Chcę pisać dziwaczne rzeczy. Wywiad z Catherine Lacey
( 08.01.2026 )
Mam przyjemność z tego, że kasuję zdania, które mi się podobają, ale są niepotrzebne. Kiedyś zapisywałam wszystko, kopiowałam do innego dokumentu – jak się okazało, głównie po to, by potem zdać sobie sprawę, że gromadzę zdania. Poczułam, że jest w tym jakaś zła energia. Jak dla mnie lepszą i bardziej „obecną” strategią jest pisać z miejsca, w którym się jest w danej chwili.
Wspomniałaś kiedyś, że chciałabyś napisać biografię. Po lekturze Biografii X, powieści, która miesza to, co rzeczywiste, z tym, co fikcyjne, nie wiem, czy można ci w tej sprawie ufać. Jaki jest twój stosunek do gatunku literackiego, jakim jest biografia?
Wydanie tej książki na pewno zmieniło moje podejście do tematu. Rzeczywiście miałam kiedyś zamiar napisać biografię, ale okazało się, że to nie dla mnie. Z pisaniem jest tak, że przechodzi się przez różne fazy. Obecnie jestem w fazie „dziwnej formy” i nie czytam aż tylu biografii. To typ lektury, w który trzeba się zaangażować, akt oddania, a jako czytelniczka jestem ostatnio w innym trybie.
Ale czytałaś ich bardzo wiele. Co byś polecała?
Och, mam sporo rekomendacji. Duży wpływ wywarła na mnie biografia Kathy Acker autorstwa Chris Kraus. Mój egzemplarz książki, ten w wersji bez obwoluty, był czerwony, i w nawiązaniu do tego okładka amerykańskiego wydania „Biografii X” również jest czerwona. Ważna jest dla mnie też biografia amerykańskiego malarza Cy’a Twombly’ego, „Chalk”, autorstwa Joshuy Rivkina. Spadkobiercy artysty początkowo zapewnili Rivkinowi dostęp do wszystkich materiałów, ale nie spodobał im się kierunek, w którym podążał biograf, więc odmówili dalszej współpracy. Ten wątek stał się częścią książki, która przybrała formę powieści detektywistycznej.
To dosyć częsta sytuacja. Na myśl przychodzi mi być może oczywisty przykład: książka Janet Malcolm o Sylvii Plath.
Dokładnie. Ta biografia Plath to już klasyka. Uwielbiam też „What Fresh Hell Is This?”, biografię Dorothy Parker pióra Marion Meade. Jest nie tylko dobrze napisana, ale też zabawna. Zresztą życie Parker było szalone. W pewnym sensie jest tak, że biografia powinna być równie barwna, co osoba, o której opowiada, prawda?
Bohaterką twojej książki jest X, artystka i mistrzyni kamuflażu, ale chyba nawet ciekawszą postacią jest narratorka, C.M. Lucca. Postanawia „poprawić” nieautoryzowaną biografię swojej żony i napisać własną wersję. Jako wdowa po X, Lucca wydaje się najgorszą możliwą biografką. Możesz opowiedzieć, jak tworzyłaś tę postać?
To zabawne, bo pierwsza myśl przy „Biografii X” była taka: „Chcę napisać książkę, która będzie biografiopodobna”, więc cała moja energia skupiła się na podmiotce. Chciałam przy tym, żeby jej życie zostało opowiedziane przez „najgorszą możliwą” biografkę, dokładnie tak jak powiedziałaś. Z początku nie myślałam zbyt wiele o narratorce, i w tym też tkwiła słabość pierwszej wersji. Nie potrafiłam sobie wyobrazić książki jako całości, dopóki nie skupiłam się na tym, by włączyć narratorkę do fabuły jako pełnoprawną postać. Tak naprawdę odkryłam ją dopiero podczas pierwszej redakcji – wówczas usunęłam wszystko, co do tej pory napisałam, i zaczęłam od nowa.
Oddanie, z jakim Lucca pisze biografię, graniczy wręcz z obsesją…
Jeśli tworzysz osobę narratorską, która jest całkowicie oddana jakiejś postaci, czasem ciężko tę osobę poznać. Tak jakby oddanie się komuś innemu było rodzajem samounicestwienia, zastępowania twojej własnej świadomości świadomością tej drugiej postaci.
Książka na pewno zyskała na tych radykalnych zmianach, której wprowadziłaś. A często jest tak, że projekt książki ewoluuje, ale najtrudniej zrezygnować ze zdań pomyślanych na początku.
