„Proud”’s not so proud. Problem HBO Max i Ignacego Lissa
( 17.06.2026 )
Aktor grający geja nie musi być gejem. Nie musi chodzić na parady. Powinien jednak odrobić podstawową lekcję sojusznictwa. To, czy Liss podołał aktorskiemu zadaniu, zostawiam wam do samodzielnej oceny. Jest jednak wyraźnie nieprzygotowany do rozmawiania o queerowych postulatach. Widać tu przede wszystkim porażkę HBO, które nie przeszkoliło go odpowiednio, a jednocześnie oparło większość promocji na jego osobie.
W piątek 12 czerwca ukazał się pierwszy odcinek serialu HBO Max „Proud” o geju (Ignacy Liss), modelu, imprezowiczu i narkomanie, który nagle musi zacząć wychowywać córkę swojej zmarłej siostry.
Dzień wcześniej „Plejada” na swoich kanałach społecznościowych opublikowała wypowiedź Lissa: „Wydaje mi się, że trzeba być bardzo ostrożnym, i staram się być bardzo apolityczny, jeśli chodzi o wszelakiego rodzaju parady, pikiety, protesty, ponieważ nie lubię tego w naszym kraju, że jesteśmy tak bardzo skłóceni i poróżnieni. Bardzo często mówimy o tym samym, i mamy podobne poglądy, a kłócimy się i rzucamy w siebie obelgami. Staram się po prostu unikać takich historii. (...) Jestem zwolennikiem rozmowy i słuchania siebie nawzajem, a nie wyzywania i skreślania”.
„Proud”, reż. Karol Klementewicz
Słowa Lissa niemal od razu wywołały oburzenie queerowej społeczności. I słusznie. Nie chodzi bowiem o to, że Liss niechętnie chodzi na parady. Nikt go do tego nie zmusza. Jego wypowiedź powiela jednak stereotypy o marszach równości powtarzane przez osoby, które nigdy nie były nawet w okolicy takiego wydarzenia. Poprosiliśmy Ignacego Lissa o komentarz – między innymi po to, by zapytać, czy uczestniczył w jakimkolwiek marszu równości, ale mimo wyrażonej przez Lissa chęci rozmowy, kontakt nagle się urwał. Gdyby w sobotę jednak (13 czerwca) uczestniczył w Paradzie, zobaczyłby, że obelgi i wyzwiska rzeczywiście pojawiają się na wydarzeniu, ale ze strony kontrmanifestacji. Słowa o „apolityczności” mogą niektórych urzekać, ale świadczą wyłącznie o naiwności i nieuświadomionym przywileju. Samo istnienie osób queerowych jest upolitycznione. Nie możemy sobie pozwolić na życie w próżni i udawanie, że polskie homofobiczne prawo i stan debaty publicznej nie ma na nas wpływu. W momencie, gdy Konfederacja składa w Sejmie projekt wprost zakazujący adopcji przez osoby homoseksualne, a pod prawie każdym postem o marszach równości można znaleźć życzenia śmierci, mrzonki o możliwości bycia „apolitycznym” brzmią śmiesznie. Nie zaskakuje więc, że wywołały falę krytyki.
W poniedziałek aktor opublikował wideo na swoim profilu na Instagramie, na którym mówi:
„(...) konstruktywna krytyka jest potrzebna, (...) rozumiem punkt widzenia co do niektórych myśli. (...) pewnie to był mój 30. wywiad tego dnia i mogłem lepiej ubrać myśli w słowa, ale do zasady powiedziałem tak jak jest. Wierzę w to, że jest mnóstwo osób, które są w tych mniejszościach seksualnych, które też nie przepadają za takimi miejscami jak Parada Równości, Marsz Niepodległości czy inne protesty i pikiety, bo po prostu nie czują się tam bezpiecznie. Ja trochę tak mam. To nie jest przestrzeń dla mnie, dlatego nie chciałem ściemniać. (...) Pewnie są też osoby takie jak ja, które wspierają i wierzą, że trzeba walczyć i mówić o prawach mniejszości seksualnych, o prawach dla par jednopłciowych, które w Polsce są naprawdę żadne. Dla mnie to jest bardzo ważne, ale nie mam ochoty iść w jednym szeregu z człowiekiem, politykiem, który nieraz już obiecywał, że to się zmieni w Polsce, a to się nie zmienia. To jest po prostu dla mnie za dużo. I tyle”.
