Pracuję na memach i zrzutach ekranu. Rozmowa z Karoliną Jarzębak
( 13.12.2025 )
Od zawsze dużo siedziałam w Internecie i bawił mnie ten kontrast – ktoś może pokracznie wkleić takie proste obrazki do swojego feeda i całkiem zmienić ich znaczenie. I właśnie ten zabieg jest mi bardzo bliski: wyjąć z kontekstu, żeby całkiem zmienić znaczenie. Memy to takie współczesne malowidła naskalne, hieroglify.
Na początku była żaba Pepe, nie?
To był 2017 rok, ja właśnie robiłam dyplom, a Donald Trump po raz pierwszy został prezydentem. Większość prac na tym dyplomie była efemeryczna – obiekty poskładane z kilku elementów, kontrolowany burdel, który przygotowałyśmy z Olą Nowakowską, bo broniłyśmy się razem. I pośrodku tego leżały dwie intarsje: mała drewniana kostka z żabą Pepe i druga z napisem LOL. Ale to był, jak zawsze podkreślam, smutny LOL.
Żaba Pepe, pierwotnie całkiem spoko ziomek, który siedział przy komputerze i był, jak większość z nas, zawiedziony światem, stała się podczas tej kampanii symbolem amerykańskiego altrightu, a konkretnie białych suprematystów. Po uroczystej inauguracji Trumpa, Richard B. Spencer, jeden z przedstawicieli tego ruchu, został spoliczkowany, kiedy szykował się do tłumaczenia, o co chodzi z tym memem. Zrobiłam screena tej sceny, i to zdjęcie leżało pod intarsją z żabą Pepe.
Czemu zdecydowałaś się na to, żeby między rzeczami kojarzącymi się z kulturą internetu umieścić intarsję, szlachetną technikę znaną raczej z muzeów niż z codziennego życia?
Może dlatego, że mam inny stosunek do intarsji. Lubię się śmiać, że wychowałam się w drewnianej chacie. Nie dosłownie oczywiście, ale w moim domu rodzinnym wszystko było pokryte boazerią, wszystkie meble były stylizowane, różne takie rzeźbione różyczki, kredensiki, powiększane stoły, toczone nogi, co tylko możesz sobie wyobrazić. Mój tato prowadzi warsztat meblarski w Kalwarii Zebrzydowskiej, stolicy polskich mebli, więc to wszystko w domu było. Jeśli nie na stałej ekspozycji, to gdzieś się przewalało przy okazji próbkowania do klientów. W latach 90. zakład taty robił bardzo dużo mebli na zamówienie i ta intarsja kojarzyła mi się z klientami mojego ojca, bardzo majętnymi, często zamawiającymi meble, które miały robić wrażenie, pokazywać, że mają dużo kasy.
Kalwaria to miasteczko zbudowane wokół klasztoru, opasane dróżkami kalwaryjskimi. Co tu dużo mówić: te ciężkie meble, to miasto, moi rodzice: to wszystko był dla mnie konserwatyzm. I myślę, że dlatego od początku chciałam tę formę zestawiać z memami, bo memy to taki wandalizm internetowy, prosty rysunek w paincie, który potem rusza szukać nowych kontekstów i znaczeń.
Memy – nasz wspólny język?
Tak, interesuje mnie to, że są powszechnie zrozumiałe, choć ich znaczenia ciągle się zmieniają. Memy są zabawne, to mutanci, bo mają w sobie sporo ze sztuki współczesnej: czerpią z kanonu, z innych tekstów kultury, przetwarzają je i idą dalej. Od zawsze dużo siedziałam w Internecie i bawił mnie ten kontrast – ktoś może pokracznie wkleić takie proste obrazki do swojego feeda i całkiem zmienić ich znaczenie. I właśnie ten zabieg jest mi bardzo bliski: wyjąć z kontekstu, żeby całkiem zmienić znaczenie. Memy to takie współczesne malowidła naskalne, hieroglify.
I w jaki sposób przetwarzasz te hieroglify?
Muszę mieć poczucie, że robię jakiś flip. Biorę te morfujące obrazy, czerpię z ich bohaterów. Ale staram się nie nazywać dokładnie tego, co robię z memami, bo czerpię przyjemność z tego procesu tak długo, jak długo dla mnie samej pozostanie zagadką. Nie konstruuję swoich prac z chirurgiczną precyzją, z jedną poprawną drogą odczytania, którą ktoś potem powinien starannie rekonstruować.
