Wojtek Klemm: Mickiewicz zniechęciłby mnie do wszystkiego, co polskie. Rozmowa o nowym „Panu Tadeuszu”
( 04.11.2025 )
Wszystko, o czym czytamy w tej epopei, jest nielegalne. Wszyscy są tam pijani. Kłócą się, nie mając właściwie nic do powiedzenia, ani sobie nawzajem, ani światu – mówi Wojtek Klemm, reżyser „Pana Tadeusza”, którego tej jesieni można oglądać na deskach Teatru im. Słowackiego. Spektakl jest jedną z najbardziej wyczekiwanych premier sezonu.
Świat „Pana Tadeusza” w reżyserii Wojtka Klemma nie jest sielskim światem pól wyzłacanych pszenicą i posrebrzanych żytem. Życie w „kraju lat dziecinnych” rozgrywa się tu wokół wiejskiej wygódki, a jego rytm zakłócany jest przez ciągłe awanturnictwo i niekończące się pijaństwo. Klemm wraz z dramaturgami, Tomaszem Cymermanem i Sandrą Szwarc, przekierowuje uwagę na seksualną fascynację bohaterów nastoletnią Zosią, a pod podszewką szlacheckiej gawędy doszukuje się chłopskiej historii prawdziwej. Na co może wyrosnąć tożsamość narodowa oparta na „mordobiciu” i co tak naprawdę zostawił rodakom Adam Mickiewicz?
***
O czym jest „Pan Tadeusz” w reżyserii Wojciecha Klemma?
To próba zderzenia się z moją polską tożsamością. To zadanie pytania o to, o czym tak naprawdę myślimy, kiedy myślimy o najbardziej polskim tekście na świecie, jakim jest „Pan Tadeusz”. W jaki sposób kreuje rzekomo idealny wizerunek Polski? Przez wiele osób właśnie tak jest dziś postrzegany – jako ten poemat, który ocalił polszczyznę. Z tego powodu dla wielu jest nieomal święty. Mam to szczęście bądź nieszczęście, że przeczytałem ten tekst dopiero jako dorosły człowiek.
I jaki był pana odbiór?
I jako tekst dramatyczny, i jako tekst literacki, „Pan Tadeusz” jest dziełem bardzo nierównym. Dziś już dobrze wiemy, że przez kilkadziesiąt lat po publikacji był uważany za klapę.
„Pan Tadeusz”, reż. Wojtek Klemm, fot. Joanna Siwiec i Bartek Barczyk
Pozytywny odbiór „Pana Tadeusza” zaczął się dość późno, dopiero około roku 1870, czyli już kilkanaście lat po śmierci samego autora. Zanim jednak spróbujemy wejść w to nieco głębiej – z jakim wyobrażeniem Adama Mickiewicza pan dorastał? Jeśli dobrze kojarzę, pański ojciec jest polonistą.
Tak, ale specjalizującym się w prozie Bolesława Prusa. Mickiewicz na szczęście nie był częścią mojego domowego wykształcenia. Za co jestem bardzo wdzięczny, bo myślę, że zniechęciłby mnie do wszystkiego, co polskie.
Dlaczego poemat nie zdobył uznania tuż po publikacji?
Nie jestem literaturoznawcą, moja biografia teatralno-literacka rozwijała się poza Polską. Heiner Müller jest mi dziesięć razy bliższy niż Mickiewicz. Uważam, że to tekst nierówny, bardzo nieczytelny. Adam Mickiewicz był poetą, jako taki potrafił pisać piękną poezję. Jeśli natomiast chodzi o fabularność, miał duże problemy. W treści „Pana Tadeusza” znajdują się fragmenty pięknej poezji, w tym słynna Inwokacja, do czytania której zmusza się dziś dzieci w szkole. Ale spora część poematu to słabo rozpisana fabuła i równie słabo rozpisane sceny. Mocno odczuwalny jest rozkrok między narracją a poezją.
Historycy literatury zwracają dziś uwagę na trójfazowość tego poematu, wyróżniając miejsca o dominancie gawędowej, księgi bardziej powieściowe aż po stricte liryczne. Ta różnorodność sprawiła, że współcześni nie byli przychylnie nastawieni do tekstu. „Pan Tadeusz” nie był i nie miał być wiernym przedstawieniem ich czasów.
