Jennifer Croft, fot. Kelly Kurt Brown
Jennifer Croft, fot. Kelly Kurt Brown

Irena Rey to nie Olga Tokarczuk. Rozmowa z Jennifer Croft

( 04.03.2026 )

Nie znam żadnych tłumaczy, którzy przeżyli to, co moi bohaterowie. Przerysowuję ich, zmieniam osobowości. Podobnie z główną bohaterką. Przecież wszyscy wiedzą jak delikatną, opiekuńczą i hojną osobą jest Olga Tokarczuk. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś może pomyśleć: „Och, Irena to Olga”.

Grupa międzynarodowych tłumaczy zbiera się w Puszczy Białowieskiej, by razem przełożyć najnowsze dzieło znanej polskiej pisarki, Ireny Rey. Sprawy przybierają zły obrót, gdy przyszła Noblistka znika bez słowa, a tłumacze zaczynają działać bez swojej idolki. Jennifer Croft, autorka znakomitego anglojęzycznego przekładu „Ksiąg Jakubowych”, niedawno wydała powieść „Wymieranie Ireny Rey”. O wielogłosie, etyce przekładu i powieści „dzikiej jak las” z Jennifer Croft rozmawia Marta Sawicka-Danielak.

Akcja „Wymierania Ireny Rey” toczy się na Podlasiu. To opowieść o grupie tłumaczy na język polski, pełna lokalnych kontekstów oraz odniesień do polskiej literatury. Ale książkę napisałaś po angielsku i wydałaś ją w Stanach. Potem ukazała się w Anglii, Hiszpanii, Litwie i Tajwanie, i dopiero teraz trafia do polskich odbiorców. O jakim czytelniku myślałaś pracując nad nią? Polskim czy międzynarodowym?

Myślałam o tłumaczach. W książce jest gra międzyjęzykowa, która dotyczy głównie języka polskiego i hiszpańskiego. Pracując, cały czas zastanawiałam się, czy to będzie miało sens w tłumaczeniu. Polski jest językiem, w którym wszystko w powieści się dzieje, a hiszpański jest językiem narratora książki. Wszystko musiało więc mieć sens w języku polskim, hiszpańskim i angielskim.

Kwestia przekładu jest dla ciebie istotna, bo jesteś też uznaną tłumaczką. W 2018 roku razem z Olgą Tokarczuk otrzymałaś Międzynarodową Nagrodę Bookera za tłumaczenie „Biegunów”. W fabule twojej powieści jest wiele wątków lokalnych – zastanawiałam się na przykład, jak międzynarodowy czytelnik reaguje na bitwę pod Hajnówką.

Cóż, były pewne rzeczy, które musiałam wyjaśnić. Gdybym pisała dla Polaków, może byłoby o kilka stron mniej. Ale też wiem, że czytelnicy w Polsce i na Litwie bardzo doceniają fakt, że mogą rozpoznać lokalny  krajobraz, a konkretnie Puszczę Białowieską. Dla Amerykanów zamieściłem w książce kilka zdjęć, ponieważ czułam, że same słowa nie są w stanie oddać klimatu tego lasu.

*Reklama

Ale czy czytelnicy z innych krajów zdają sobie sprawę, że magnetyczny rezerwat Puszczy Białowieskiej to prawdziwe miejsce geograficzne, a nie element rzeczywistości magicznej twojej powieści?

To bardzo interesujące pytanie, nigdy o tym nie pomyślałam. Nawet ja używam słowa „magiczna” w odniesieniu do Białowieży w książce… Muszę nad tym pomyśleć i zapytam kilka osób, co o tym sądzą.

Dlaczego zdecydowałaś, że akcja powieści będzie się toczyła właśnie w Białowieży?

To była seria przypadków. Po raz pierwszy pojechałam do Białowieży ponad 20 lat temu. W 2003 na rok przeprowadziłam się do Polski, bo otrzymałam stypendium Fulbrighta na tłumaczenie polskich pisarek. Inną osobą z mojej grupy stypendystów był amerykański biolog, który stacjonował w Białowieży i zaprosił wszystkich do siebie.