Kiedy byłam młodsza, miałam z tym problem. Teraz jestem o wiele bardziej bezwzględna wobec moich fraz. Mam przyjemność z tego, że kasuję zdania, które mi się podobają, ale są niepotrzebne. Kiedyś zapisywałam wszystko, kopiowałam do innego dokumentu – jak się okazało, głównie po to, by potem zdać sobie sprawę, że gromadzę zdania. Poczułam, że jest w tym jakaś zła energia. Jak dla mnie lepszą i bardziej „obecną” strategią jest pisać z miejsca, w którym się jest w danej chwili.
„Biografia X” to twoja czwarta powieść – i jedyna, która została przełożona na język polski. Jak opisałabyś wcześniejsze książki?
Napisałam je bardzo dawno temu, teraz wszystkie brzmiałyby pewnie inaczej. Moja debiutancka książka – „Nobody is Ever Missing” – to rodzaj narracyjnego road tripu, opowiada o kobiecie, która przemierza Nową Zelandię. W drugiej, czyli „The Answers”, chciałam zmierzyć się z trudniejszym tematem, który wykraczałby poza jednostkową świadomość. Jest to książka o tym, jak ludzie budują relacje i trwają w nich bez popadania w obłęd. Potem napisałam zbiór opowiadań osadzonych w różnych częściach Ameryki. Bohaterki próz często są na skraju załamania, a Ameryka jest w tej książce osobną postacią. Oprócz tego wydałam jeszcze powieść „Pew”, której akcja wydarza się w ciągu jednego tygodnia w stanie Missisipi, skąd pochodzę. W miasteczku pojawia się ktoś, kto nie mówi i nie ma żadnych wspomnień. Mieszkańcy miasteczka muszą zadecydować, co z tym fantem zrobić.
A jakie są Stany Zjednoczone z „Biografii X”? To znów jeden z najważniejszych elementów fabuły.
Zdałam sobie sprawę, że jeśli postać X ma zaistnieć w pełnej formie, to potrzebuję innej wersji Ameryki. Jak to zwykle bywa, w historii Stanów Zjednoczonych było tyle decyzyjnych momentów, w których sprawy mogły potoczyć się zupełnie inaczej... Dlatego chciałam nieco zmienić kontekst: stworzyć alternatywny świat, ale taki, w którym Ameryka wciąż przypomina znane nam państwo. Dziś poszczególne stany należą do innych światów. Kiedy przyjechałam do Nowego Jorku po dzieciństwie spędzonym na Południu, czułam się, jakbym przyjechała z innej planety. Starałam się to pokazać w książce.
Twoje Stany Zjednoczone są rozdarte: mamy ultrakonserwatywne Południe i hiperprogresywną Północ. Za to artystyczne kręgi Nowego Jorku wydają się w twojej powieści bardzo realne.
Cóż, może wszystko byłoby prostsze, gdyby Stany Zjednoczone nie próbowały być zjednoczone. Znów jesteśmy na skraju wojny domowej, a w realnej Ameryce dzieją się i zawsze działy się rzeczy podobne do wydarzeń z „Biografii X”. Jednocześnie warto dodać, że niektóre aspekty światopoglądu amerykańskiego Południa są niezwykłe.
Cathrine Lacey, fot. Willy Somma
Co na przykład?
Nie jestem już związana z chrześcijaństwem i niekoniecznie wierzę w zinstytucjonalizowaną religię, ale wydaje mi się, że jeśli społeczność łączy jakaś wspólna wartość, to naprawdę pomaga ludziom dbać o siebie nawzajem, jak w wielu miejscach w południowych Stanach. Wiem, że to brzmi jak ogólnikowe stwierdzenie.
Idealnie, bo chciałam cię zapytać, na ile korzystałaś ze stereotypów, gdy pisałaś „Biografię X”.
Staram się nie nawiązywać do stereotypów, ale w książce przedstawiam specyficzną sytuację. Narratorka przybywa na Południe, by prowadzić śledztwo, i w dodatku jest to fikcyjna wariacja tego regionu. Trudno nie korzystać ze stereotypów społecznych i kulturowych w takim kontekście, bo muszę w jakiś sposób nawiązać do rzeczywistości, którą znają lub przynajmniej kojarzą osoby czytające. Ale nawet jeśli dany wątek pojawia się na kilku stronach, zawsze staram się nadać mu pewną złożoność.
