Prozy złote a skromne. Lekcje pisania z Tobiasem Wolffem
( 15.07.2026 )
Jak Janerka się cieszę, że wciąż nie utraciłem coraz z wiekiem trudniejszej umiejętności zachwycania się. Ale trafienie na pisarza tak wspaniałego jak Tobias Wolff i tak uważam za wydarzenie niecodzienne, Święto Literatury co się zowie. Będziecie je obchodzić ze mną, albo już zawsze będę Was obchodzić z daleka – czytelnikom Minta grozi Grzegorz Wysocki.
Oto początek naszej, tj. mojej i Wolffa, historii. Zabrzmię jak jakiś new-age’owy neofita, ale czasami to się po prostu czuje i wie. Otwierasz paczkę od listonosza, jeszcze nie znasz żadnego Wolffa, ale – choć masz stos pilnych lektur i czytasz dwanaście innych książek na raz – i tak nagle rzucasz wszystko, by zajrzeć do kolejnego ponoć świetnego, a u nas jak dotąd nieznanego amerykańskiego prozaika.
(Swoją drogą, ilu oni ich tam jeszcze mają? Kogo jeszcze ukrywają? Zerknijmy na parę kart z niekończącej się historii wielkiej amerykańskiej literatury odkrytej w ostatnich latach: „Fat City” Leonarda Gardnera, arcydzieło dowiezione przez ArtRage. Opowiadania zebrane Grace Paley dzięki WAB. John Williams w części ponownie, a tak naprawdę od zera prezentowany polskiemu czytelnikowi przez Filtry (oprócz nowego przekładu „Stonera”, mamy „Augusta” i „Butcher’s Crossing”). Do tego i Czarne, a w szczególności ich seria Opowiadania Amerykańskie, wymagająca osobnego tekstu-hymnu pochwalnego: tu między innymi nowy wspaniały przekład opowiadań Tima O’Briena, opowiadania zebrane Carson McCullers i Breece’a D’J Pancake’a, wybory krótkich próz Lucii Berlin, Lorrie Moore czy Johna Cheevera).
Opowiadania niepoukładane
No i Wolff. Bo „Oto początek naszej historii” to tytuł wyboru jego opowiadań, na które rzuciłem się niespodziewanie, kiedy tylko ukazały się rok temu nakładem Czarnego. Czytałem jak opętany. Zaczynałem jedno opowiadanie, a potem, nie kończąc go, sięgałem do trzech następnych, losowo wybranych. Jakbym się bał, że mi uciekną. Albo: jakbym nie dowierzał, że inne też mogą być tak dobre. Automatyczne ołówki nie dawały rady, pękały rysiki – podkreślałem wszystko, obsesyjnie, kompulsywnie. Ale nie mówmy o tym, zostawcie w spokoju człowieka chorego z zachwytu.
Tobias Wolff, „Oto początek naszej historii”, 2025, Wydawnictwo Czarne
Co ciekawe, Krzysztof Umiński, który opowiadania wybrał i przełożył, również nie zdecydował się na układ chronologiczny. Owszem, tom otwierają „Palacze”, a więc debiutanckie opowiadanie Wolffa, które w 1976 roku ukazało się na łamach „The Atlantic Monthly”, następnie dostajemy jeszcze kilka utworów z 1980 (przede wszystkim wspaniałych „Myśliwych na śniegu”), ale potem jest już różnie, bo na przykład po „Kuli w mózgu” (1995) mamy przeskok do napisanego dekadę później „Czekając na rozkazy” i „Do kości” z roku 2000.