Wypowiedź przed kamerą zawsze można zrzucić na zmęczenie, niestety niefortunne słowa aktora powtarzają się też w pisanych (i przecież autoryzowanych!) wywiadach. W wywiadzie dla K MAG mówi na przykład:
„Jeśli papież Franciszek mył w Wielki Czwartek nogi osobom transpłciowym, to ja mogę zagrać geja”.
„Pomyślałem wtedy: Boże, żeby tylko tego nie spier*olić, żeby tego nie zepsuć, bo to jest świetnie napisane. Potem oczywiście pojawiły się wątpliwości, bo temat jest, jaki jest. Bardzo dużo zależało od tego, kto stanie po drugiej stronie kamery i jak potraktuje tę historię – czy będzie próbował kogokolwiek indoktrynować swoimi poglądami, czy po prostu opowie historię człowieka i pokaże, że taka historia ma prawo się wydarzyć”.
„Cieszę się, że to właśnie ja mogłem stać się częścią tej historii, a nie osoba, powiedzmy, z tego konkretnego środowiska gejowskiego”.
„Proud”, reż. Karol Klementewicz
Z kolei w wywiadzie dla „GQ” opowiadał o swoim nastawieniu do aktywizmu: „Marzy mi się, że ten serial nie będzie polaryzował opinii, bo jestem już zmęczony dyskusjami o aborcji czy prawach par jednopłciowych. To bardzo ważne, ale nie chcę być aktywistą. Nikt z ekipy pracującej przy tym filmie nie chciał nosić żadnych transparentów. Chcieliśmy zrobić historię o miłości. Każdy ma do niej prawo, nieważne, kim jest”.
I ostatnia wypowiedź, tym razem dla „Variety” z okazji premiery serialu na festiwalu SeriesMania (tłumaczenie własne): „To nie jest o prawach związków jednopłciowych – ten temat nawet nie istnieje w Polsce (sic!) – ale pokazujemy osoby, którym przeszkadza orientacja Filipa. Wiemy, że ten problem istnieje”.
Znów wyłania się nieuświadomiony przywilej bycia w hetero większości i zupełna ignorancja tego, jak wyglądała i wygląda obecnie walka o równe prawa w Polsce. Lissa może męczyć dyskusja o prawach par jednopłciowych, bo nie dotyczy go bezpośrednio. My, queerowe osoby, nie mamy możliwości odłożenia tej dyskusji. Choć we wszystkich tych wywiadach wyraźnie widać, że Liss próbuje być sojusznikiem, to używa języka homofobii i infantylizacji osób queerowych. Według jego słów parady to miejsce „skłóceń, poróźnień i obelg”. Przeraża go bliżej nieokreślona „indoktrynacja” czy noszenie transparentów.
Co więcej, aktor cieszy się, że to on, a nie ktoś ze „środowiska gejowskiego” (w domyśle krzyczącego indoktrynatora?), zagrał główną rolę, a przy tym zestawia swoje działania z tym, co robi papież. Używa języka sprzed dekad, kiedy samo zagranie geja przez hetero aktora było faktycznym gestem wsparcia: robił to Tom Hanks w „Filadelfii” w 1993 roku i jako pierwszy przecierał szlaki widoczności osób zakażonych wirusem HIV w mainstreamie. W 2022 roku sam Hanks mówił, że nie przyjąłby już takiej roli.
