Powieść, która udaje samą siebie. „Lázár” Nelia Biedermanna
( 11.08.2026 )
„Trzy pokolenia rodziny Lázárów zostaną wciągnięte w wir wydarzeń XX wieku – upadek monarchii Habsburgów, dwie wojny światowe, Holokaust, zbrojny zryw Węgrów przeciwko komunistycznemu reżimowi. Na ich oczach zawali się stary porządek, a wraz z nim zniknie świat, który znali”. Tyle z opisu wydawcy, a co na to książka?
Baron jak to baron
Imre (starszy) i Sándor (młodszy) Lázárowie to bracia, których rodziców pochłonął las. Ojca po bożemu, na polowaniu, matkę zaś brutalnie, bo powolnie – „wysyłając różne znaki”, popychając do obłędu. W szaleństwo popadł też Imre, za sprawą książki zbójeckiej – „Opowieści nocnych” Hoffmanna, które czytał z namaszczeniem tak wielkim, że ich bohaterowie w końcu wyleźli na powierzchnię i przemówili do tracącego rozum biedaka. Sándor to mąż Marii, oczywiście oschły i władczy. Od dziecka chciał być szlachcicem, odciskać sygnet, wyciągać zegarek z kieszonki, popijać wino z interesantami, dostojnieć z wiekiem. Słabość do rekwizytów maskowała jego prywatną tragedię – brak szlachetnej urody i arystokratycznego powabu, którymi obdarzono Imrego, urodzonego dziedzica. Sándor do ostatnich dni będzie się więc czuł jak uzurpator („arystokratyczne pochodzenie manifestowało się w tym, jak się wysławiał, jak jadł i jak się ubierał, a więc w rzeczach, których musiał się nauczyć i które czasem, w roztargnieniu i stresie, zapominał, przez co tracił całą swoją charyzmę”) – umrze w końcu z przepicia, pozostawiając po sobie zrujnowany zamek.
Maria raczej nie kocha już Sándora, w dodatku tnie się jego brzytwą. Lajosa płodzi z parobkiem, który i tak potem zginie. Sándor, jak to baron, też ma kochankę, zgadliście, tajemniczą, zgadliście zmysłową, przed którą, zgadliście, upadla się nieco w sypialni, choć rozsądnie, by nie zniechęcić rekreacyjnego czytelnika – siadanie na twarzy i wytchnienie „pod tyłeczkiem” (naprawdę tak napisano), wąchanie pach, lizanie stóp.
Lázárowie mają córkę, Ilonę, która wbrew wstępnym sugestiom (a moim zdaniem – i założeniom) nie odegra w książce dużej roli. Najpierw, jak wszyscy, ponienawidzi trochę ojca i poznęca się w duchu nad miałkością zamkowego życia, potem wyjdzie za bogatego Żyda-pacyfistę, by w końcu uciec do Ameryki przed nazistowskim prześladowaniem. Kluczową rolę odegra Lajos, kreowany na główną postać powieści. Lajos odtworzy większość ojcowych słabości, a w czasie wojny odznaczy się przede wszystkim oportunizmem („to on odpowiadał za organizacyjną stronę [...] gettoizacji”). Dowcipna i delikatna Lilly powije mu wcześniej dwójkę dzieci, Pistę i Evę; znaczenie dla autorskiego dyskursu znów będzie miał jednak tylko chłopak. Straumatyzowany utratą miłości życia i własną bezsilnością wobec oglądanej przemocy, spróbuje przezwyciężyć rodzinną obojętność. Pojmie po humanistycznemu, że słabość nie jest winą, jeśli tylko zdobędziemy się na bycie z jeszcze słabszym. Na Evę Biedermann nie miał już widać pomysłu, ta więc, jak to baba, najpierw zauroczy się w poczciwym i sprawnym seksualnie rolniku, a potem prawie zakocha w pretensjonalnym kutasie, który złamie jej życie.
To, co najgorsze, zrobili sobie sami
Jak jest więc z tym „wirem wydarzeń”, który wciąga trzy pokolenia nieszczęsnej rodziny? Otóż trudno powiedzieć, bo w „Lázárze” jest go jednocześnie za dużo i za mało.