To było moje pierwsze doświadczenie z tym miejscem. Pojechałam tam z ojcem i była to bardzo ważna podróż dla nas obojga, ponieważ zawsze bardzo dbaliśmy o przyrodę. Poza tym było to zupełnie inne środowisko niż to, które mieliśmy w Oklahomie – tam krajobraz jest zupełnie inny, rosną inne drzewa, śpiewają inne ptaki. W 2017 roku zaczęłem czytać w mediach o wycince puszczy i bardzo mnie to poruszyło. Wróciłam do Białowieży. Ale nie jestem dziennikarką i nie potrafię pisać reportaży. Dlatego zastanawiałam się, jak połączyć fabularną ideę zjazdu tłumaczy, nad którą pracowałam, z lokalną scenerią. Wreszcie zrozumiałam, że puszcza będzie idealnym miejscem dla tłumaczy, aby mogli się wyszaleć i uwolnić swoje zwierzęce instynkty. W 2021 roku znowu spędziłam tam kilka tygodni, próbując zebrać jak najwięcej szczegółów. Tak dochodziły kolejne elementy fabuły – na przykład temat związany z grzybami, który pojawił się po mojej wycieczce z przewodnikiem. Zaczęłam badać te grzyby i pomyślałam, że są świetną metaforą pracy tłumaczy, zarówno jasnych, jak i ciemnych aspektów ich działalności. Poza tym Białowieża to miejsce wyjątkowe – historia, kultura, bogactwo życia biologicznego są tam niezwykłe.

Dziękujemy!

Jennifer Croft, fot. Kelly Kurt Brown

Podobnie można opisać twoją książkę – jest pełna zwrotów akcji, nieprawdopodobnych zdarzeń, sytuacyjnych absurdów, dziwacznych pomysłów bohaterów.  Przy lekturze miałam wrażenie, że za chwilę wszystko wymknie się spod kontroli, ale to złudzenie, bo na poziomie formalnym nad wszystkim panujesz, kompozycja jest przemyślana i dopracowana.

Dziękuję. Ta powieść powstawała dość długo. A w miarę pracy nad książką po prostu pozwalałam bohaterom wariować coraz bardziej. W 2020 roku udało mi się pojechać na rezydencję artystyczną Fundacji Jana Michalskiego w Szwajcarii aż na 3 miesiące. To miejsce jest niesamowite, byłam tam w zasadzie w szczytowym momencie pandemii, z nielicznymi osobami pośród lasów, trochę innych niż w Białowieży, ale wciąż dzikich. Większość czasu spędzałam sama, a w godzinach popołudniowych i porannych bohaterowie byli moimi jedynymi towarzyszami. Dlatego pozwalałam im rozwijać się tak organicznie, jak to tylko możliwe.

W Szwajcarii powstał pierwszy szkic powieści. A potem zaszłam w ciążę i zaraz po urodzeniu bliźniaków sprzedałam prawa do książki. Mój redaktor poprosił o wiele zmian, więc spędziłam kolejne szalone miesiące, próbując zająć się dwójką noworodków i powieścią jednocześnie. Myślę więc, że ta książka jest przeciwieństwem mojej pierwszej książki, która była bardzo schludna i uporządkowana. „Wymieranie Ireny Rey” to dzika powieść. Jest rodzajem imitacji lasu, zrodzonej najpierw pod wpływem konkretnego puszczańskiego otoczenia, a potem – nieuchronnej sytuacji przebywania z ludzkimi zwierzętami, które potrzebowały mnie, by przetrwać.

A co z główną bohaterką, Ireną? Czytając tekst, trudno uniknąć skojarzeń z polską Noblistką, którą znasz i tłumaczysz. Zresztą w posłowiu sama piszesz: „Źródłem mojej obsesji na punkcie społeczności tłumaczeniowej jest Olga Tokarczuk (…)”. Nie obawiałaś się polskich reakcji na tę satyrę?

*Reklama

Nie, dlatego że wszystkie postaci występujące w książce są fikcyjne, zwłaszcza tłumacze. Bohaterowie nie są inspirowani konkretnymi osobami, choć uczestniczyłam w wielu rezydencjach pisarzy i artystów i zawsze bardzo interesowały mnie interakcje między artystami z ogromnymi ego a resztą osób. Fascynujące jest to, jak ludzie zakochują się w twórcach, jak ich wielbią lub nienawidzą.

O kulcie graniczącym z sektą jest też twoja powieść. Oparłaś fabułę na swoich doświadczeniach zawodowych?

Nie znam żadnych tłumaczy, którzy przeżyli to, co moi bohaterowie. Przerysowuję ich, zmieniam osobowości. Podobnie z główną bohaterką. Przecież wszyscy wiedzą jak delikatną, opiekuńczą i hojną osobą jest Olga Tokarczuk. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś może pomyśleć: „Och, Irena to Olga”. Znów, Irena nie jest oparta na żadnej konkretnej osobie, ale miałam do czynienia z bardzo dramatycznymi divami, które ciągle stawiały wymagania osobom wokół, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Argentynie. Irena nie jest wzorowana na nikim, kogo spotkałam w Polsce. Może popełniłam błąd, tworząc bohaterkę, która otrzymuje Nobla. Chciałam, żeby ta nagroda była częścią satyry, ponieważ elity kulturalne są na niej tak szaleńczo skupione. Mimo wszystko wierzę, że wiele osób rozumie mój humor i nie łączy go z postacią polskiej noblistki.

