PRZESŁUCHANE W BIEGU: Vince Staples
( 14.07.2026 )
„Cry Baby” to zdecydowanie więcej niż crossover. To punkowy album nagrany przez rapera. I biega się do niego wyśmienicie.
Płyta: Vince Staples, „Cry Baby”
Typ biegu: protokół norweski
Dystans: 8 km
Pół roku temu udzielił wywiadu Ziwe, autorce niedorzecznie dobrego formatu internetowego, w którym dziennikarka tak sprytnie rozstawia zasieki, że ten przewrotny, zniuansowany sprawdzian z poprawności politycznej nie zrobi kretyna tylko ze szczerze przyzwoitego człowieka. Albo z takiego bystrego śmieszka jak Vince Staples, kalifornijski raper i aktor, który na przykład z rozbrajającą szczerością przyznaje, że słuchają go głównie biali mężczyźni, ale przecież pieniądze trzeba jakoś zarabiać. A gdy odgraża się zemstą potomków niewolników, z wręcz perwersyjnym wyczuciem szydzi z retoryki internetowych radykałów. Podobnymi uwagami napakował zresztą swój autorski show dla Netfliksa, gdzie na przykład drze łacha z białych policjantów, którzy po godzinach słuchają protest songów czarnych raperów. Vince Staples pozostaje najzabawniejszym z żyjących muzyków hiphopowych. Dlaczego to ważne? Bo na początku czerwca wydał nowy album, „Cry Baby”, i zapowiedział, że tym razem żadnych wywiadów nie będzie, bo treść płyty nie pozwala na kabaret. „Spotykasz się z mediami, opowiadasz dowcipy i takie tam. Tylko że to już nie jest śmieszne. Przynajmniej nie dla mnie”. I dokładnie to samo pomyślałam, kiedy zaczęłam biegać tak zwany protokół norweski. To już nie jest śmieszne. Przynajmniej nie dla mnie.
Osobom niewtajemniczonym w biegową nomenklaturę wyjaśniam, że wspomniany protokół norweski to największa menda wśród treningów interwałowych. Opracowany przez ekspertów z Norweskiego Uniwersytetu Naukowo-Technologicznego uchodzi za absolutny fundament w skutecznym budowaniu wydolności, a jego struktura wygląda następująco. Najpierw dziesięć minut do kwadransa lekkiego rozbiegu. Potem przez cztery minuty ciśniesz maksymalnie, tak na miarę delulu o oczekiwanych sukcesach, a później wchodzą trzy minuty aktywnego odpoczynku (raczej z życiem, a nie jakieś flegmatyczne truchtanie). Tę sekwencję – cztery minuty bardzo szybko, trzy minuty wolniej – powtarzasz cztery razy i kończysz trening luźnym biegiem przez pięć do dziesięciu minut. Osoby wysportowane robią w tym czasie pewnie całkiem sensowny dystans, u mnie skończyło się na ośmiu kilometrach i nie dającej się zmierzyć radości z przeżycia tego piekła. Kluczowe dla przetrwania było towarzystwo „Cry Baby” Vince’a Staplesa.
Bo to jest album o piekle. W sensie o Ameryce. Internet rozpędził się w teorii spiskowej, że ta beksa narysowana na okładce płyty, ubrana w pieluchę w kolorach flagi Stanów Zjednoczonych, to Donald Trump z czasów kołyski. Staples co prawda wywiadów nie udziela, ale przejął antenę Apple Radio, żeby kilka kwestii wyjaśnić. „Nie, to nie jest Donald Trump” – prostował. „To jesteś ty, osobo słuchająca. Ty jako małe dziecko. Każdy z nas. Adaptujemy się do życia w systemach społeczno-politycznych, na które jednocześnie narzekamy. I gdy jęczymy, że nam źle, ale nie ma w nas chęci, by się wyzwolić, karmimy dziecko, tego potwora. Na płycie opowiadam o różnych sposobach dokarmiania dzieciaka”. Już na poprzednich albumach Staples komentował bieżącą rzeczywistość polityczną, ale mieszał teksty o tym, co wydarza się dookoła niego, z tymi o tym, co dzieje się w nim, a na „Cry Baby” w zasadzie zrezygnował z emocjonalnej introspekcji – i dlatego to najbardziej polityczny album w jego karierze. Konkretny, konfrontacyjny, nie pozostawiający pola do nadinterpretacji. Zagraniczni recenzenci zwracają uwagę na paradoksalną wesołość w warstwie muzycznej, która ma być kontrą dla ciężaru warstwy lirycznej, ale może to jedynie paradoks wynikający ze zmiany filozofii, bo Staples po raz pierwszy pozwala dominować żywym instrumentom, a w numerze „The Running Man” wręcz wymachuje gitarami, kompletnie ignorując ryzyko wpisane w koncepcję crossoveru. Dobra, „Cry Baby” to zdecydowanie więcej niż crossover. To punkowy album nagrany przez rapera. I biega się do niego wyśmienicie.
Vince Staples
Po pierwsze, to muzyka wyjątkowa sprężysta – pomaga utrzymać wysokie tempo, zwłaszcza na wymagających odcinkach treningu norweskiego. I nie oszukujmy się, nic tak nie zachęca, żeby wiać ile sił w nogach, jak błyskotliwie zarapowany raport o stanie świata, a Staples bez ogródek przypomina, że świat coraz częściej bywa parszywym miejscem. Nie ma co na siłę uniwersalizować wymowy linijek, które jednak odnoszą się do konkretnych współrzędnych geograficznych, bo „Cry Baby” jest krytyką Stanów Zjednoczonych. Kraju, który chlubi się szacunkiem dla swobód obywatelskich, choć swoją potęgę budował na niewolniczym wyzysku, a dziś kapitalizuje traumę Afroamerykanów. Przemysł muzyczny jest najlepszym przykładem zarabiania na krzywdach – antysystemowy w założeniu rap, który dla jego czarnych twórców i twórczyń jest narzędziem oporu i katharsis, staje się rozrywką białych. O tym Staples mówi na przykład w kawałku „Cotton”. W „White Flag” zwierza się ze swojego aktywistycznego wypalenia. W „The Big Bad Wolf” pogrywa z retoryką mrocznej baśni, gdy zaczyna refren od: „Pewnego dnia, nie tak dawno temu, gliniarze zastrzelili dzieciaka”. Pod koniec treningu nie wiesz, co podniosło ciśnienie bardziej: tempo biegu czy treść płyty. To album bardzo na serio, wywołujący poważną złość na rzeczywistość. Można próbować ją – tę złość – wybiegać.
INNE ARTYKUŁY Z CYKLU „PRZESŁUCHANE W BIEGU”: