James Blake Trying Times

PRZESŁUCHANE W BIEGU. James Blake, „Trying Times”

( 14.04.2026 )

Nie ma złych płyt do biegania, są tylko złe płyty. W nowym cyklu polecamy muzykę, do której dobrze się biega, niezależnie od tempa. Te albumy zostały przesłuchane w biegu, co nie znaczy, że niedokładnie.

Płyta: „Trying Times”
Typ biegu: long run
Dystans: 18 km

Czy można biegać do płyt Jamesa Blake’a? Można. Gdyby to było złe… Są różne teorie. Że muzyka, do której się biega, nie powinna być zbyt intensywna i duszna, bo numery o zagęszczonej konsystencji mogą niepotrzebnie podbijać tętno. Spędza się wtedy przebieżkę na granicy ataku paniki, zamiast w tej miłej strefie, która cieszy trenerów i trenerki. Z drugiej strony, jak muzyka jest zbyt wolna i apatyczna, jakieś smęty na flegmatycznych bitach, to też niedobrze. Nie da się wtedy złapać odpowiednio żwawego rytmu, i nawet ta karbonowa podeszwa w ładnym bucie, za który człowiek nierozsądnie przepłacił, nie śmignie. Są też tacy eksperci, którzy twierdzą, że najefektywniej biega się w ciszy. Wsłuchując we własny oddech, wyregulowany, równy, spokojny. Tym ekspertom akurat mówimy serdeczne „nara”, bo kto to widział robić cokolwiek BEZ MUZYKI. I, prawdę mówiąc, gdyby ktoś mi zajrzał w archiwum Stravy, wiedziałby, że to samo pozdrowienie regularnie kieruję do wszystkich mądral, które wiedzą lepiej, czego słuchać, żeby dobrze biegać. Bo notorycznie łamię wszystkie zasady. Biegam wyłącznie do tego, do czego chcę biegać. Wolno do szybkich piosenek, długo do wolnych. Do premier, bo krótsze, luźniejsze biegi są świetną okolicznością, żeby dobrze przysłuchać się nowym płytom. Do klasyków, bo nic nie odciąga uwagi od utyranego ciała tak, jak świetnie znane refreny.

*Reklama

Biegam nawet do Jamesa Blake’a, choć akurat muzyka brytyjskiego producenta i kompozytora, który tłumaczy nostalgiczne melodie w stylu Leonarda Cohena na język stylowej, inteligentnej elektroniki, pozornie nie powinna się sprawdzać jako ścieżka dźwiękowa do jakiejkolwiek aktywności o średniej albo wysokiej intensywności. Może pomijając tych parę momentów w karierze, gdy Blake zapuszczał się we frenetyczne repetycje rodem z imprezy techno.

Dziękujemy!
( Arek Kowalik )

Przegląd tygodnia 5–11 lutego

Na nowym albumie, wydanym w marcu „Trying Times”, tak się nie bawi. Mało tego: akurat na tej płycie James Blake nie bawi się w ogóle. I dlatego to idealny materiał pod najdłuższy trening biegowy w tygodniu. Kto lepiej zrozumie cię w dobrowolnie przeciąganym cierpieniu niż ten marudny melancholik o głosie piękniejszym niż wszystkie designerskie buty do biegania razem wzięte? „As we go through trying times”*.

Z doborem muzyki do długiego wybiegania sprawa jest relatywnie prosta. Płyta, z którą spędzę dwie godziny, musi być dobra. To nie czas na testowanie nowości, z którymi nie miałam wcześniej do czynienia. Za duże ryzyko, że trzeba będzie zmienić repertuar w połowie treningu, a nie ma co dokładać sobie powodów do irytacji, bo jeśli o te chodzi, to w zupełności wystarczy ból w lewym biodrze. „Trying Times”, przesłuchane wielokrotnie zaraz po premierze, spełniało warunki. A w trakcie okazało się, że to album, który precyzyjnie nazywa zmieniające się podczas biegu stany emocjonalne. W dużym uproszczeniu: osoby biegające funkcjonują w dwóch trybach. „Dlaczego to sobie robię?” – stan umysłu w trakcie biegu. „Dobra, to kiedy następny?” – stan duszy tuż po biegu. Dwa pierwsze kilometry to mordęga. Ciężkie nogi ledwie odbijają się od podłoża, w głowie uporczywie ruminują wątpliwości w sens zdrowego życia. „It never seemed so hard”. W okolicy piątego kilometra nabierasz lekkości, mocy, rozpędu. Jest fajnie. „Let's go, let's go, let's go, let's go”. W okolicy dziesiątego myślisz sobie, że niby istnieje takie sformułowanie jak „haj biegacza”, które ma oddawać ekstatyczną radość z samodzielnie spuszczanego sobie łomotu, ale czy to aby na pewno najbardziej adekwatne określenia dla tego przedziwnego poczucia szczęścia w bólu? Może istnieje coś bardziej romantycznego? „Why don't we make something up?”. Na dwunastym kilometrze nagle przypominają o sobie teoretycznie zaleczone urazy. Kolano, to znowu ty? Zaczynają się negocjacje. Że to już ostatni i nigdy więcej. Od tej pory tylko joga i lekkie spacery, adekwatnie do wieku, a nie jakieś fanaberie jak bieganie półmaratonów po czterdziestce. „I flew, but that was in the past”. James Blake mówi o „Trying Times”, że to jego ulubiony album spośród wszystkich, które nagrał do tej pory. Prawda, to piękna płyta, która potwierdza, że Blake pozostaje i wytrawnym producentem, i wrażliwym kompozytorem. Zresztą największa siła jego muzyki zawsze tkwiła w tym, że robił utwory jednocześnie wymyślone i wyczute, konceptualne i organiczne. „Trying Times”, mimo bezkrytycznej sympatii autora, czasem się snuje, może bez celu. Co, paradoksalnie, świetnie sprzęga z długodystansowym bieganiem. Można się na chwilę wyłączyć. Nie myśleć o mecie. „I don't care what's ahead”.

okładka

Długie biegi mają w sobie coś z medytacji. Z każdym kilometrem natrętne myśli cichną, robi się przejrzyściej, w środku i na zewnątrz. „Trying Times” Jamesa Blake’a też jest medytacją. Formułowaną z emfazą refleksją (jemu wybacza się egzaltację, to poeta) nad kondycją świata. Blake pisze płytę o miłości, ale – jak „Romance” Fontaines D.C. – to album o wydźwięku politycznym. Głęboko humanistyczny, gdy autor diagnozuje postępujący rozpad więzi. Filozoficzny, gdy szuka słów, które dobrze nazwałyby wewnętrzny dygot prowokowany przez zewnętrzne zawieruchy. Wreszcie idealistyczny, bo napędzany niezachwianą wiarą w uleczającą moc autentycznej bliskości. Miłość do biegania też bywa niezachwiana. „Days go by and it's not wasted time”.

Autorka nie ma wielkich sukcesów w bieganiu, ale uznaje bieganie za sukces. Do tej pory przeżyła dwa półmaratony i zepsuła sobie tylko jedno kolano.

* Wszystkie cytaty pochodzą z albumu „Trying Times” Jamesa Blake’a.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.