Koszmar wittgensteinisty. Saer, Karinthy i jak rozmawiać z trzylatkiem [recenzja]
( 14.05.2025 )
Na skutek niewytłumaczalnego zbiegu okoliczności, który nie jest nawet szczególnie problematyzowany przez autora – po prostu się zdarza, co potęguje absurd – bohater wylatujący na konferencję, zamiast do Helsinek trafia do anonimowego miasta, w którym – o zgrozo – nie może się dogadać. Nie dlatego, że nie chce lub nie próbuje.
Wartka mowa
Ludwig Wittgenstein na początku Dociekań filozoficznych kreśli taką oto scenę. Dwóch budowniczych składa obiekt z kamiennych bloków. Jeden wydaje polecenia, drugi je wykonuje. Same polecenia nie są skomplikowane: gdy pierwszy krzyczy „belka” czy „kostka”, drugi przynosi przedmiot, „który na dany okrzyk nauczył się przynosić”. „Potraktuj to jako kompletny, prymitywny język” – podpowiada Wittgenstein. Ale co właściwie znaczą wyrażenia tego języka? Dlaczego w słowach robotników szukamy „poleceń”? Czy gdyby mówili zamiast „kostka” i „belka” na przykład „blep” i „pleb”, byliby mniej skuteczni?
Warunkiem skuteczności w powyższym przykładzie jest powtarzalność: szukamy reguły – polecenia – w wyrażeniach, które same w sobie nic nie znaczą. Są tylko jakimiś artykulacjami aparatu mowy, na które się reaguje. Robotnik „nauczył się przynosić”, bo słyszy to, a nie tamto. Nie ma tu metafizyki albo skomplikowanej teorii znaczenia: gadanie pozwala pewne rzeczy robić prościej. Ale zastanówmy się przez chwilę, co by było, gdyby nawet ta uboga wizja uległa załamaniu? Gdyby zabrakło takich niezłożonych reguł? „Język jest labiryntem ścieżek. Przybywasz z jednej strony i orientujesz się w sytuacji; przybywasz do tego samego miejsca z drugiej, i już się nie orientujesz” – mówi Wittgenstein z Dociekań (§203).
Koszmar językoznawczy
Do takiego właśnie labiryntu trafia językoznawca Budai, główny bohater niedawno wznowionej przez Wydawnictwo Literackie powieści Epepe (2025/1970) autorstwa Ferenca Karinthy’ego (węgierskiego pisarza będącego, co istotne, lingwistą). Na skutek niewytłumaczalnego zbiegu okoliczności, który nie jest nawet szczególnie problematyzowany przez autora – po prostu się zdarza, co potęguje absurd – bohater wylatujący na konferencję, zamiast do Helsinek trafia do anonimowego miasta, w którym – o zgrozo – nie może się dogadać. Nie dlatego, że nie chce lub nie próbuje.
„Czy to możliwe, że oni też nie wszyscy się rozumieją i że mieszkańcy jednego miasta mówią różnymi dialektami, a nawet językami? Przez rozgorączkowany umysł przewinęło się jeszcze: może tyloma językami, ile ich tu jest?”. Budaia spotyka porażka za porażką, gdy próbuje zrozumieć obcych. Wic polega na tym, że uruchamiany przez niego cały językoznawczy arsenał znany również XX-wiecznej filozofii – na przykład radykalny przekład, kierowanie się regułą, uczestnictwo w językowych grach przez naśladownictwo – nie sprawdza się w tym dziwnym mieście. Język, jakim posługują się mieszkańcy, zdaje się nie mieć porządku. To język bez reguł: pozbawiony składni i innych prawideł możliwych do wyprowadzenia na drodze obserwacji zachowań, wychwycenia ze słuchu. Podobnie brzmiące elementy prowadzą na manowce, konsekwencje poszczególnych użyć języka są nieprzewidziane. Koszmar wittgensteinisty.
