Propaganda, której nie ulegliśmy, czyli co nam się nie podobało w kulturze w pierwszej połowie 2025
( 30.07.2025 )
A wielu się podobało. Patrzymy na seriale, płyty, filmy, książki i wystawy, które chwalono, a nam wydaje się, że to pochwały na wyrost. Czyli redakcja Mint narzeka (raz na pół roku).
Wolfgang Tillmans, „Nothing could have prepared us – Everything could have prepared us”, Centre Pompidou, Paryż
Wolfgang Tillmans wielkim artystą jest, tak jak Słowacki wielkim poetą był. Nie da się z tym zdaniem polemizować. Zarówno formalnie, jak i tematycznie, jego prace odcisnęły piętno na współczesnej sztuce i popkulturze. Jednak wystawa, która otworzyła się w czerwcu tego roku w paryskim Centre Pompidou, przypomina raczej klub wtajemniczonych niż retrospektywę. Trudno z niej wyczytać wyraźne wątki, nawet w przypadku znanych projektów czuć nonszalancki, niemalże arogancki wobec widza styl ekspozycji. Może dało by się to przełknąć, gdybyśmy mogli traktować tę wystawę jak dzieło sztuki. Ale trudno zaliczyć wydarzenie do udanych, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w założeniu miała to być wystawa przekrojowa, obejmującą kilka dekad twórczości artysty. Mimo to wszyscy chwalą, bo Tillmans wielkim artystą jest. I chyba właśnie ta intymna atmosfera odkupiła całość. W zamykającym się już Centre Pompidou ekspozycja sprawiała wrażenie, jakby Tillmans symbolicznie gasił światło w muzeum.
Wolfgang Tillmans, « Moon in Earthlight », 2015. Dzięki uprzejmości Galerie Buchholz, Centre Pompidou
„Oczy moje zwodzą pszczoły”, CSW, Warszawa
Naprawdę chcieliśmy, żeby ta wystawa nam się podobała. Fotografia w polskich instytucjach sztuki wciąż ma pod górkę, a osoby zaangażowane w przygotowanie tej ekspozycji w CSW to wybitni twórcy rodzimej kultury. Niestety, w przypadku wystawy „Oczy moje zwodzą pszczoły”, dwa plus dwa nie dają cztery. Świetne nazwiska, znane prace, perełki wydobyte z archiwów nie układają się w żadną przekonującą całość. Pośpiech przy organizowaniu wystawy, o którym wspominało kuratorskie duo -- Łukasz Rusznica i Kamila Bondar -- sprawił, że narracja zwyczajnie się rozsypała. Choć trzeba dodać, że kącik z photobookami i mikroczytelnią naprawdę uratował odbiór całości.
Dokumentacja fotograficzna wystawy „Oczy moje widzą pszczoły”, © Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski
Han Kang, „Lekcje greki”, tłum. Justyna Najbar-Miller, W.A.B.
W ostatnich latach Noble w dziedzinie literatury budzą coraz większe zdziwienie. Odkąd laureatami zostali Handke, a potem Louise Gluck, było tylko gorzej (wyjątkiem Jon Fosse!). Nagroda dla Han Kang znów jest sygnałem, że Nobel trafia dziś do tych, którzy poruszają odpowiednie tematy, a mniejszą uwagę zwracają na warsztat pisarski. Autorka „Wegetarianki” opowiada o ważnych sprawach – przemocy wobec kobiet, toksycznych relacjach rodzinnych lub współczesnej epidemii samotności – ale robi to za pomocą ekstatycznej, do bólu zmetaforyzowanej prozy. „Tam gdzie spotykały się sylaby, fonemy i luźne znaczenia, niczym knot ładunku wybuchowego płonęły jednocześnie euforia i poczucie winy”, pisze Han Kang w „Lekcjach greki”, a my kończymy książkę bez euforii, ale z poczuciem winy, że pozostaliśmy obojętni na losy nieszczęśników, którzy cierpią na afazję lub stopniowo tracą wzrok. Koreanka tworzy ten rodzaj powieści, w których wygląd bohaterów poznajemy na drugiej stronie, historię ich dzieciństwa na trzeciej, a potem pojawia się katalog traum i kilka linijek beznamiętnego dialogu. Nie licząc „Nie mówię żegnaj”, powieści Han Kang dostępne po polsku nie spełniają oczekiwań, które towarzyszą lekturze noblowskich książek – i to mimo udanych przekładów.
