kilka miejsc i kilkuset artystów, której celem jest opowiedzenie nam czegoś więcej o sztuce, a może i o nas, niż potrafiłyby pokazać pojedyncze dzieła. Tegoroczna edycja odbywa się w trzech lokalizacjach: dawnym garnizonie wojskowym, w siedzibie organizatora, Art Encounters Foundation, oraz w postindustrialnej przestrzeni na obrzeżach miasta, która coraz mocniej podlega gentryfikacji. Wystawy są na tyle małe, że można je w spokoju zobaczyć w jeden weekend.
Hasło przewodnie brzmi: „Bounding Histories. Whispering Tales”. W wolnym tłumaczeniu: „Historie, które łączą; opowieści, które szepczą”. I już w tym sloganie odbijają się dwojakie ambicje organizatorów. Z jednej strony to szukanie wspólnych narracji w regionie rozdrapanym przez historię, z drugiej – próba nawiązania do tego, jak o sztuce mówi się na Zachodzie. Już samo „Whispering Tales” jest niedalekim echem haseł takich jak „Milk of Dreams”, które nadało ton Biennale w Wenecji w 2021 roku. Te aspiracje znajdują też potwierdzenie w doborze kuratorów. Z jednej strony niezależny rumuński badacz sztuki Tevž Logar, a z drugiej Ana Janevski, którą warszawska publiczność może kojarzyć z wieloletniej pracy w MSN, a zagraniczna – z pracy w nowjoroskim MoMA. Dla mnie taki dobór kuratorów to jasna i mądra decyzja, bo to oni dodają imprezie międzynarodowego charakteru.
Mila Panić, zdjęcie dzięki uprzejmości Art Encounters
O sztuce, której w Polsce nie zobaczę nigdy, a szkoda
Ale to właśnie historie byłej Jugosławii, Rumunii i Kosowa były dla mnie najciekawszym, co zobaczyłem w Timișoarze. A wszystko zaczęło się od jednej z pracy Mili Panić, artystki urodzonej w Bośni, która w latach 90. wyemigrowała do Niemiec. W sali głównej wystawy na ścianie zawieszono zdjęcie – selfie artystki z napisem „Jeśli przestanę się uśmiechać, zobaczą, jak naprawdę jestem wściekła”. Obok kilka telewizorów, które ukazywały Panić na scenie, prezentującą stand-up. To medium rzadko spotykane w galeriach, w Polsce niestety zupełnie obce. Tymczasem Panić potrafi w genialny sposób połączyć wieloznaczność sztuki i prostotę scenicznego humoru. Jej panczlajny zdradzają moc doświadczeń lat 90. – okupacji, emigracji, życia w diasporze. „Zamiast klocków Lego bawiliśmy się kośćmi” – mówi w jednym z nagrań. W innym dworuje sobie z ojca, a w jeszcze innym – z berlińskiego świata sztuki, który, w swojej dekadencji, asekuranctwie i niechęci konfrontowania się z realnymi problemami (zob. brak reakcji na ludobójstwo w Gazie) wydaje się równie groteskowy jak wojenne wspomnienia. Kilka tygodni później Panić z takim programem wystąpiła zresztą na Biennale w Berlinie, o czym w Mint pisał Stach Szabłowski.
Czarny humor Panić i jej odwaga w opowiadaniu o swoim życiu nastawiły mnie tak pozytywnie, że na resztę wystawy patrzyłem z być może zbyt wielkim pobłażaniem. Gdy inni obecni na wystawie krytycy kręcili nosem, ja w każdej z sal znajdowałem coś, co podobało mi się ponadprzeciętnie. Najbardziej w pamięci utkwiły mi prace wideo, co może dziwić, bo zwykle na wielkich festiwalach na tego typu prace zwyczajnie nie starcza czasu. A tu każde, nawet pełnometrażowe nagranie ma swój czas.
Geta Brătescu, zdjęcie dzięki uprzejmości Art Encounters
W Timișoarze zaprezentowano prace wideo największych z największych. Film, na którym Marina Abramović napina łuk, podczas gdy wymierzoną w jej serce strzałą trzyma partner artystki Ulay. Film, na którym Liam Gillick, jedna z najważniejszych postaci w brytyjskiej sztuce lat 90., i Anton Vidokle debatują na temat znaczenia pokojowych rewolucji, które dokonały się w Europie wschodniej i doprowadziły do upadku komunizmu. Ale to nie one, a kilkuminutowe spotkanie ze sztuką Gety Brătescu, rumuńskiej artystki urodzonej w latach 20. poprzedniego wieku, sprawiło, że naprawdę przeżyłem coś, co wywołać może tylko sztuka. Na wideo z lat 90. artystka z twarzą pomalowaną na biało, w foliowej czapce, wyglądająca zarazem jak wiejska babuszka i jak wampiryczny potwór, ugniata ziemię, formuje z niej coś na kształt ciasta, po czym nakłada je na srebrną zastawę i zjada. „Jakbyś kamień jadł” – przypomina się cytat reportażu Wojciecha Tochmana o zbrodniach dokonanych na Bośniakach w Srebrenicy. Ale w tej pracy jest tyle głębi i skojarzeń, że oglądałem ją jeszcze kilkukrotnie, za każdym razem widząc w niej zupełnie co innego: ciało, pamięć, ludowe wierzenia, transformację, a wreszcie samą sztukę i jej tradycje.
