Tadeusz Rolke, Larissa, „Przesilenia", z cyklu „Dzień bez kalendarza”. Dzięki uprzejmości Fundacji im. Tadeusza Rolke

„Na zdjęciu jest mój tata, a pan jest moim dziadkiem”. Rozmowa o Tadeuszu Rolke z wnuczką artysty

( 19.11.2025 )

Raz na jakiś czas zmieniał wystrój mieszkania. W ostatnich latach miał galerię portretów na ścianach. Tam było ze czterdzieści fotografii – od sufitu do podłogi. Na wielu z nich jego byłe dziewczyny. Śmialiśmy się, że to ściana płaczu. Kiedyś myślałam, że nie potrafił budować związków, a potem zaczęłam dostrzegać, że on po prostu pewnych kompromisów nie chce zawierać. Miał jakąś wizję tego, czym jest miłość – mówi Małgorzata Zaremba, prezeska zarządu Fundacji im. Tadeusza Rolke, prywatnie wnuczka artysty.

„Dzień bez kalendarza” to pierwsza po śmierci Tadeusza Rolke indywidualna prezentacja, ukazująca wybór czternastu prac z jego ostatniego projektu fotograficznego. Wystawa ukazuje relacje artysty z ważnymi dla niego osobami – artystkami, producentkami, przyjaciółkami. To dokument wspólnych podróży. Cykl pozostał nieukończony; artysta planował kontynuować go kolejnymi fotograficznymi wyprawami. Wystawe można oglądać od 14 listopada 2025 do 18 stycznia 2026 w Warszawskim Pawilonie Architektury ZODIAK.

Tadeusz Rolke zrobił ci kiedyś zdjęcie?

No właśnie mi zdjęć nie robił, miałam wrażenie, że to go jakoś krępowało. Zrobił może raz wyjątek, na pierwsze urodziny mojej córki. Wszyscy stoją pod żywopłotem. I bah, Rolke robi fotę.

Zdradźmy od razu, że jesteś jego wnuczką.

A Tadeusz był fantastycznym dziadkiem. Poznałam go jak miałam dwanaście lat.

Jak to?

Jak miałam dwanaście lat, to sobie po prostu to policzyłam: mam dwie babcie, jednego dziadka, a skoro tak, to ciekawe, gdzie się podział ten drugi. Zadzwoniłam do babci, zapytałam, jak się nazywa. Usłyszałam, że Tadeusz Rolke, i dostałam adres. Zerwałam się z lekcji, pojechałam do niego i zadzwoniłam na domofon. Wzięłam ze sobą zdjęcia mojego ojca ze ślubu. To był chyba ostatni raz, kiedy Tadeusz widział mojego ojca.

Z dziadkami spotkał się w zeszłym roku latem. Robił im portret z okazji 70. rocznicy ślubu. Spotkały się wtedy po dwóch stronach Rolleiflexa dwie postawy życiowe – konserwatywna i liberalna. A między nimi linia, granica, którą trudno przekroczyć. Czułam się wtedy jakbym obserwowała Polskę w soczewce. I nawet trochę byłam na Tadeusza zła, że nie wyciągnął ręki, bo jego możliwości emocjonalno-poznawcze były większe, niż dziadków z drugiej strony. Tylko odfajkował fotę, o którą go poprosiłam. A dzisiaj sobie myślę, że jednak ta jego szczerość, niechęć do konwenansów była wartością. Nie udawał.

Wróćmy do tej dwunastolatki, która dzwoni domofonem. Co było dalej?

Pokazałam mu zdjęcia, zapytałam, czy kojarzy i powiedziałam: „na nim jest mój tata, a pan jest moim dziadkiem”. Zaprosił mnie do środka i zapytał, czy chcę herbaty. Bardzo nam się spodobała ta herbatka u dziadka i tak już zostało. Następnym razem umówiliśmy się na spacer, na wystawę Salvadora Dali, a skończyliśmy pierogami. Wtedy dostałam od niego pierwszą lekcję kulinarną, powiedział: „zamówiłaś pierogi, ale ty już wiesz jak one smakują, następnym razem weź coś, czego nie próbowałaś”. Był dobry w takie życiowe rady.

Dziękujemy!

Tadeusz Rolke, fot. Jerzy Nogal, z cyklu „Minuta z życia człowieka”, 2024. Dzięki uprzejmości Fundacji im. Tadeusza Rolke

Jakie jeszcze rady ci po nim zostały?

Na przykład, że jak jedziesz do innego kraju, to warto zobaczyć, jak wygląda tam cmentarz. Zawsze zaglądał na nekropolie, ale, co ciekawe, nie robił tam zdjęć. Jak pierwszy raz pojechałam do Anglii, to jedna z wycieczek musiała być na cmentarz.