Publiczna dyskusja o tym, czy osoba hetero może zagrać osobę homoseksualną, trwa od lat. Zaczęło się od sprzeciwu wobec tego, że aktorzy hetero chełpili się swoją odwagą i mówili o wyzwaniach towarzyszących podobnych projektom, na fali zachwytów zdobywali nagrody, a w międzyczasie osobom queerowym było znacznie trudniej zdobyć istotne role. Oscara za pierwszoplanową rolę geja wygrali William Hurt („Pocałunek kobiety-pająka”), wspomniany Tom Hanks, Phillip Seymour Hoffman („Capote”), Sean Penn („Obywatel Milk”) oraz Rami Malek („Bohemian Rhapsody”). Tylko dwóch nieheteronormatywnych wyoutowanych mężczyzn zdobyło nominację (!) za rolę geja – Ian McKellen za „Bogowie i potwory” w 1998 i Colman Domingo za „Rustina” w 2023. W ostatnich latach szklany sufit w końcu został przebity i wyoutowanie się już nie zagraża karierom aktorów w tym samym stopniu co dawniej. Jonathan Bailey udowadnia, że można z sukcesem być jednocześnie gejem i amantem w heteroseksualnych produkcjach. Jacob Tierney, twórca „Gorącej rywalizacji”, przytomnie zauważa, że decydowanie o obsadzie na podstawie orientacji seksualnej to de facto dyskryminacja zabroniona prawnie (w Kanadzie, ale też w Polsce). Granie geja już co najmniej od dekady nie jest uznawane za szczególne wyzwanie czy poświęcenie. Z tego powodu słowa Lissa brzmią, jakby były wyrwane z innej epoki.
„Proud”, reż. Karol Klementewicz
Kamil Frątczak w swoim komentarzu dla Onetu twierdzi, że „Liss swoją rolą w Proud zrobił więcej niż tysiące ludzi biorących udział w Paradach Równości na całym świecie”. Co za bzdura. Jest dokładnie na odwrót. To właśnie osoby uczestniczące w licznych marszach równości (które, pamiętajmy, są upamiętnieniem zamieszek w Stonewall w 1969 roku) spowodowały wzrost akceptacji osób LGBT+, dzięki czemu dziś wielka korporacja produkuje w Polsce serial o geju, a Ignacy Liss może zagrać swoją pierwszą główną rolę serialową, udzielać licznych wywiadów i pojawiać się na okładkach gazet.
Aktor grający geja nie musi być gejem. Nie musi chodzić na parady. Powinien jednak odrobić podstawową lekcję sojusznictwa. To, czy Liss podołał aktorskiemu zadaniu, zostawiam wam do samodzielnej oceny. Jest jednak wyraźnie nieprzygotowany do rozmawiania o queerowych postulatach. Widać tu przede wszystkim porażkę HBO, które nie przeszkoliło go odpowiednio, a jednocześnie oparło większość promocji na jego osobie. Wypowiedź dla „Plejady” można tłumaczyć zmęczeniem, ale wywiady dla „K MAG” i „GQ” z pewnością przeszły liczne etapy autoryzacji. Nikt w Warner Bros Discovery nie zauważył, że zirytują one dużą część queerowej społeczności? Przy okazji „Czas na Show. Drag Me Out” ekipa produkcji przeszła szkolenia równościowe. Szkoda, że z okazji premiery serialu o tytule „Proud” nie zaplanowano żadnych działań edukacyjnych dla ekipy.
Warto podkreślić, że w wywiadze dla „Zwierciadła” Liss wypada jako świetny sojusznik: wprost opowiada się za adopcją przez pary jednopłciowe, podkreśla, że nie powinno się chwalić aktorów za wybranie takiej roli. Nawet znów przywołanie papieża myjącego nogi osobom transpłciowym wybrzmiewa tu lepiej, bo Liss od razu dodaje, że porządki chrześcijaństwa i wspierania osób queerowych się nie wykluczają. Całej dramy można było więc łatwo uniknąć, gdyby poświęcono więcej czasu na przygotowanie aktora do uważnych wypowiedzi. Warner Bros Discovery musiałby jednak mieć na uwadze wspieranie ruchu LGBT+, a nikt się tym nie zajął.