A co na to sama zainteresowana? Wysłałeś Oldze swoją powieść?

Wysłałam jej rękopis w języku angielskim, kiedy był gotowy, a ona dała mi znać, że go czyta. Ale nie wiem, czy finalnie go przeczytała. Nie rozmawiałam z nią od jakiegoś czasu. Nie wiem też, czy przeczytała polskie tłumaczenie. Powinnnam ją teraz zapytać, co o tym myśli. Oczywiście ona wie lepiej niż ktokolwiek inny, że Irena Rey nie jest nią.

[okładka]

 

Czyli nadal będziesz tłumaczyć jej książki?

Tak, bardzo chętnie. Uwielbiam jej twórczość. Ale musiałabym znów zanurzyć się w polszczyznę. Robimy ten wywiad w języku angielskim, bo ostatnio w ogóle nie miałam kontaktu z polską kulturą. Nie byłam w Polsce od dłuższego czasu, ale planuję niedługo wrócić z mężem, który jest Ukraińcem i trochę mówi po polsku. A wracając do tłumaczenia Tokarczuk – według mnie należałoby teraz przede wszystkim przełożyć jej opowiadania, które w zasadzie nie istnieją w języku angielskim.

Stworzyłaś opowieść o odchodzeniu (wymieraniu) kultu wielkich jednostek, ale stawiasz też pytania o autorytet i granice władzy. Dziś coraz częściej mówimy o tym, że wszystko jest połączone, a świat przyrody opiera się na współpracy – tak jak i uprawianie sztuki. Metaforą takiego myślenia jest w książce pojawiający się motyw grzybni.

Tak, dokładnie tak myślę – nie tworzymy rzeczy samodzielnie. Takie myślenie ma związek z moją aktywistyczną działalnością na rzecz tłumaczy jako postaci marginalizowanych w branży literackiej. Wyobrażanie sobie artysty jako genialnej postaci, która jest w pewien sposób nadludzka, wydaje się antyekologiczne. Oczywiście żadna książka nie powstaje w ten sposób. Potrzebni są redaktorzy, korektorzy, projektanci okładek. Potrzebni są tłumacze, którzy piszą każde słowo nowej książki. Natomiast ego mojej bohaterki, Ireny, sprawia, że nic innego nie ma znaczenia poza jej własną kreatywnością, bez względu na to, jakie zniszczenia powoduje.

Przypomina mi się tutaj zdanie z książki: „Każde dzieło sztuki, nawet coś tak wzniosłego, jak symfonia, powstało kosztem lasu, tundry, pustyni czy strumienia”. To fragment „Szarej eminencji”, powieści Ireny, nad którą mają pracować zebrani tłumacze. Narratorka Emi nie wie, czy zgadza się z tą teorią. A ty?

Wydaje mi się, że kiedy Irena pisze „Szarą eminencję”, przechodzi coś w rodzaju kryzysu wieku średniego lub kryzysu artystycznego, w którym nagle dochodzi do wniosku, że być może nic, co dotąd zrobiła, nie przyniosło nikomu korzyści. Zwłaszcza w kontekście rodzinnego lasu, który znika wokół niej. Obecnie w Stanach Zjednoczonych coraz więcej mówi się o niedoborze mieszkań. Moi rodzice mieszkali w małym miasteczku w stanie Iowa. Mieli balkon z widokiem na piękne pole. Wszędzie były świetliki i zwierzęta, które biegały wokół. A potem nagle wykarczowano to pole. Położono beton. Zbudowano te wszystkie ogromne domy. Nie ma sensu, aby ludzie mieli tak duże domy. Wszystkie wyglądają tak samo, to tragedia. Amerykański sposób rozwijania kultury ludzkiej oznacza niemal całkowitą utratę siedlisk zwierząt. Priorytetowo traktujemy nasze ludzkie potrzeby – kosztem wszystkiego innego. A do naszych potrzeb należy też wyrażanie siebie i twórczość artystyczna, niezależnie od formy, jaką przybiera. Ludzie czują nieustanny pęd ku nowym dokonaniom – chcemy nowych odkryć naukowych i pragniemy postępu. To ma wiele zalet, ale poświęcamy świat, aby osiągnąć nasze cele.