A wracając do kuchni, Tadeusz w swoich wyprawach z aparatem po Polsce zawsze wiedział, gdzie się zatrzymać, gdzie dobrze zjeść. Wydaje mi się, że Tadeusza irytowało, że człowiek musi jeść codziennie, żeby żyć. Wychodził więc z założenia, że skoro już trzeba jeść, to niech to będzie pyszne.

Ciebie w ogóle interesowało, czym zajmuje się dziadek?

Ani trochę! Wiedziałam, że fotografuje, ale nie angażował mnie w swoje projekty. W życiu nie pokazał mi jak się wywołuje zdjęcie w ciemni. Miał za to fajnych znajomych, choćby Chrisa Niedenthala. Poznałam Tadeusza mniej więcej w 2000 roku, kiedy zrobił „Sąsiadkę” z Chrisem. Czytałam wtedy wywiad z dziadkiem w gazecie. Do niedawna myślałam, że byli wieloletnimi przyjaciółmi. Ostatnio w audycji w radiu, na którą poszłam z Chrisem, wyszło, że przy tym projekcie spotkali się po raz pierwszy. Czyli znaliśmy Tadeusza tak samo długo.

*Reklama

A jakim był dziadkiem?

Był bardzo wspierający w stosunku do mnie. Nie był dziadkiem w klasycznym stylu. Nie czytał mi bajek, nie zabierał na wycieczki. Ale jak miałam naście lat, to włożył mi forsę w kieszeń i powiedział: „masz tu na pociąg do Berlina i adres do mojego przyjaciela Andreasa, możesz u niego przenocować ze trzy dni”. Nie siedziałam z nim w ciemni, ale dzięki niemu chodziłam po Oranienburger Straße. Poza tym Tadeusz był powiernikiem moich nastoletnich wydarzeń. Znał wszystkie sekrety i tajemnice. On jeden. Jak wracałam z imprez na mieście, to zawsze u niego nocowałam. Pytał tylko: „a chcesz klucze?”.

Czyli miałaś pewną miejscówkę.

Tak, ale jego mieszkanie jest malutkie. Kawalerka – jeden pokój, który ma dwadzieścia metrów. Z dwoma leżankami. Z okropnym widokiem na parking i śmietnik. Mówił, że widok z okna nie jest mu potrzebny, bo kiedy wraca do domu jest tak napatrzony na świat, że chętnie pozwala odpocząć oczom.

Tam miał też swoją pracownię?

Ciemnię miał w łazience. Stały tam baniaki z chemią potrzebną do wywoływania zdjęć. Raz na jakiś czas zmieniał wystrój mieszkania. W ostatnich latach miał galerię portretów na ścianach. Tam było ze czterdzieści fotografii – od sufitu do podłogi. Na wielu z nich jego byłe dziewczyny. Śmialiśmy się, że to ściana płaczu. Kiedyś myślałam, że nie potrafił budować związków, a potem zaczęłam dostrzegać, że on po prostu pewnych kompromisów nie chce zawierać, nawet w imię poczucia bezpieczeństwa. Ma jakąś wizję tego, czym jest miłość i nie chce się zadowolić czymś, co nosi tylko jej znamiona. Brak poczucia bezpieczeństwa, jakaś tęsknota pozwalały mu tworzyć. Czasami miałam wrażenie, że świadomie sabotował swoje życie prywatne. Uciekał, żeby potem móc gonić. Gdyby tu był, zaprzeczyłby – powiedziałby, że po prostu nie spotkał swojej Beatrycze.

Dziękujemy!

Tadeusz Rolke, Marta, „Pięciolinia”, z cyklu „Dzień bez kalendarza”. Dzięki uprzejmości Fundacji im. Tadeusza Rolke

Czy są jakieś jego zdjęcia, które lubisz szczególnie?

Bardzo lubię zdjęcia z „Sąsiadki”. Ale jakbyś pojechał do niego do domu, to wszystkie by cię zauroczyły. Na przykład pamiętam takie jedno: ruszone z każdej możliwej strony, nieostre, zrobione z jakiegoś drugiego piętra. Był na nim jakiś rozczochrany facet, który przechodził obok samochodu. Zastanawiałam się, co to jest w ogóle za fota. Potem siedząc kilka godzin na kanapie, zobaczyłam w tym kadrze to, co on zobaczył. Nie wiem, o co chodzi. Nie wiem, co jest w tym zdjęciu. Ale jest niesamowite.

Chciałem cię właśnie o to zapytać: co jest w tych fotografiach tak niezwykłego? Szacuje się, że na całym świecie każdego dnia robimy około 5,3 miliarda zdjęć.