W części recenzji zarzucano mi, że jestem Niemcem – a co niemiecki reżyser czy aktor Ukrainiec mogą wiedzieć o jednym z najbardziej polskich tekstów? Czy ja sam mogę być pars pro toto współczesnych Polaków i polskich zbiorowych wyobrażeń? Nie wiem. Świadomie określam własną pracę i poszukiwania w obrębie „Pana Tadeusza” podróżą do jądra ciemności. Przygotowywanie spektaklu było dla mnie jak płynięcie rzeką pod prąd, w stronę źródła, by sprawdzić, czy tam na końcu coś się nie ukrywa. Czy znajdę tam coś, co byłoby warte ocalenia? O co warto by dziś pytać?
Wraz z ekipą twórców próbowaliśmy odpowiedzieć na pytanie: czym jest i co oznacza dziś polska tożsamość, jeśli w samym jej rdzeniu tkwi historia „ostatniego polskiego mordobicia”. Bo przecież tym był opisany przez Mickiewicza zajazd. Razem z dramaturgiem odkryliśmy, że zajazdy były już zakazane na 50 lat przed 1811 rokiem, kiedy rzecz się rzekomo dzieje.
„Pan Tadeusz”, reż. Wojtek Klemm, fot. Joanna Siwiec i Bartek Barczyk
Dlaczego to istotne?
Wszystko, o czym czytamy w tej epopei, jest nielegalne. Wszyscy są tam pijani. Kłócą się, nie mając właściwie nic do powiedzenia, ani sobie nawzajem, ani światu. Nie ma tam wizji. Mamy głównego bohatera, który jest mordercą, ale jak to w klasycznej polskiej narracji bywa – jeśli tylko przestępca wykona nieco patriotycznej pracy, zaraz okazuje się, że tyle wystarczy, by być wybawionym od złego.
Mamy też przymusowy ślub nieletniej ze starszym mężczyzną. Między nimi nie ma miłości. Szukaliśmy momentu, w którym Zosia lub Tadeusz wyznawaliby sobie miłość. W tekście tego nie ma. Zosia wręcz mówi: „Kazano mi pana kochać”.
Ale jest to także ten moment, w którym ona dosłownie przyznaje, że uczucie się narodziło, choć dopiero z czasem. „Panny mówiły, że ja jestem zakochana: Jużci, jeżeli kocham, to już chyba pana”.
Ja tego tak nie odczytuję. Przecież jej wypowiedź brzmi strasznie. Mamy tu przymuszone wyznanie uczuć wobec kogoś, kogo tak naprawdę się nie kocha. Sam Tadeusz wielokrotnie próbuje uciec od zaręczyn z Zosią, mówi, że tego nie chce. Na sam koniec, w kluczowej scenie, pyta Zosię, czy czuje się przymuszona do czegokolwiek. Na co ona wprost przyznaje, że zapomniała o wszystkim, co było rok temu, a że jej kazano go kochać – to będzie go kochać. Jeśli przyjąć nowoczesne myślenie o miłości, w „Panu Tadeuszu” jej nie ma.
„Pan Tadeusz”, reż. Wojtek Klemm, fot. Joanna Siwiec i Bartek Barczyk
Może to kwestia interpretacji. Mickiewicz nie ma do niej szczęścia; większość z tego, co myślimy dziś o tej twórczości, dostaliśmy w spadku wraz z krytyką młodopolską. Zdaniem współczesnych badaczy, sam zajazd nie jest tym, co Mickiewicz chciał upamiętnić, ale właśnie przestrogą. Idąc tym tropem: obrazem idealnej Polski nie byłby wcale zajazd, byłyby nim sceny z IX księgi. Polska Tadeusza i Zosi, a nie kłócących się szlachciców.
Z moją ekipą twórców i aktorami cały czas zadawaliśmy sobie to pytanie: czy Mickiewiczowi naprawdę mogło podobać się to, co opisywał? Wiem, że niektórzy postrzegają „Pana Tadeusza” w kategoriach obśmiania. Ja takiego gestu nie mogłem się dopatrzeć.
Być może kryłaby się w tym jakaś polska dialektyka, zgodnie z którą kochać trzeba to, co tak naprawdę okazuje się straszne. Bo świat, który przedstawia Mickiewicz, jest straszny. Sama sytuacja, w której młody mężczyzna ma stosunek cielesny ze starszą kobietą w krzakach, za drugim krzakiem siedzi i podgląda go jego ojciec, a jeszcze kawałek dalej siedzi kochanek tej kobiety, jest makabryczna.
