I taki to był tydzień w kulturze. Tour de Wstyd w Wenecji, Smarzowski robi film o Pollenie

Aleksander Hudzik
przegląd tygodnia
12.04.2024
4 min. czytania

Na koniec i tak się okazuje, że Polska jest plamą, której nic nie spierze. Aleksander Hudzik mówi, jak jest

Okazuje się, że w Wenecji – poza polskim pawilonem i wystawą Andrzeja Wróblewskiego – nasz dumny naród będzie też reprezentowany przez Ignacego Czwartosa, któremu Centrum Sztuki Współczesnej zafundowało europejski Tour de Wstyd. Czyli z jednej strony wystawa w Pawilonie o wojnie w Ukrainie, z drugiej o historii wojennej traumy na obrazach Wróblewskiego. A na dokładkę kryzys męskości sponsorowany przez Polską Fundację Narodową. I chociaż z malarstwem Czwartosa jest trochę jak z kładką nad Wisłą w centrum Warszawy, że każdy musi mieć o niej jakieś zdanie, to różnica jest taka, że kładka nad Wisłą spowoduje przynajmniej jakiś ruch w te i wewte. Obrazy Czwartosa generują tylko zaduch.


Jak Kazik śpiewał „Ameryka też się sypie”, to nikt nie słuchał, a teraz wytwórnia A24 musiała wydać rekordowe 50 milionów dolarów z górką na filmCivil War o tym, że Ameryka się sypie. Nick Offerman znów gra w produkcji o apokalipsie USA (wcześniej The Last of Us), i znów jest to wysoko postawiony urzędnik (wcześniej Parks and Recreations). Jest w tym filmie powrót do opowieści jak ze Spisku przeciwko Ameryce Philipa Rotha, jest historia fotografki wojennej, która nie przez przypadek dziedziczy imię po Lee Miller. Są piękne amerykańskie pejzaże i pięknie przystrzyżone trawniki, brakuje tylko jakiegoś amerykańskiego marszałka, który powie, że „USA to piękny kraj, ale ludzie…”. No wiadomo. Jest w tym filmie również fantazja na temat zbliżającej się wojny – ale skoro mam już waszą uwagę, to zobaczcie 20 dni w Mariupolu, ukraiński dokument, który w tym roku zdobył Oscara. Tam wojna też została pokazana z perspektywy reporterów, zagrożenie zbliża się z dnia na dzień. Tyle że nie ma przystrzyżonych trawników i piosenek country. Jest wojna, której nikt nie wymyślił na potrzeby scenariusza. 

3 maja na Netfliksie ma się pojawić film Bez lukru, czyli historia popularnych w USA ciasteczek śniadaniowych Pop Tarts. Generalnie lubię słodkie, nawet jeśli to dwa andruty polane syropem z cukru i przełożone marmoladą o smaku przypadkowego owocu leśnego. Lubię też ten utrzymujący się amerykański trend na robienie dwugodzinnych reklam i wsadzanie ich do kin. Blackberry, Air Jordan, Barbie, teraz słodycze! Ok, pytanie kiedy to zjawisko przyjdzie wreszcie do Polski i kto skorzysta na nim pierwszy. No bo wyobraźcie sobie na przykład taki pełnometrażowy film o proszku do prania Pollena. Reżyseruje Wojciech Smarzowski, rzecz dzieje się na początku lat 90. Akcja ma trzy plany, pierwszy to zabita dechami popegeerowska wiocha, drugim jest postmodernistyczny, ale jednak polski dom z basenem, w którym mieszka gangster jak z Młodych Wilków, trzecim plebania gdzieś w Bieszczadach, na którą trafia młody ksiądz, a my możemy tylko się domyślać, za co został tam zesłany. Na wsi jest syf, taki, że tylko Pollena radzi sobie z uwalonymi od krwi i gnoju koszulami, mafioso nie wyłącza pralki, bo koszulki Hugo Bossa dopiera tylko Pollena, a co z sutanny zmywa ksiądz, to wie tylko Pollena. Na koniec i tak się okazuje, że Polska jest tą plamą, której nie spierze nic. 

Bez lukru, Netflix

***

A najbardziej w tym tygodniu podobała mi się książka „Obca” Claudii Durastanti. (Wydawnictwo Czarne). Może dlatego, że tak niewiele jest w literaturze opowieści o tym, jak świat pojmują osoby głuche. Może dlatego, że Durastanti pokazuje zadziorność amerykańsko-włoskiej tożsamości. A może dlatego, że ten traktat o obcości ma w sobie trochę z eseju o kulturze, trochę z autofikcji, a najwięcej – z dobrej literatury. 

I taki to był tydzień w kulturze.