Nie mniejsze wrażenie robiła praca wykonana przez kosowskiego artystę Albana Muję. W trwającym dziesięć minut wideo kamera chowa się za plecami człowieka, który – rysując kredą na tablicy twarz wąsatego mężczyzny – opowiada historię o tym, jak ten rysunek uratował mu przed laty życie. Gdy jako obywatel Kosowa w drodze do serbskiego obozu koncentracyjnego został poproszony o narysowanie portretu dla jednego z generałów, okazało się, że za sprawą swojego talentu zyskał łaskę oprawcy i mógł wydostać się z wagonu śmierci. Ten rysunek, który bohater filmu potrafi wiernie odtworzyć po tylu latach, zapisuje się też głęboko w pamięci widzów.
Alban Muja, I Believe the Portrait Saved Me, zdjęcie dzięki uprzejmości Art Encounters
Z tym przerażającym dokumentem kontrastuje zupełnie inny, optymistyczny film Karpo Godiny – Słoweńca, który w latach 70. stworzył krótki film kpiący z propagandowych produkcji chwalących wieś, „Healthy people for fun”. Patrzymy na przepiękne zdjęcia, kolorowe wiejskie chaty, pola, a stateczny kadr i centralnie ustawione postaci przywodzą na myśl film Wesa Andersona, który cofnął się w czasie i przyjechał do Jugosławii lat 70. W filmie (który jest dostępny w sieci, zatem polecam zatrzymać się i zrobić sobie krótki seans) oglądamy przekrój powojennego społeczeństwa, gdzie – trochę jak na zdjęciach polskiej wsi u Zofii Rydet – mieszają się kultura chłopska, zachodnie marzenia o tym, by aspirować do nowego świata, i dawne imperialne wpływy.
O sztuce, którą widzę wszędzie, ale czy to dobrze?
Ten miks marzeń i lokalności da się wyczuć także dziś, nawet w samej strukturze biennale: tego, co obiecuje wydarzenie, w tym, czym jest i czym chciałoby być. Z jednej strony oglądam tu wyjątkowe prace, których nie widziałem wcześnej, z drugiej mam wrażenie, że to po prostu wystawa, nie Biennale, a duża, całkiem ciekawa wystawa, której główny wątek w wyrazisty sposób towarzyszy zebranym pracom. W dodatku to wystawa, która w znacznej części skonstruowana jest tak, że sprawia znajome wrażenie. Dwa spośród najważniejszych międzynarodowych nazwisk – Clemente Cogitore i Kapwani Kiwanga – były pokazywane w ostatnich latach w Polsce, a dzieła innych ważnych artystów biorących udział w tegorocznym Biennale, a więc Lawrence Abu Hamdan, Selma Selman i Petrit Halilaj, można było w ostatnich miesiącach zobaczyć w warszawskim MSN na wystawie prezentującej kolekcję muzeum. Z jednej strony obecność tych postaci w Timișoarze pokazuje przepływy między scenami artystycznymi poza Zachodem, z drugiej – nasuwa pytanie, czy nie oglądamy wciąż tej samej globalnej wystawy, dostosowanej do lokalnych kontekstów.
Karpo Godina, zdjęcie dzięki uprzejmości Art Encounters
Może właśnie w tym tkwi sens organizowania biennale w krajach takich jak Rumunia, Finlandia, Estonia czy Łotwa. To wydarzenia, które nie napędzają rynku sprzedaży, a budują coś trwalszego, nawet jeśli to konserwatywna trwałość kanonu sztuki i nazwisk, które, powtórzone odpowiednio wiele razy w odpowiednio ważnych miejscach, po prostu zapadają w pamięć. Timișoara pokazuje, że nawet jeśli biennale nie jest idealne, bo czasem powtarza prace znane skądinąd, a czasem zbytnio ufa kolekcjonerom, to daje coś, czego w Polsce brakuje: przestrzeń dla wspólnej historii opowiedzianej z naszej perspektywy.
*Do Timișoary zostałem zaproszony przez organizatorów festiwalu.