Ferenc Karinthy, 1989, fot. Csigó László fotóművész
Absurdalne położenie zrozpaczonego, zagubionego językoznawcy pozwala na mnożenie hipotez. Może to wszystko dzieje się tylko w jego wyobraźni? A może to kres, ostatnia stacja, „gdzie prędzej czy później znajdą się wszyscy ludzie”? W pewnym momencie Budai kątem oka zauważa człowieka ze starą węgierską gazetą – dlaczego czyta pismo, które już od dawna się nie ukazuje? Interpretatorzy powieści Karinthy’ego dostrzegają w tej przerażającej sytuacji alegorię podmiotu, który ulega naciskowi politycznemu, ofiary totalitaryzmu. Faktycznie, Budai niewiele może załatwić. Przeoczenie właściwego samolotu, stracony bagaż, niemożliwość dotarcia do pracy – na pierwszy rzut oka zwyczajna sytuacja. Ale tak jak w kafkowskich scenariuszach opresji, także i tu codzienne sprawy urastają do rangi nieprzezwyciężalnych wyzwań. Sprawczość bohatera Karinthy’ego spada do zera, budząc w nim uczucia skrajne: bezradność i rozpacz.
Sfrustrowany Budai zachowuje się jak podmiot modernistyczny, zakłada, że istnieją reguły, które pozwalają rozumieć obce otoczenie. Innym słowem: posługuje się klasycznymi kategoriami semantycznymi. Język dla Budaia ma jakieś odniesienie, myśli: najwyraźniej powinienem poszukać źródeł reguły, której jeszcze nie odkryłem, ale która musi istnieć. Tyle że w Epepe nie ma nic od odkrycia. Język miasta jest prywatno-publiczną chimerą, niepojmowalną efemerydą. To język prywatny, bo nie ma żadnych obserwowalnych reguł działania tym językiem. Publiczny – bo jednak wszyscy nim gadają. Skrajne doświadczenie poznawcze skutkuje agresją bohatera, powodem jest odebranie mowy, ale nie chodzi tu wyłącznie o język. Wraz z nim znika cała logiczna struktura znaczeń, a w sytuacji ciut mniej metafizycznie obciążonej, lecz równie przerażającej – system powtarzalnych reguł językowej ekspresji. Nawet jeśli znaczenie jest mitem, stabilność wspólnoty językowej pozwala na komunikację, z której Budai zostaje wyłączony. Innymi słowy: zostaje pozbawiony podmiotowości. Świat, do którego trafił, jest płynny; t trwałość podmiotu zbudowana na językowej ciągłości ulega rozpadowi. To przestrzeń nieustannej rewolucji, której Budai sam niepostrzeżenie ulega. Jedyną pewną kotwicą jest blond windziarka, która zaczyna z bohaterem sympatyzować, nawiązuje jakąś relację, a nawet próbuje uczyć go języka (bezskutecznie, w tych lekcjach nie ma spójnych i konsekwentnych reguł). Co z tego, skoro Budai raz nazywa ją Bebe, by zaraz mówić o niej Epepe. Już jest poskładany.
Granica języka, granica człowieka
Intrygującym zbiegiem okoliczności jest fakt, że stosunkowo niedawno wydawnictwo ArtRage opublikowało równie ciekawą powieść, której bohater zostaje postawiony w równie skrajnej sytuacji. Mam na myśli Pasierba Juan José Saera (2024/1983). Narrator to bezimienny majtek, uczestnik kolonialnej wyprawy morskiej z Hiszpanii do Ameryki Południowej. Miejsce jest tu zresztą umowne, w książce nie pada jego nazwa. To zabieg celowy: przedmiotem zainteresowania Saera nie jest bowiem rzeczywistość historyczna, a miejsce poza czasem i przestrzenią, w którym na skutek językowego wyobcowania dochodzi do podobnej dekonstrukcji podmiotu jak u Karinthy’ego.
Młody Juan José Saer, materiały prasowe wydawnictwa
Kolonista przybywający do nieznanej cywilizacji wyznaje: „łudziliśmy się, że ustanawiamy tę nieznaną przestrzeń w miarę jej odkrywania, zupełnie jakby przed nami nie istniało na jej miejscu nic poza trwającą w gotowości pustką, którą dopiero nasza obecność wypełniała konkretnym pejzażem, ale kiedy zostawialiśmy ten pejzaż za sobą, (…) stwierdzaliśmy, że ustanowiona przez nas rzekomo przestrzeń zawsze tam istniała i obojętnie pozwalała się przemierzać, nie zachowując żadnych śladów naszego pobytu, wchłaniając nawet te specjalnie zostawione dla kolejnych przybyszów”. Doświadczenie obcości jest potęgowane tym, że już wkrótce po przybiciu do nowej ziemi towarzysze podróży narratora zostają okrutnie zamordowani, a następnie przyrządzeni do spożycia. Jego samego – nie wiedzieć czemu – taki los nie spotka. Wręcz przeciwnie, doświadcza on pewnego uwznioślenia. Staje się dla rdzennej ludności zwierciadłem, obiektem, w którym mogą się przeglądać.