„Za dużo”, bo historią, przemianami i przejściowością przeżywanych czasów próbuje się nieustannie grać. W pierwszej partii książki jak refren powracają więc mętne sentencje o „dogasającym stuleciu”, „świecie należącym do przeszłości”, królestwie sierpniowych wieczorów „bardziej samotnym niż upadająca monarchia”. Rytm zdarzeń rodzinnych odmierza się przy użyciu encyklopedycznej osi czasu, historycznych oczywistości – zatonięcie Titanica, wybuch Wielkiej Wojny, igrzyska w Berlinie. Rezultat jest czytankowy, brakuje mu szczegółu, który by wszystko ożywił.
„Za mało”, bo wiele wskazuje, że to, co najgorsze, Lázárowie zrobili sobie sami. Trochę jak u Pilcha: „do tego domu Belzebuba nie trzeba sprowadzać – mieszka tu od dawna”. Piekło to inni, głównie najbliżsi. Działa to też w drugą stronę – ostatecznie, jeszcze w 1919 roku Lajos odnawia rezydencję zrujnowaną przez ojca, nadzieja nie powraca zaś wskutek pomyślnego podmuchu historycznego wiatru, a indywidualnej decyzji jednostki, która złapała się za głowę i wzięła w garść. Biedermann nie wykonuje pracy, która pozwoliłaby powiązać markowane przezeń „wiry” z losami Lázárów. Bohaterowie, których poznajemy na początku, to siedem nieszczęść. Na początku w świecie Biedermanna nie ma ludzi zaradnych, o samosterowności nie wspominając. Ich życia to ciągi zgryzot i afektów, jedynym regulatorem emocji pozostaje obłuda. Ale tak naprawdę trudno orzec, czemu wszyscy są tak bardzo nieszczęśliwi, czemu się tak nie znoszą, dlaczego dzieci marzą, by nie siadać do stołu z rodzicami. Jakież to duchy, i za co, mszczą się na mieszkańcach leśnej rezydencji.
„Śmierć otaczała [Pistę] od zawsze. Z jednej strony ta konkretna, której ofiarami padli jego dziadkowie i o której nie mówiono, z drugiej strony ta abstrakcyjna, oznaczająca kres monarchii, upadek arystokracji i zanik tradycyjnych wartości, na których zasadzał się jego świat” – na poziomie fabuły wszystko się zgadza, tyle że ani „kres monarchii”, ani „upadek arystokracji”, ani nawet „zanik tradycyjnych wartości” nie przyczyniały się do pogorszenia statusu rodziny. Aż do roku 1939.
Wszystko idzie po linii męskiej
Druga wojna i jej następstwa zmieniają wszystko – dwukrotnie wypędzają Lázárów z domu, oddzielają Pistę od ukochanej Matildy, Lajosa wiodą zaś do kolaboracji. Dopiero wtedy książka nabiera fabularnej ciągłości. Utkana wcześniej z krócizn, wątłych zarysów prywatnych awantur i wzruszeń, na moment staje się pełnokrwistym traktatem o obojętności i wyrzutach sumienia, o bezbronności jednostek. Pierwszy raz wiarygodnie wikła też rodzinę w historyczne zależności.
Nie wierzcie więc do końca, że macie do czynienia z powieścią. „Lázár” to nowela o Zagładzie, o postawach możnych rodzin wobec triumfu śmierci, o niechlubnych strategiach przetrwania. Poza tym drugowojennym momentem chwały autora jest to zaś powieść pozorna, pozbawiona narracyjnego nerwu, złożona z bezpiecznych obyczajowych miniatur i rodzajowych scenek przetykanych dyżurnymi przypomnieniami o schyłku czasów. Otulina wojennej historii symulująca międzypokoleniowy rozmach.
