Wielki sen (o kinie). Recenzja filmu „Zmartwychwstanie”
( 27.03.2026 )
Podążając tropem rozwijanej od dekad refleksji nad odbiorem kina jako wariantem śnienia, Bi zastanawia się nad złożoną naturą tego medium. Jeśli fantazjowanie, uleganie sugestiom podświadomości i abstrakcyjne myślenie wyróżnia nas jako ludzi, to filmy rozszerzają nasze istnienie.
36-letni Bi Gan może nie wymyśla kina na nowo, ale przynajmniej próbuje. W niemal trzygodzinnym „Zmartwychwstaniu” przedstawia nam wielopiętrową wizją na miarę swoich mistrzów, Tarkowskiego i Felliniego. Choć chiński reżyser ledwie zdążył ukończyć trzeci pełnometrażowy film przed pokazami w Cannes, jego premiera byłaby wydarzeniem na każdym czołowym festiwalu. Nagroda Specjalna od jury, któremu przewodziła Juliette Binoche, nie oddaje sprawiedliwości tej ambitnej i labiryntowej opowieści o wieku XX, fenomenie kina i problemach współczesnych tożsamości. Coraz rzadziej pojawiają się równie monumentalne projekty, zrodzone z chęci zadziwienia publiczności, przesunięcia granic medium, ale i finezyjnej żonglerki jego bogatymi tradycjami.
Bi udaje się jednocześnie zachować niebywałą przejrzystość, bo dzieli narrację na sześć wyraźnych rozdziałów (odpowiadających buddyjskiej koncepcji sześciu zmysłów). Śledzimy losy jednego z Deliriantów (Jackson Yee) – istot, które postanowiły zachować zdolność śnienia. Większość ludzkości wybrała bowiem egzystencję bez snów, aby żyć wiecznie. Anonimowa kobieta, tzw. „Wielka Inna” (Shu Qi), chce go wytropić i schwytać, lecz zamiast tego przedłuża jego senny byt o 100 lat. Coś, co zaczyna się jak obietnica futurystycznej baśni, szybko skręca w stronę podróży po zawiłej historii Chin i X muzy.
„Zmartwychwstanie”, rez. Bi Gan, mat. prasowe Nowe Horyzonty
Widownia śni
Kolejne części układają się w dialog z kinem niemym (szczególnie ekspresjonizmem niemieckim), kryminałem noir i thrillerem szpiegowskim, buddyjską przypowieścią, filmami o karcianych oszustach, a także wampiryczną i apokaliptyczną odyseją. Twórca korzysta z mnóstwa cytatów i odwołań: od wczesnej komediowej miniatury „Polewacz polany” braci Lumière i odrealnionych zakamarków rodem z „Gabinetu doktora Caligari” Roberta Wienego, przez scenę z lustrami à la „Dama z Szanghaju” Orsona Wellesa, aż po uwodzicielskie love stories o krwiopijcach, którymi stała amerykańska popkultura lat 90. „Zmartwychwstanie” nie jest jednak pustym ćwiczeniem studenta szkoły filmowej ani kinofilską orgią dla wtajemniczonych. Nie jest przypadkiem, że otwierające ujęcie pokazuje widzów na sali kinowej, czyli nas. To tłum spragniony ruchomych obrazów, większych i mniejszych złudzeń, bezwstydnej rozrywki i duchowego uniesienia.
Podążając tropem rozwijanej od dekad refleksji nad odbiorem kina jako wariantem śnienia, Bi zastanawia się nad złożoną naturą tego medium. Jeśli fantazjowanie, uleganie sugestiom podświadomości i abstrakcyjne myślenie wyróżnia nas jako ludzi, to filmy rozszerzają nasze istnienie. A może po prostu je dopełniają, stając się naszym dodatkowym zmysłem, na co wskazywał niedawno Víctor Erice w „Zamknij oczy”? Chiński twórca ukazuje machinę filmową jako przedłużenie ludzkiego umysłu, emocjonalności, kontaktu ze światem i drugim człowiekiem. Właśnie dlatego „Wielka Inna” montuje w ciele Delirianta rolki z taśmą napędzające jego serce. Podobnie jak w przypadku innych technologicznych nowinek, które ludzkość odkrywała lub wymyślała, w XX wieku połączyła się z kinem.
„Zmartwychwstanie”, rez. Bi Gan, mat. prasowe Nowe Horyzonty
Tożsamości bohatera
Kim okazuje się główny bohater? Anglojęzyczny tytuł, „Zmartwychwstanie”, podpowiada jego ciągłą metamorfozę zależną od filmowej konwencji i historycznej epoki. W I rozdziale wydaje się elementem sugestywnych, choć bardzo sztucznych dekoracji z epoki kina niemego. Najpierw wygląda jak monstrum, przypomina dziecko Nosferatu i doktora Frankensteina. Choć w następnych odsłonach jest już zwyczajnym lub pięknym mężczyzną, zawsze pełni rolę Obcego / Innego – kogoś oskarżanego o zabójstwo, byłego mnicha pogardzanego przez ekipę wywożącą ze świątyni buddyjskie rzeźby, tajemniczego przybysza i wreszcie osoby na celowniku mafii. Deliriant mierzy się z coraz poważniejszymi wątpliwościami na temat swojej tożsamości, głośno pyta, czy stał się potworem, czy widzi w lustrze człowieka. A co jeśli niepostrzeżenie stał się postacią fikcyjną, skrawkiem kinowych obrazów zapisanych na fizycznych nośnikach, które przeminą?
Bi świadomie umieszcza akcję V rozdziału w 1999 roku, u kresu millenium, ale i w środku rewolucji cyfrowej zmieniającej bieg kina. Bohaterowie filmowi, jak i ucieleśniający ich aktorzy, mogą odradzać się na ekranie, przybierać nowe formy, często nie dają się rozpoznać. Awaria projektora i spłonięcie taśmy, które pamiętamy z klasycznego „Cinema Paradiso”, oznaczają jednak koniec tego procesu: ludzka pamięć nigdy nie była wystarczająco trwałym archiwum dla wszystkich filmowych snów. Deliriant okazuje się więc istotą pomiędzy światami fikcji i rzeczywistości, narracji i Historii, życia i przemijania.
„Zmartwychwstanie”, rez. Bi Gan, mat. prasowe Nowe Horyzonty
Zmieniają się czasy, nie zmienia się nic
W jego dylematach odbijają się również problemy człowieka XX wieku – skazanego na ciągłą tułaczkę, targanego wiatrem dziejowych zmian, szukającego desperacko sensu. Istotne, że bohater znajduje namiastkę empatii, bliskości i miłości w relacjach z kobietami. Jego wręcz dziecięcy, szlachetny zachwyt nad sennymi wizjami dostrzega „Wielka Inna”, osieroconą dziewczynkę z rozdziału o latach 80. łączy z nim pragnienie akceptacji i przynależności, a wampirzyca Tai Zhaomei daje mu poczuć swój głęboki lęk przed śmiercią.
Płynne fabularne przeskoki, zwykle o kilkanaście lat, pozwalają zobaczyć umowność i absurd „nowych czasów”. Świeże rekwizyty, scenerie, symbole i wartości nie oznaczają wcale oderwania się od przeszłych błędów, schematów i podziałów. Reżyser pokazuje, że Obcy / Inni zawsze będą prześladowani, jeśli nie podporządkują się obowiązującym normom, ideologiom, dyktatowi większości. Tylko ktoś, kto może utożsamić się choćby z częścią ich doświadczenia, okaże im ciepło i troskę. W burzliwym losie bohatera, którego rozwiązanie znamy od samego początku, kryje się więc nie tyle fatalizm, co gorzka prawda o ograniczeniach i kruchości naszej egzystencji.
„Zmartwychwstanie”, rez. Bi Gan, mat. prasowe Nowe Horyzonty
Mistrz długiego ujęcia
Fascynujące, wielokierunkowe refleksje zawarte w „Zmartwychwstaniu” to jedno, czym innym jest oszałamiająca inscenizacja. Już w debiutanckim „Kaili Blues”, w którym Bi oprowadzał nas po swoich rodzinnych stronach, a zwłaszcza w „Długiej podróży dnia ku nocy” flirtującej z techniką 3D, forma była starannie przemyślana. Znak firmowy reżysera stanowią sekwencje oparte na jednym długim ujęciu, gdy kamera powoli odsłania różne zakamarki świata przedstawionego, a my wpadamy w zmysłowy trans. To immersja w stanie czystym, błogie zanurzenie pośród obrazów, które żyją na kilku planach równocześnie, oddychają kolorami i światłem, nasiąkają atmosferą konkretnych przestrzeni i momentów. Na popisowe danie musimy czekać w „Zmartwychwstaniu” aż do V rozdziału, ale zapewniam, że na wytrwałych czeka sowita nagroda.