Przestałam się przejmować, że ludzie tego nie zrozumieją. Z tymi moimi memami i fascynacją dziwnymi internetowymi postaciami czułam się dosyć nierozumiana. Bałam się robić takie wielkie, skomplikowane rzeczy jak np. intarsja, która zamykała „Samozaoranie”, moją tegoroczną wystawę w Bielsku-Białej. Dziś mam poczucie, że etap szukania języka mam już powoli za sobą, a w piórniku mam coraz więcej narzędzi, które pozwalają mi robić to, co mnie satysfakcjonuje.
Karolina Jarzębak, „Samozaoranie”, widok wystawy, Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała, fot. Michał Maliński, dzięki uprzejmości artystki
I co w nim masz w takim razie? Albo – skoro już przy tym jesteśmy – jaką jesteś artystką?
Zacznijmy od piórnika i od tego, czego brakuje: na pewno w pobliżu nie ma szkicownika i długo wstydziłam się do tego przyznawać. Ale prawda jest taka, że pracuję raczej na memach i zrzutach ekranu, to są moje narzędzia – oczywiście potrafię wyrysować wszystko, co trzeba, ale szkice pełnią u mnie raczej techniczną rolę, nie są mi potrzebne do myślenia. Ważne są moje skojarzenia i doświadczenia. I warsztat taty, gdzie powstają wszystkie moje intarsje, oraz wyniesione z domu myślenie pewną estetyką: wysokim połyskiem, wzorem drewna, dziwnymi rzeźbieniami, wszystkimi tymi rzeczami, które się na tych meblach ustawia.
Ale pracujesz nie tylko w drewnie.
Nie zamykam się na jedną technikę – robię arrasy, czyli wielkoformatowe wydruki na tkaninach, które są chyba najbliższe temu malarstwu porzuconemu jeszcze na akademii. Robię obiekty – ostatnio na potrzeby wystawy w Łodzi powstał Karaluch Doom Scroller, inspirowany memem z karaluchem, który z kolei jest inspirowany Kafką, a w mojej wersji też „Muchą” Cronenberga i „Substancją”. Chciałam pokazać efekty zderzenia człowieka z technologią, która prowadzi do mutacji: karaluch scrolluje Tik-Toka w dopaminergicznym szale, z iPhone’em w jednym odnóżu i monsterem w drugim. Ta wystawa miała tytuł „emotional stickers internet brainless”, tytuł pożyczyłam z opisu naklejek z temu, przedstawiających wizerunki brainrotowych postaci. Cała wystawa była o okradaniu ludzi z emocji przez szybkie wyrzuty dopaminy przy oglądaniu krótkich form filmowych. Podobno to niszczy mózg bardziej niż alkohol.
Dyplom mam teoretycznie z malarstwa, ale skończyłam pracownię prowadzoną przez Andrzeja Bednarczyka i Michała Zawadę, gdzie wreszcie nikt nie cisnął mnie, żebym piąty rok z rzędu rysowała akt. Malarką nie jestem na pewno, rzeźbiarką też się nie czuję. Szczerze mówiąc – nie lubię nawet mówić o sobie, że jestem artystką, ale chyba tak najłatwiej ludziom wytłumaczyć, czym się zajmuję.
Karolina Jarzębak, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości artystki
A czym się zajmujesz?
Siedzę w Internecie i zbieram, zbieram przedmioty i wizerunki ze screenów.
Fascynują mnie internetowe postaci, które ze względu na swoją radykalną autentyczność często osiągają w swoich filmach takie efekty, których nie powstydziliby się współcześni artyści. Na wystawie „I am living in your walls” przywołuję Paulinę Kracewicz, Justina RPG, Chrisa Chana, te moje trzy panie Bovary, a jednocześnie dzisiejszych artystów naiwnych. Dopiero kiedy przeczytałam tekst Borisa Groysa o Internecie jako powieści, zrozumiałam, jak mogę pokazać tragizm tych postaci.
To są ludzie wrzuceni w Internet – pierwsi ludzie wrzuceni w pierwszy Internet. Mrówki-zwiadowcy. Oni wstawiali filmy do sieci zanim tysiące twórców zaczęło kreować persony z myślą o tym, żeby się klikało. Fascynuje mnie ta epoka kamienia łupanego w Internecie, kiedy ludzie jeszcze traktowali bycie w sieci mniej jako ścieżkę kariery, a bardziej jako przestrzeń ekspresji lub poszukiwania bratniej duszy. Czasy internetowego romantyzmu, przed współczesnym cynicznym wyrachowaniem.
Efekt ich działań jest gdzieś na granicy sztuki współczesnej. Chciałabym dziś zobaczyć jakąś artystkę z taką pewnością siebie, z takim wewnętrznym przekonaniem. Na te zabiegi estetyczne, które stosowali w swoich filmach na YouTubie, nie wpadłby żaden wykształcony przez akademię artysta, a jednak to są rzeczy o ogromnej sile oddziaływania, które wrzucają odbiorców na alternatywne tory myślenia.