Krytycy piszący o „Biografii X” często podkreślają się jej queerowe aspekty. Musiałaś przepisać historię Ameryki, żeby związek między dwoma kobietami był możliwy?
Nie chodziło tylko o to, żeby mogły być razem, ale o to, by ich związek przestał wydawać się czyś niezwykłym. Kobiety kochały kobiety od zawsze, bez względu na niedorzeczne konteksty. Ten aspekt powieści był też spełnieniem pewnej osobistej fantazji o normalizacji. Dorastając, wiedziałam, że nie jestem hetero. Nie jest to najważniejsze doświadczenie dla mojej tożsamości – staje się takie tylko z uwagi na pewne realia polityczne.
No widzisz, dla mojej też nie, ale jest w tym pewien przywilej. To pewno zależy to od kontekstu.
No jasne. Inna kwestia była taka, że musiałam przepisać historię, żeby stworzyć silną postać o tak dużym znaczeniu kulturowym. Artystkę, której twórczości nikt by nie kwestionował, która nie musiałaby nieustannie odpowiadać na głupie pytania, typu: „Co to znaczy, że ty jako kobieta zajmująca się pisaniem, robisz to czy tamto?”. Mężczyznom nie zadaje się podobnych pytań.
Czy ty, jako kobieta-pisarka (śmiech), też dostajesz takie pytania?
Bardzo zabawne. Powiem tak: moja pierwsza książka wyszła w 2014 roku. To niby tylko 11 lat temu, ale klimat był zupełnie inny. Byłam w bardzo różnych sytuacjach, które z dzisiejszego punktu widzenia byłyby nie do przyjęcia. Może miało to również coś wspólnego z tym, że mając trzydzieści lat, wyglądałam jak piętnastolatka. To było aż niepokojące (śmiech). Myślę, że ruch #MeToo wiele zmienił w zbiorowej świadomości.
Wróćmy do napięcia między prawdą i fikcją w tej książce, bo ciekawi mnie twoja metoda przekształcania faktów. Widzimy to zarówno w fabule, jak i w fikcyjnych przypisach, które chyba są po to, by urealnić rozmowy i wydarzenia opisane w książce?
Jedną z przyjemności płynących z czytania biografii są wszystkie te mikroodkrycia: „O, nie miałam pojęcia, że ta osoba znała tę osobę!”. Wiedziałam, że w „Biografii X” będę chciała umieścić prawdziwe postacie, bo wszystko dzieje się i „staje się” w kontekście.
...więc włączasz do książki listy i anegdoty realnych osób – Davida Bowiego, Denisa Johnsona, Susan Sontag, Arthura Jafy, Kathy Acker. Jak zdecydowałaś, kogo chcesz uwzględnić?
To było intuicyjne – albo pasuje, albo nie. Granice między rzeczywistością a fikcją są tu zatarte. Na przykład Connie Converse jest ważną postacią w książce i wiele osób myślało, że jest to postać fikcyjna, a ona naprawdę istniała. Była mało znaną muzyczką, która zniknęła na początku lat 70. i nikt nie wiedział, gdzie się podziała. Wymyśliłam, to znaczy dopisałam, moją wersję jej życia.
Realizm twojej powieści wzmacniają też umieszczone w niej zdjęcia. Czy któreś z nich wydaje ci się szczególnie ważne?
Kilka zdjęć jest autorstwa nieznanego fotografa i kupiłam je na eBayu podczas pandemii, niektóre zrobiłam sama, jedno przedstawia moich rodziców, a parę ilustracji w książce zostało wykonanych na zamówienie – zatrudniłam grafika, aby je stworzył. Jest takie zdjęcie, które znalazłam chyba na wyprzedaży garażowej. Przedstawia kobietę siedzącą na ramionach mężczyzny, w mojej książce ma to być X oraz Oleg.
Jej były kochanek.
Raczej przyjaciel. Nie wydaje mi się, by kiedykolwiek mieli romans.
Nie? Odniosłam takie wrażenie, ale może to wrażenie narratorki, a nie moje.
Być może. Myślę, że narratorka jest o niego bardzo zazdrosna, ponieważ był blisko z X. Więc kto wie?
W wywiadzie dla „New Yorkera” powiedziałaś: „Przez wiele lat czułam niechęć do narracji w trzeciej osobie, jako pisarka i jako czytelniczka. Taka narracja wydawała mi się nienaturalna”. Nadal masz takie zdanie?