W Pasierbie również pojawia się temat nieprzekładalności języka, lecz bohaterowie Saera posługują się pewnymi powtarzającymi się strukturami. Narrator uczy się ich kultury, przesiąkniętej niezrozumiałą przemocą i ekstremalną seksualnością, lecz sam nigdy nie zostaje do niej włączony. Odnosimy wrażenie, że w ten sposób stabilizuje ich istnienie, jest milczącym, pasywnym arbitrem. Z językowego punktu widzenia Indianie nie istnieją – narrator po latach wspomina, że w ich języku nie było wyrazu, który oznaczałby „być”. „Najbliższe mu byłyby »wydawać się«, »przypominać«” – relacjonuje, opisując tajemniczą społeczność. To lud płynny, nie „żywy”, lecz „wydający się, że żyje”. Bytują oni poza czasem, zamazują granicę między człowiekiem i przyrodą. Jest tu jakieś „praźródłowe istnienie”, pozbawione kategorii do porządkowania doświadczenia.
Zapewne najbardziej fascynujący jest fakt, że narrator ulega tej płynności, mimo że przybywa z innej kultury, z radykalnie obcego kontekstu. Sprzyja temu jego niepewny ontologicznie status. Jest tytułowym „pasierbem” – pochodzącym „znikąd”, bez korzeni, doszytym do miejsca i zlewającym się z nim. Poddaje się wartkiemu nurtowi niezrozumiałej mowy i działań, a te przenikają go do tego stopnia, że gdy ponownie trafia na „swoich”, nie potrafi się już z nimi porozumieć. W dżungli traci siebie i siebie zyskuje. Zauważa, że wszelkie doświadczenie ma płynną naturę i nie może być brane za pewnik, skoro pamiętanie „jakiegoś wydarzenia nie stanowi wystarczającego dowodu na jego prawdziwość”; nie da się odróżnić początku wspomnienia od jego środka.
Oddaję się pływom
Zasadnicza różnica między bohaterami Karinthy’ego i Budaia przebiega właśnie w tym punkcie. Gdy pierwszy przyjmuje strategię oporu względem niepojmowalnemu doświadczeniu, drugi pokornie przyznaje, że natura świata jest iluzoryczna. „Myślę sobie, że nie tylko świat nie ma końca, lecz również wszystkie jego części z osobna i, wobec tego, także moje wspomnienia” – wyznaje narrator Pasierba, akceptując z ufnością ten stan rozkładu (a Wittgenstein doda: „przypomnienie nie ma przeżywanej treści”). Zgadza się na ten stan: nie cierpi, nie uczestniczy w konflikcie, lecz znajduje w nim ulgę. Płynie.
Wracam do tych książek, traktatów o „nierealności świata” i „nieprzekazywalności doświadczeń” (jak pisze w posłowiu do Pasierba tłumaczka Barbara Jaroszuk), gdy mój trzyletni syn krzyczy „Abalaście wawalaście!”. – „Efewlaście plaście wlaście” – raźno odpowiadam i tak ciągniemy dalej przez kwadrans. On nie ma wady wymowy, jest zasadniczo poprawnie rozwijającym się dzieckiem, a w tej scenie nie uprawiamy złożonej sofistyki, żonglując złożonymi znaczeniami – bo tych tu nie ma. Jest za to sens: coś, czego nie wyrazi żaden język. Co można tylko przeżyć, podsumować „tak to właśnie jest”. Płynę z nim.
Ferenc Karinthy, Epepe, przeł. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo Literackie, 2025
Juan José Saer, Pasierb¸ przeł. Barbara Jaroszuk, Wydawnictwo ArtRage, 2024
Ferenc Karinthy, Epepe, przeł. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo Literackie, 2025
Juan José Saer, Pasierb¸ przeł. Barbara Jaroszuk, Wydawnictwo ArtRage, 2024