„Nosferatu”, reż. Robert Eggers
Po wyreżyserowaniu serii świetnych filmów – The Witch, The Lighthouse, The Northman – Robert Eggers wyrobił sobie opinię współczesnego mistrza ambitnego horroru. Oczekiwania były więc ogromne, gdy z 50 milionami dolarów w kieszeni na warsztat wziął oryginalnego „Nosferatu" F. W. Murnaua. Z pozoru wszystko się zgadza. Film jest mistrzowsko zrealizowany, dobrze zagrany (nie będziemy się tu znęcać nad Lily-Rose Depp, w tej roli jest świetna), tyle że... nie zaskakuje i nie straszy, a momentami popada wręcz w śmieszność. Być może Eggers kocha Nosferatu mocniej niż Nosferatu kocha Ellen, bo film Amerykanina jest raczej współczesnym odtworzeniem oryginału niż twórczą odpowiedzią na wampirzy mit. Doskonały warsztat to niestety za mało, gdy pracuje się z tak kanoniczną historią, jak legenda Hrabiego Drakuli/Orloka. Z wersji Eggersa najlepiej zapamiętamy wylew tiktokowych memów: orlokowe tutoriale na spotkanie ze swoim long-distance situationship i charczenie ze wschodnioeuropejskim akcentem: You must bounce on it! Hryyyyyy. Crrrrrrrrrazyyyy StyleeeeeeAA
Cosplay Nosferatu, TikTok @watersofglass
Bon Iver „Sable, Fable”
Justin Vernon a.k.a. Bon Iver wydaje swoją piątą długogrającą płytę, a światowe media nagle głuchną i nie potrafią odróżnić zgrabnej melodii od przezroczystego snuja, do tego zapominają, na czym polega różnica pomiędzy błyskotliwym eksperymentem a bezcelowym siłowaniem się z materią. Pitchfork pisze, że to „zaskakujący album” artysty, który „poświęcił pół życia poszukiwaniom nowych form ekspresji”. Metamorfozie przyklaskuje też redakcja „The Guardian”, piejąc, że oto niegdyś cierpiący bard dziś w krzepiącej bajce o dobrym życiu miesza romantyczny folk z erotycznym soulem. Fantazja, że Prince zostaje farmerem, jest może intrygująca na papierze, ale w praktyce wychodzi pokracznie.
„Black Mirror”, Netflix
Dawno, dawno temu „Black Mirror” było jednym z najciekawszych seriali w telewizji, a potem przyszedł Netflix i wszystko zawalił. Tak bardzo, że z jednego z najciekawszych projektów telewizyjnych został nam marny serial sci-fi bez żadnego głębszego przesłania. Siódmy sezon „BM" miał być powrotem do formy, a zamiast tego dostaliśmy odcinki o magicznej informatyczce, która zamienia się w Boga, marnie zagrany romans w hotelu i całkowicie niepotrzebny sequel, który nic nie wnosi. Nawet solidne odcinki „Eulogy" i „Plaything" nie były w stanie uratować tego sezonu. Dzięki Bogu, że Charlie Brooker w końcu uciekł z Netflixa i zerwał z nimi kontrakt. Może teraz uda mu się przygotować coś sensownego.
Samantha Harvey, „Orbita”, tłum. Kaja Gucio, Wielka Litera
Ta książka ma 184 strony i gdyby skończyła się na trzydziestu, byłaby naprawdę super. Niestety Samantha Harvey zaczyna wtedy wyliczać narodowe stereotypy i wpada w naiwne rozmyślania o świecie, w którym z kosmosu nie widać granic. „Orbita” to powieść o sześciorgu astronautów i astronautek: Amerykaninie, Brytyjczyku, Japonce, Włochu i dwóch Rosjanach (brzmi jak potencjalny problem? tak właśnie jest). Poetycka proza Harvey szybko nuży i staje się narzędziem do powielania prostych skojarzeń. Tak więc Japonka z nostalgią przegląda album o ogrodach zen, Włoch wspomina urokliwe włoskie wioseczki, a Rosjanin marzy o krówkach (egzotycznie nazywanych „krovkami"). Gdyby w harveyowskiej stacji kosmicznej był Sławosz Uznański, niewątpliwie śniłby o pierogach i narzeczonej tańczącej krakowiaka. Być może połowa tych skojarzeń okazałaby się prawdziwa i polski astronauta rzeczywiście bierze w kosmos pierogi – od fikcji oczekujemy jednak czegoś więcej. Chciałoby się, żeby proza wygrywająca Bookera trafnie opisywała współczesną rzeczywistość geopolityczną, Harvey jednak nie potrafi tego zrobić. Relacje między postaciami różnych narodowości pisarka ukazuje z głupkowatą naiwnością zachodniej lewicy, a do tego nieświadomie powiela imperialne sny o mateczce Rosji.