Możliwe, że fantazjuję jak wiele postaci Wolffa – z jego alter ego w prozach wspomnieniowych na czele – ale uważam, że właśnie dzięki tej achronologii od razu, tj. przy pierwszych (uderzeniowych) dawkach krótkich form Wolffa, łatwo rozpoznać skalę jego talentu, bogactwo tej minimalistycznej prozy i brudnego realizmu. Oddaję głos Umińskiemu, wielkiemu ambasadorowi Wolffa nad Wisłą, który w szkicu „Żadnych sztuczek” pisze:
„Wolff buduje sceny przy użyciu prostych słów i minimalnej liczby sylab. Wiele jest tu zwyczajnych zdań informujących o tym, że ktoś nadgryzł hamburgera, zatrzasnął drzwi, pokręcił głową albo uniósł wzrok. Czasami jednak ta proza uzyskuje szczególną zwartość, sprężystość i rytm, i staje się bliska poezji. Dzieje się tak zwłaszcza tam, gdzie zza powszedniości zaczyna wyzierać sedno życiowego dramatu. Jak gdyby waga zdarzeń zmuszała zdanie do najwyższego wysiłku”.
Tłumacz jako reprezentatywny przykład wskazuje opowiadanie „Kula w mózg”, które „zapowiada się na historię o napadzie na bank, [a] okazuje się miniaturową biografią pewnego mężczyzny, ukazaną przez pryzmat jego stosunku do słów”. Ale równie dobrze można wskazać inne teksty Wolffa z tomu, niewiele ryzykując, wybierając je na chybił trafił. Subtelna groza czająca się w opowiadaniu „Usterka na pustyni, 1968”. Przejmujące do szpiku „Myśliwi na śniegu”. Tyleż bezbrzeżny, co delikatnie naszkicowany smutek „Blasku ognia”. A każda z próz Wolffa jest sugestywna, zaskakująca, prawie filmowa. Pointa opowiadania (czasami też jej brak, nagłe urwanie akcji, tylko nieco mniej efektowne) i oto mamy początek następnej historii – autor przenosi nas do zupełnie innego świata, paroma zdaniami wprowadza zupełnie nowych bohaterów, o których długo potem nie będziemy mogli zapomnieć. I tak do samego końca.
Tobias Wolff
Wilczy apetyt
Z kolei dopiero co wydana „Stara szkoła” z 2003 roku to powieść Wolffa – ni to amerykańska wersja klasycznego Bildungsroman, ni to zbeletryzowany traktat o sztuce czytania/pisania, ni to dyskretna (nienachalna?) opowieść o awansie klasowym i wypieraniu swojej tożsamości, o naszych kłamstwach i manipulacjach, o rolach, które z mniejszą lub większą wprawą odgrywamy nie tylko przed innymi, ale i przed lustrem.
Przez dekady sam Wolff był nauczycielem twórczego pisania (do grona jego uczniów należał choćby George Saunders), ale wszystkich szukających konkretnych podpowiedzi dotyczących pisania odesłałbym po prostu do „Starej szkoły”. I nie chodzi bynajmniej o rady dawane uczniom elitarnej placówki przez odwiedzających ich pisarskie gwiazdy (Hemingway: „Uważajcie na wódę. Wóda zabija więcej pisarzy niż wojna, tyle że dłużej to trwa”), ale o całokształt tej wartkiej i mądrej powieści, w której Wolff zgrabnie przemyca liczne fragmenty eseistyczne, chociażby poświęcone życiu i twórczości autora „Komu bije dzwon”.
Tobias Wolff, „Stara szkoła”, 2026, Wydawnictwo Czarne
Jak doszło do tego, że i opowiadania Wolffa, i jego „Starą szkołę” dostajemy (my, polscy czytelnicy) dopiero teraz – nie wiem. Zresztą niejedyne to skandaliczne zaległości translatorskie, do jakich zdążyli nas przyzwyczaić wydawcy, ale niniejszym chciałbym przede wszystkim podziękowania złożyć tłumaczowi i Wydawnictwu Czarnemu, w którym ukazały się oba tomy. Jednocześnie liczę na dużo więcej, a przynajmniej na pełną wersję prozy wspomnieniowej Wolffa z Wietnamu (niespełna 40 stron „W armii faraona. Wspomnienia z przegranej wojny” znajdziecie w „Literaturze na Świecie”, nr 5-6/2024) oraz minimum drugie tyle jego potężnych opowiadań. Owszem, 300 stron tekstów z „Oto początek naszej historii” to solidny zestaw, ale nie oszukujmy się, że wystarczy na lata.