Zalane czerwonym filtrem kadry z deszczowego portu zachwycają nawet mocniej w zderzeniu z chłodną, metaliczną panoramą wojennego miasta czy surowym widokiem zabytkowej świątyni. Chiński autor osiągnął mistrzostwo w budowaniu napięcia i mnożeniu wizualnych atrakcji z pomocą mastershotów. Warto zwrócić uwagę, jak sprytnie wykorzystuje perspektywę pierwszoosobową, by zatajać tożsamość antagonisty, z którym finalnie spotkają się Deliriant i Tai Zhaomei. Na słowa uznania zasługuje też otwierający fragment, który wskrzesza magię kina niemego – studyjne techniki scenograficzno-kostiumowe, iluzjonistyczne tricki, ekspresjonistyczne metody straszenia. Tylko kilku artystów w długiej historii sztuki filmowej zrozumiało tak dobrze cud jej narodzin.
„Zmartwychwstanie”, rez. Bi Gan, mat. prasowe Nowe Horyzonty
Lokalne konteksty
Pozostaje wciąż pytanie, na ile film odwołuje się do tradycji kina chińskojęzycznego i czy zahacza o niewygodne polityczne wątki. „Długa podróży dnia ku nocy” ewidentnie naśladowała język hongkońskiego melodramatu spod znaku Wong Kar-waia. Tymczasem w „Zmartwychwstaniu” dodatkowe znaczenie niesie wybór Shu Qi do roli „Wielkiej Innej”. Aktorka, znana na Zachodzie z filmów Hou Hsiao-hsiena –ikony tajwańskiej nowej fali i ważnego źródła inspiracji dla Bi – staje się łącznikiem między różnymi rejonami i poetykami kina chińskojęzycznego. Z drugiej strony, reżyser lokuje swoje główne kinofilskie fascynacje z dala od ojczyzny, co przekłada się na charakter poszczególnych części. Trafimy tu więc na liczne odpryski ze światowej klasyki, które nie wykluczają się z autorską reprezentacją wybranych dekad chińskiej historii. Film został jednak w ekspresowym tempie zaakceptowany przez cenzurę i doczekał się dystrybucji w Państwie Środka, co doskonale podsumowuje jego niemal całkowitą apolityczność.
To zastanawiające, tym bardziej, że oryginalny tytuł, „Szalone czasy”, podkreśla chęć szerszego spojrzenia na stulecie wojen, rewolucji, maoistowskiego terroru, transformacji Chin w kapitalistycznego giganta. Najbliżej jawnej krytyki sytuuje się rozdział III toczący się w okresie rewolucji kulturalnej – jednego z najkrwawszych okresów w erze Mao Zedonga, gdy zamykano uniwersytety, niszczono cesarskie dziedzictwo oraz brutalnie łamano wiele życiorysów. Motyw wywożenia cennych rzeźb z buddyjskiej świątyni nie wymaga komentarza, bo mnichów wówczas prześladowano, a niektóre obiekty sakralne bezkarnie dewastowano. Oczywiście „Zmartwychwstanie” stroni od historycznego konkretu, i w przeciwieństwie do najwybitniejszych chińskich filmów z umiarkowanie liberalnych lat 80, nie opiera się na błyskotliwych alegoriach. Pomijając reguły lokalnego przemysłu filmowego ściśle związanego z partyjną polityką, a przy tym – doceniając uniwersalizm wizji Bi Gana, chciałoby się zobaczyć tu jednak głębsze studium narodowych ran. Może na egzorcyzmowanie rzeczywistości kiedyś przyjdzie czas? Na razie zostaje wielki sen o kinie.
„Zmartwychwstanie”
reżyseria: Bi Gan
Premiera: 27 lutego 2026
Dystrybutor: Nowe Horyzonty