Ze względu na gry literackie, które stosujesz, trudno określić gatunek twojej powieści, ale chyba najbliżej jej do ekothrilllera. Zgodzisz się ze mną? 

Tak. Choć może bliżej jej do ekosatyry? Bo jeśli naprawdę lubisz gatunkowe thrillery, to prawdopodobnie nie spodoba ci się moja książka. Ta powieść jest bardzo barokowa i na tyle wymagająca, że nie mogłabym jej sama przetłumaczyć na polski. 

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Katie Zazenski )

Nie da się zbudować świata bez bólu. Wywiad z Chloe Piene

Forma jest dezorientująca od samego początku. Po wstępie od faktycznej polskiej tłumaczki, Kai Gucio, czytamy kolejny fragment, „Ostrzeżenie: od tłumaczki”, ale tym razem autorstwa Alexis, a więc postaci, która jest angielską tłumaczką powieści innej bohaterki, Emilii. Emilia również jest tłumaczką. Chwilę mi zajęło zrozumienie tego zabiegu. Co reprezentują te dwie kobiety? Prócz tego, że  w pewnym sensie są jednym: awersem i rewersem tłumacza.

Reprezentują skrajne przeciwieństwa etyki tłumaczenia. Emilia opowiada się za absolutną wiernością przekładu. Osobiście nie sądzę, aby to w ogóle było możliwe i nie mam takiego celu, kiedy tłumaczę. Z kolei Alexis reprezentuje zarówno możliwość swobodnego tłumaczenia lub współtłumaczenia, jak i pewnego rodzaju arogancję języka angielskiego, czyli przekonanie, że tłumaczka musi poprawiać tekst, ponieważ obcokrajowcy nie potrafią pisać tak jak Amerykanie. To okropne podejście i bardzo mi obce, ale wiem, że istnieje w pewnych kręgach.

W jednym z wywiadów mówisz: „Od zawsze pisałam”. Wspominasz też, że praca tłumaczeniowa pod wieloma względami przypominała ci warsztaty pisarskie. Ale są tacy, którzy uważają, że tłumacz nie powinien pisać samodzielnie, nie powinien mieć własnego głosu.

Oczywiście byli pisarze, którzy bardzo źle traktowali swoich tłumaczy, na przykład Nabokov robił z nich niemal niewolników. Za pisanie własnych książek dostaję znacznie więcej pieniędzy, więc z finansowego punktu widzenia sensowne jest priorytetowe traktowanie własnych książek. Ale sztuka, która powstaje, zawsze jest tworzona przez wiele osób. Wszystko, co piszę, jest odpowiedzią na to, co przeczytałam i przetłumaczyłam. Czytamy różne teksty i książki, które mają na nas wpływ, więc szaleństwem jest udawać, że jesteśmy w próżni, że tylko nasza wyobraźnia i nasz geniusz tworzą książkę. Podobnie jest z tłumaczeniem. Kiedy czytasz Olgę Tokarczuk po angielsku, to na pewno czytasz też Jennifer Croft, to oczywiste. To kolejna warstwa. Tłumaczenie różni się od oryginału i nie chciałabym udawać, że moja wersja „Ksiąg Jakubowych” jest dokładnie taka sama jak wersja autorki. Poza tym jestem pewna, że popełniłam wiele błędów i że są tam zdania, które dziś bym zmieniła. Biorę za to odpowiedzialność. Jednocześnie moją zasługą jest to, że w innych miejscach przekład jest udany, w sensie językowym – i to czuć przy lekturze.

Białoszewski, Prus, Leśmian, Gombrowicz i inni, w powieści jest wiele odniesień literackich. Jesteś miłośniczką polskiej literatury?

Tak, jestem wielką miłośniczką polskiej literatury. To wyjątkowa tradycja literacka, którą podziwiam i która jest związana z rewolucyjną walką o zachowanie języka i kultury. Uważam, że współcześni pisarze polscy darzą swoją historię literacką ogromnym szacunkiem, czego z pewnością nie można powiedzieć o nas, Amerykanach. Bardzo mi się podoba ten silny kanon w literaturze polskiej. Do Argentyny pojechałam tylko dlatego, że chciałam się więcej dowiedzieć o Gombrowiczu. I zostałam tam aż 23 lata.

Skoro tak dobrze go poznałaś – jak myślisz, czy Gombrowicz śmiałby się podczas lektury twojej powieści?

To bardzo miła myśl. Nie zastanawiałem się nad tym, ale mam taką nadzieję. Byłoby wspaniale.

Jennifer Croft, „Wymieranie Ireny Rey” 
tłumaczenie: Kaja Gucio 
Wydawnictwo Pauza, 2026

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.