Przypadkowo rejestruje to też wstępna część książki, odcięta od reszty dykcją i nastrojem; mroczna, krwawa, zerkająca w stronę niemieckiego romantyzmu, dostarczająca efektownych przepowiedni Imrego („mówił coś o mrocznych statkach, o upadku i wielkiej wojnie”) i Ilony („śnił mi się świat pokryty pieczonym mięsem”). To właśnie czas drugiej wojny Biedermann dyskontuje też w okresie budapesztańskim, gdy Lázárowie oglądają z bliska powstanie roku 1956 – dla losów Lajosa, Pisty i Evy znaczenie ma tylko to, czego dwaj pierwsi nauczyli się za sprawą wojennych doświadczeń. Po wojnie narracja wraca jednak do tematycznych rozbłysków i sygnalizacji, historycznej publicystyki uprawianej wyrzutami myśli, jak wtedy, gdy upokorzeni arystokraci bajają, że prawdziwie ludowa rewolucja pozbawi komunistów władzy, a dawnym panom przywróci zasłużoną, ich zdaniem, przeszłość. Znów ma się wrażenie, że to spis pomysłów na serial, a nie spójna fabuła.
Nelio Biedermann, „Lázár”, Wydawnictwo Marginesy
Biedermann sobie poradzi
„Nie umie pan robić miąższu powieści, mięsa powieści. Robi pan same gwiazdy, pointy. Są stłoczone i nie mają tła” – tak do Emila, literackiego odbicia młodego Leo Lipskiego, zwraca się Wielki Pisarz, tajemnicza postać „Niespokojnych”. Pogłos tej przestrogi dźwięczy mi w uszach jeszcze teraz, choć pomięte, pokreślone i zadrukowane „Lázárem” arkusze A4 złożyłem już na miejsce, by uporządkować myśli. Z Biedermanna ani Lipski, ani Tomasz Mann, ani Lampedusa, ani Musil czy Marta Mészáros, ani nawet Twardoch, choć ci wszyscy mogliby przyjść do głowy (a jak potwierdza lektura tzw. blurbów – przychodzą niektórym) w kontekście tematów i metod szwajcarskiego młodziana. Jego druga powieść, wydana chyba jeszcze przed dwudziestymi drugimi urodzinami, szturmuje nam właśnie księgarniane witryny, lajfstajlowo-czytelnicze Instagramy (#współpraca) i profile publicznych intelektualistów.
No i w porządku, to oczywiście nic złego, napisać powieść nie taką, jak chciałby ktoś inny, a tym bardziej – nie być kimś innym, a swym własnym twórcą. Żadna to też ujma, że Biedermann nie napisał książki, za którą niezmordowanie chodzi nasza krytyka: odtrutki na przesadnie kameralne, szantażujące czytelnika autofikcje; ambitnej, mozolnej i realistycznej sagi przeklętego rodu, którego losy przeglądałyby się w wypadkach kraju i kontynentu. Pełnej załomów gawędy o rodzinie, nowych „Buddenbrooków”, „Geparda”, „Nocy i dni”. „Forsyte’ów”, od biedy...
Nie jest też problemem pisarza, że wyczuwająca to łaknienie oficyna koloryzuje zawartość produktu i składa czytelnikowi obietnice bez pokrycia. Brzmi to może z mojej strony jak troska o autorów, i z grubsza mógłbym tak argumentować – napisać, że takie zabiegi promocyjne są krzywdzące dla pisarzy, bo interpretacyjny filtr ustawiony przez cudze ambicje wytwarza oczekiwania, którym książka nie zawsze sprosta. „Lázár” nie sprostał, wiele wskazuje jednak na to, że akurat Biedermann akurat sobie poradzi. Ma erudycję, wydawcę, zasięgi, finansowy spokój, markę, czytelnicze zaciekawienie i pancerz skojarzeń z największymi. Trzy pierwsze są obiektywne, czwarte to nie moja sprawa, trzy ostatnie zaś – jeszcze trochę na wyrost. Trudno w każdym razie o lepsze warunki, by w końcu napisać powieść, która nie udaje samej siebie.
Nelio Biedermann, „Lázár”
Wydawnictwo Marginesy 2026
Przekład: Danuta Fryzowska