Karolina Jarzębak, „I am living in your walls”, fragment wystawy, galeria Jak Zapomnieć, Kraków, fot. Michał Maliński, dzięki uprzejmości artystki
To nie pierwszy raz, kiedy sięgasz po postaci, które można skojarzyć z kulturą współczesnych odrzuconych, niedopasowanych, może inceli?
Owszem, zrobiłam kocyk dla red-pillowca, żeby było mu miękko i ciepło, kiedy gra na konsoli. Ale jeśli chodzi o memy, to nie myślę o tym w ten sposób. Dla mnie Wojak to współczesny everyman. Jest postacią, z którą, w zależności od kontekstu, każdy się może utożsamić. Party loner, czyli w sumie też Wojak, podobnie – kto z nas nie siedział kiedyś w kącie na imprezie i nie czuł się osamotniony? No i Withered Wojak, czyli też Wojak, tylko już zniszczony życiem.
Czy ten everyman to też everywoman?
Ja na pewno się utożsamiam z tym poczuciem niedopasowania, ono dla mnie nie jest związane z płcią, jest po prostu ludzkie.
Lubisz też niedopasowane przedmioty – od lat kolekcjonujesz różne znalezione w lumpeksach rzeczy, przez chwilę pod szyldem „Jak zapomnieć” prowadziłaś zresztą nie tylko galerię, ale też vintage shop, w którym chwilę przed wszystkimi sprzedawałaś ciuchy w stylu Y2K.
Tak, można powiedzieć, że moja sztuka to taki magazyn z różnymi wątkami na granicy zapomnienia: od niedopasowania do kanonu, przez wstyd po niewygodę. Interesują mnie odrzucone emocje, odrzucone przedmioty, estetyki, odrzuceni ludzie z internetu. Tego szukam, i kiedy tworzę, i kiedy przeglądam rzeczy w szmateksach albo Youtube’a, social media i fora internetowe.
Staram się patrzeć na świat bez wartościowania: może za dwa tysiące lat ktoś uzna, że skoro coś miało dużo wyświetleń na YouTubie, to znaczy, że było niezwykle wartościowe? Może skoro produkujemy pełno porcelanowych figurek, to w postapokaliptycznej rzeczywistości będą myśleć, że ceniliśmy je niezwykle wysoko? Tak jak te maleńkie neolityczne figurki kobiet: dziś nam się wydaje, że one były takie kulturowo istotne, ale może tak naprawdę stały w ogromnych koszach z rzeczami z przeceny? Od kiedy dowiedziałam się, że dinozaury tak naprawdę były kolorowe i pokryte piórami, a my wszyscy od dziecka mamy w głowach pokrytego łuską jaszczura, już nic mnie nie zdziwi.
Karolina Jarzębak, „Samozaoranie”, widok wystawy, Galeria Bielska BWA, Bielsko-Biała, fot. Michał Maliński, dzięki uprzejmości artystki
A antyczne rzeźby były kolorowe.
Właśnie, wydawało nam się, że mamy taki wysublimowany gust, uwielbiamy te monochromatyczne posągi w marmurowych bladych świątyniach, a tu nic, rozczarowanie. Alternatywna rzeczywistość, którą wymyśliliśmy na podstawie szczątkowych informacji.
Skoro znów wracamy do historii, to chciałam cię zapytać o cały ten historyczny sztafaż, którego używasz w swoich pracach. Sama mówisz o swoich tkaninach jako o arrasach, na „Samozaoraniu” były i arrasy, i intarsje, i ogromny miecz.
Może to wszystko pokłosie dorastania wśród stylizowanych mebli? (śmiech) Na pewno nie używam tego sztafażu ironicznie i w sumie cieszę się, kiedy ktoś niespodziewany trafi na moją wystawę, bo na przykład interesują go militaria. Zresztą na wernisażu „Samozaorania” pojawili się panowie, którzy oczekiwali raczej mieczy i arrasów, a nie sztuki współczesnej. Trochę się wkurzyli, dzięki czemu zaczęliśmy dyskutować. Moi rodzice, chociaż są konserwatywni, zaczęli mnie bronić, czyli udało mi się ich postawić w innym punkcie widzenia. Bardzo mnie to ucieszyło.
Te historyczne wątki to też komentarz na temat „powrotu średniowiecza”, o którym często rozmawialiśmy w ostatnich latach w kontekście polityki. Wykorzystuję te historyczne motywy, żeby zobaczyć, gdzie się dziś chowamy w poszukiwaniu bezpieczeństwa, za czym tęsknimy. To nie jest wystawa przeciwko tym, którzy sobie wieszają miecze na ścianach.