Biorąc pod uwagę biografię Mickiewicza i sposób, w jaki obchodził się z kobietami, ma się wrażenie, że był on strasznym szowinistą. W „Panu Tadeuszu” też nie dał kobietom żadnej szansy. Mamy tu właściwie dwie postaci kobiece, które mówią. Pozostałe co najwyżej tworzą tło w postaci sfery milczących kobiet na wydaniu.
Zosia uchodzi za jedną z najbardziej niedointerpretowanych postaci całego poematu. Pod koniec „Pana Tadeusza” to ona sama, wraz z Tadeuszem, usługują gościom na własnym weselu. Być może w tym geście należałoby szukać wizerunku Polski idealnej, o jakiej mógł marzyć przebywający na migracji Mickiewicz: Polski gościnnej, równościowej, otwartej.
Ale to trochę logika, zgodnie z którą moglibyśmy powiedzieć: no dobrze, był gwałcicielem, ale jest profesorem. Podobna logika towarzyszyła zresztą wyborowi obecnego prezydenta, który był kibolem i mafijnym stręczycielem, ale za to z doktoratem.
Dla mnie wszystkie tego typu próby ukrywania tego, co straszne, jedynie pogarszają sytuację. Być może równie bezrefleksyjnie czytamy dziś „Pana Tadeusza”, zachwycając się jego okropnym światem, bo przecież to takie nasze, polskie.
„Pan Tadeusz”, reż. Wojtek Klemm, fot. Joanna Siwiec i Bartek Barczyk
Powiedział pan w jednym z wywiadów, że pojęcie „narodowości i myślenia w kategoriach narodowych czyli nacjonalistycznych” wydają się panu chore. Uważa pan, że to kategorie z jednego i tego samego porządku?
Oczywiście jest w tym więcej odcieni. Biografia, tożsamość i pochodzenie są dla mnie kluczowym elementem myślenia o teatrze. Decydującym momentem w mojej biografii teatralnej było przyznanie się do tego, że jestem z Polski. Przyznanie się do swojej biografii i pochodzenia. Odczytanie tożsamości migranta jako szansy, a nie plamy. Mam to szczęście, że moje korzenie rodzinne są zróżnicowane. A i tak świat postrzega mnie, jak chce. W Niemczech jestem zawsze „polskim reżyserem”, a w Polsce niemieckim.
W myślenie narodem zawsze wpisane jest niebezpieczeństwo, że prawie natychmiast wejdzie ono na drogę myślenia nacjonalistycznego. A nacjonalizm jest czymś definitywnie chorym. Każdy nacjonalizm.
„Wszystkie teksty romantyczne naszych wielkich wieszczów […] spotykały się z jedną reakcją: ludzie co najmniej w połowie nie rozumieli, co mówią aktorzy” – wspominał w archiwalnym nagraniu Gustaw Holoubek, wspominając swój występ w „Dziadach”. „Wstąpiłem na scenę z przekonaniem, że muszę być zrozumiały”. Czy pana zdaniem da się osiągnąć ten efekt w przypadku Mickiewicza?
To ważna kwestia. Sami poniekąd próbowaliśmy to zrobić w spektaklu: dobić się do tego, co jeszcze można dziś w tym Mickiewiczu wyczytać. Niestety, nie znalazłem tam zbyt wiele z tego, co mogłoby i dziś uchodzić za piękne i wyniosłe.
Jak już rzucamy cytatami, to też przytoczyłbym dwa na koniec: słowa ukraińskiej autorki, Tani Malarczuk, „Ojczyzna to jest miejsce, skąd pochodzą twoje traumaty”, oraz słowa niemieckiego poety, Heinera Müllera: „Nadzieja jest brakiem informacji”. Patrząc z tych dwóch perspektyw na polski romantyzm, obecne w nim napięcia stają się trochę bardziej zrozumiałe. Sam się w tym polu napięć odnajduję. Chciałbym myśleć, że coś pięknego uchowało się z tej polskiej przeszłości. „Pan Tadeusz”, jak każda polska historia, zawiera niestety wiele strasznego, a mało pięknego.
„Pan Tadeusz”, reż. Wojtek Klemm, fot. Joanna Siwiec i Bartek Barczyk