Dzień po premierze seriali ulicami Warszawy przeszła 25., jubileuszowa, Parada Równości. Tego samego dnia, po drugiej stronie placu Defilad (na którym zaczynała się i kończyła Parada) odbył się przedpremierowy pokaz 3. pierwszych odcinków „Proud” i spotkanie z twórcami w ramach Kina Letniego. W teorii wygląda to więc jak promocja serialu, która wydarzeniem towarzyszącym ma wspierać Paradę. Wielu moich znajomych uczestniczących w sobotnim marszu wprost mi powiedziało, że tak to odebrało. Po bliższym przyjrzeniu się zapowiedziom wydarzenia prawda okazała się inna. Serial HBO Max był nieobecny na paradzie czy Miasteczku Równości (towarzyszące targi odbywające się przez cały dzień na Placu Defilad, w tym roku z 48 wystawcami). Nawet w rolce udostępnionej w social mediach obsada serialu w żaden sposób nie zaznacza, że tego samego dnia i w zasadzie w tym samym miejscu odbywać się będzie Parada.
„Proud”, reż. Karol Klementewicz
Promocja serialu wyraźnie została zaplanowana tak, by nie było możliwości powiązania go z ruchem emancypacyjnym osób LGBT+. Na zachodzie regularnie wykorzystuje się marsze równości do promowania filmów i seriali i podkreślania, że twórcy i obsada produkcji wspierają postulaty społeczności osób LGBT+ (obecność platformy na paradzie oznaczałaby bowiem wsparcie finansowe dla jej organizacji). W Polsce jak na razie tylko jeden serial był oficjalnie reprezentowany na marszu – „Królowa” Netflixa w 2022 roku – ale nawet wówczas na platformie nie było głównej obsady serialu, występowały za to drag queens, które w serialu pojawiają się na trzecim planie. Aktorzy, którzy są sojusznikami, na marszach pojawiają się prywatnie.
Przypadek „Proud” i Lissa to niestety tylko symptom szerszego problemu Warner Bros Discovery. Od wielu lat korporacja chciałaby i mieć ciastko (produkować queerowe produkcje), i zjeść ciastko (nie irytować swojej homofobicznej części widowni). „Czas na show. Drag Me Out” był pierwszym polskim programem poświęconym sztuce dragu. Nie miał też w zasadzie żadnej promocji. W październiku 2021 na serwisie Player odbyła się premiera gejowskiego programu randkowego „Prince Charming”. Niecały miesiąc później, z powodu świetnych wyników oglądalności, w trybie nagłym dołożono produkcję do ramówki telewizji TTV. Na początku 2023 decyzję o przerwaniu produkcji tłumaczono… niską oglądalnością. Widać więc, że „Proud” ma największą promocję ze wszystkich dotychczasowych queerowych produkcji w Polsce, ale co z tego, skoro unika ona aspektu walki o prawa osób LGBT+ jak ognia.
Samemu Ignacemu Lissowi (i reszcie twórców serialu) życzę więcej samoświadomości i chęci przejścia odpowiednich szkoleń. Przed kolejnymi wypowiedziami o marszach warto się przejść na sojusznicze wydarzenia, choćby w roli obserwatora/obserwatorki. Może wtedy przestaną pojawiać się w wyssane z palca argumenty anty-paradowe. W tę sobotę marszuje Poznań i ponownie Warszawa (tym razem w ramach Queerowego Marszu Wyzwolenia). Okazji na dokształcenie się jest mnóstwo. Lepiej późno niż wcale.