O narracji trzecioosobowej? Nie. Musiałam się nią oswoić, bo nie chcę być pisarką jednego stylu czy jednej konwencji. Myślę, że coraz lepiej rozumiem ten sposób opowiadania, jest w nim też coś z fascynującej niestabilności. Nie mówię oczywiście o narratorze wszechwiedzącym, bo taki – zdystansowany wobec samej fabuły – nie wydaje mi się naturalny. Moja niechęć do kanonicznych trybów narracji może wynikać z tego, że nie mam wykształcenia literaturoznawczego. Ale w wieku dwudziestu kilku lat zaangażowałam się w działalność wirtualnej społeczności, która zajmowała się pisaniem o bardzo dziwnych książkach spoza mainstreamu. Może wtedy uznałam, że też chcę pisać dziwaczne rzeczy.
Będę czekać na kolejne książki. Czy teraz masz już konkretny model pracy?
Kiedyś podchodziłam do tego bardzo rygorystycznie: od tej godziny do tej godziny piszę. Musiałam tak robić, bo miałam jeszcze pięć innych prac. Teraz sama decyduję, kiedy, gdzie i jak chcę pracować. Wolałabym jednak, żeby wszyscy mieli powszechny dochód podstawowy, żebyśmy dostawali takie samo wynagrodzenie, a wszystkie książki były po prostu publikowane anonimowo.
Poważnie?
Tak, choć wiem, że to naiwne. To normalne, że ludzie chcą obserwować sociale konkretnej osoby autorskiej. Ale może byłoby to wyzwalające, gdyby książki mogły istnieć poza tym kontekstem, i gdybyśmy nie musieli gloryfikować osoby autorskiej.
A nie jest to coś, o czym marzy większość osób piszących?
To właśnie uważam za pewną pułapkę. Jeśli zaczynasz pisać, ponieważ chcesz, żeby ludzie postrzegali cię jako pisarkę i przeprowadzali z tobą wywiady, to nie tędy droga. Wiem, że tak działa rynek książki i cieszę się, że mogę w nim uczestniczyć, ale moją ulubioną częścią tego rynku jest pisanie. Zwłaszcza ten ekscytujący moment, gdy nikt jeszcze nie przeczytał tego, co właśnie skończyłam pisać.
To chyba spory przeskok: intymność pisania a mówienie o nim publicznie.
Tak. Powiem ci, że naprawdę bałam się publikowania. Tak bardzo nie chciałam, żeby rodzina przeczytała moją debiutancką książkę w pierwotnej formie, że aż usunęłam z niej pewne fragmenty. Może dlatego powiedziałam, że możliwość pisania anonimowo byłaby wyzwalająca. Uwielbiam Elenę Ferrante i jestem całkowicie przeciwna temu, żebyśmy dochodzili jej prawdziwej tożsamości. To niesamowite, że udało jej się tak długo zachować anonimowość.
Masz na koncie wiele wyróżnień: od stypendium Guggenheima po Nagrodę Dylana Thomasa. Jak wpłynęły na twoją karierę?
Wydaje mi się, że nagrody mówią więcej o danej kulturze niż o autorze czy autorce. Cykl życia książki jest bardzo dziwny – i nie wiem, czy kompatybilny z kapitalizmem. Dziś jakaś książka zupełnie się nie sprzedaje, a za 20 lat ktoś uzna ją za arcydzieło.
Utaliłyśmy, że Lucca, wdowa po X, jest podręcznikowym przykładem niewiarygodnej narratorki. Czy ta bohaterka powstawała pod wpływem konkretnych książek z podobnymi narratorami?
Ale wszyscy narratorzy są niewiarygodni. Narracja zawsze jest aktem pomijania. W liceum wszyscy czytaliśmy „Buszującego w zbożu”, który ma być sztandarowym przykładem narratora niewiarygodnego, ale takich narratorów jest w literaturze wielu. Właściwie to nie przychodzi mi do głowy żaden wiarygodny narrator. Poza tym, co by to miało znaczyć, że ufamy narratorowi czy narratorce?
Skoro o tym mowa: zanim zaczęłyśmy rozmowę, powiedziałaś, że nie musisz jej autoryzować.
Tak, akceptuję konsekwencje swoich słów. Poza tym ufam twojej ocenie (śmiech). Dzięki za rozmowę.
Catherine Lacey „Biografia X”
tłumaczenie: Katarzyna Makaruk
Wydawnictwo Czarne, 2025