Tu włącza mi się bezwstydnie tryb suchego żartu odnazwiskowego; oto raz rozbudzonego wilczego apetytu nie uda wam się już nigdy zaspokoić!
Chcąc ów apetyt jednak choć na chwilę stłumić, sięgam do wspomnianego numeru „Literatury na Świecie”. Jest poświęcony Wolffowi oraz trzem innym pisarkom-minimalistkom, znanym u nas jeszcze mniej od niego (Ann Beattie, Amy Hempel, Bobbie Ann Mason). Dzięki tej lekturze moje zachwyty Wolffem sięgają zenitu, stają się już naprawdę żenujące i szczeniackie. Winą obarczyć muszę George’a Saundersa – w opublikowanym w numerze tekście pt. „Moja edukacja pisarska” (przeł. Maciej Stroiński) dowodzi on, że Wolff nie dość, że jest wielkim pisarzem i wzorcowym nauczycielem, to jeszcze – uwaga! – jest Dobrym Człowiekiem. Pisarz będący zarazem człowiekiem o wielkim sercu, empatycznym, życzliwym – takie cuda w przyrodzie prawie się nie wydarzają. A Toby Wolff istnieje naprawdę.
„Literatura na Świecie” nr 5-6/2024
Pamiętacie żaglówkę?
Przykładowy zapis z dziennika Saundersa, rok 1997: „Zostaję wykładowcą na uniwersytecie w Syracuse. Toby, Arthur Flowers i ja oceniamy prace tegorocznych kandydatów. Toby czyta wszystko od początku do końca, nawet zgłoszenia, które prawie na pewno nie przejdą, i zawsze znajduje coś godnego uwagi, choćby na ostatniej stronie ostatniego tekstu najsłabszego kandydata. «A pamiętacie ten piękny opis żaglówki na stronie 29 trzeciego opowiadania?», pyta. Bąkamy z Arthurem: «No tak… w sumie… żaglówka była niezła». Toby ma niesłychaną pamięć do opowiadań i tak wielbi ten gatunek, że dobry obraz w prozie, bez względu na kontekst i sąsiedztwo, zawsze budzi jego entuzjazm”.
Ale dwie książki z Czarnego i numer „Literatury na Świecie” to nie wszystko. Po raz pierwszy Wolff przybył nad Wisłę sporo wcześniej. W 1999 roku nakładem Zysku w serii Kameleon ukazały się „Chłopięce lata”, proza wspomnieniowa Wolffa czy, jak kto woli, jego autofikcja. Na fali mojego zaczadzenia pisarzem udało mi się upolować egzemplarz książki, a następnie – z dużo większym trudem – zmęczyć ten pamiętnik okresu dojrzewania do końca.
Nie wiem, czy to wina przekładu (tłum. Jacek Spólny), nietypowego dla Wolffa gadulstwa, czy jeszcze czegoś innego, dość powiedzieć, że czytałem „Chłopięce lata” łącznie ze trzy tygodnie, co tylko bardziej rozwścieczyło redakcję „Minta”, wypatrującą gotowego tekstu już drugi miesiąc. Gwoli rzetelności obejrzałem nawet ekranizację, znaną u nas jako „Chłopięcy świat” (przeuroczy 19-letni DiCaprio w roli Toby’ego, bardzo dobry Robert de Niro jako despotyczny ojczym), ale tego Wolffa, jeśli tylko jesteście szczęśliwymi posiadaczami białego kruka, radzę raczej opchnąć drogo na Allegro niż czytać. Czekając na kolejne przekłady z Tobiasa Wolffa, czytajcie opowiadania i „Starą szkołę”.
Tobias Wolff, „Stara szkoła”
Wydawnictwo Czarne 2026
przekład: Krzysztof Umiński