Tak już jest, że jak w tym samym miejscu stoi sto osób, to tylko jedna sposród nich potrafi coś uchwycić – popatrzeć na świat jakoś przewrotnie, z innej strony. Tadeusz z pewnością miał zbiór cech, które mu to ułatwiały: refleks, uważność, poczucie humoru, umiejętność przewidywania, ale i prowokowania zdarzeń. Plus to tajemnicze coś, czego ja na przykład zupełnie nie mam. Ale moja córka, która na co dzień ma zakaz używania wszelkich multimediów, raz na rok zabierze mi telefon i zrobi fotę. I wiesz co? Ma podobną energię do tej, którą miał Tadeusz. Kiedyś pojechałyśmy w Tatry, robiłyśmy zdjęcia tych samych miejsc. Ale ja wiem, które zrobiła moja córka. Ciągle mam kliszę z zeszłego roku, jej pierwszą, której nie wywołałam. Boję się to zrobić.

Jak to się stało, że otworzyłaś Fundację im. Tadeusz Rolke?

Był styczeń 2024 roku, przyszłam do Tadeusza na obiad. Poprosił, żebyśmy pojechali do urzędu odebrać jego dowód osobisty, mówił też o chęci utworzenia nowego konta w banku, z powodu utraty zaufania do poprzedniej placówki. Coś mi nie grało, ale w ferworze małych dzieci, a mam ich trójkę, nie zastanowiłam się nad tym głębiej. Chwilę później został okradziony, krótko potem miał wypadek – spadł ze szczytu betonowych schodów podczas wielkanocnego spaceru nad Wisłą. To była dziwna sprawa, bo sam, będąc w takim wieku, nie wybrałby się na plażę, w miejsce, gdzie nie ma gdzie usiąść.

To były duże pieniądze?

Jak na warszawskiego fotografa, to całkiem spore. Nie były to miliony, ale wszystkie jego oszczędności. Prokuratora umorzyła śledztwo z powodu braku dowodów. Wiele wskazuje na to, że Tadeusz padł ofiarą mafii okradającej artystów w podeszłym wieku. Po czasie okazało się, że podawano mu silne środki psychotropowe, które dawały objawy podobne do demencji. Kiedy został odcięty od tych ludzi, za sprawą zdecydowanych działań kilku bliskich przyjaciół, sprawność intelektualna wróciła. Trudno mi się o tym mówi, do teraz jak przypominam sobie przebieg tej historii, mam dreszcze.

Pomysł z fundacją był reakcją na te wydarzenia?

Nie mieliśmy pewności co i komu podpisał, więc początkowo to była konieczność. Ale i potrzeba przekazania spuścizny, bo Tadeusz szykował się wtedy do odejścia. Mówił o eutanazji. Wstydził się tego, że stracił czujność. Dodatkowym elementem działań przestępczych było skłócenie go z otoczeniem, więc i jego przyjaźnie były w kryzysie. Nie miał na kim się oprzeć, a ja nie wiedziałam, jak mu pomóc.

I wtedy okazało się, że jest jeszcze ktoś, z kim Tadeusz był blisko, a kogo przy całej tej aferze, bo urodziła dziecko, nie było – Ryfka, czyli Kasia Sarnowska, która na co dzień jest producentką i scenarzystką. Założyła się z Tadeuszem, że jak zrobi tyle zdjeć, ile ma lat, to stanie na nogi i odechce mu się umierania. Że historia, którą przeżył, to pierwszy akt, że możemy zrobić z tego zupełnie nową, inną historię. Że taki nie może być koniec. Była między nimi magiczna więź. Trudno to opisać, ale była to ponadczasowa, ponadwymiarowa relacja. Po prostu… miłość. Wymyka się znanym definicjom, ale po prostu czujesz, że jest.

Dziękujemy!

Tadeusz Rolke, Hania, „Wylądujemy na Marsie”, z cyklu „Dzień bez kalendarza”. Dzięki uprzejmości Fundacji im. Tadeusza Rolke

Czyli znów zaczął fotografować.

Od razu złapał za Rolleiflexa. Portretował ludzi z ich ulubionymi przedmiotami w ramach cyklu „95/96”. Ryfka chciała, żeby Rolls popatrzył na świat oczami innych ludzi i zobaczył, co jest ważne i magiczne dla nich. Wierzyła, że to sprawi, że i Rolls odzyska wiarę, że świat to jednak fajne miejsce. Na początku to miały być zdjęcia wykonane w studiu, które dla niego było jednak sztucznym środowiskiem. Ze względu na stan zdrowia musiał mieć asystentów, co też było mu obce. Pomagali Jurek Nogaś, Armand Urbaniak, Marek Fogiel, Kacper Kosiński, Marek Kita, Adrian Lach. Dołączyły dziewczyny od produkcji: Ania Woźniak, Ania Miczko, Natalia Niemira, Kasia Próchniak, Agnieszka Robaczewska i Honorata Komorowska. Patrzyliśmy, jak stopniowo wraca do formy, aż pewnego dnia pojechał sam z modelką na pierwszą wycieczkę.

Tak powstała pierwsza fotografia z cyklu „Dzień bez kalendarza”.

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Felieton ) ( Angelika Kucińska )

Czy koniec MTV to faktycznie koniec świata? Zdecydowanie

Tadeusz zaczął jeździć po różnych miasteczkach wokół Warszawy. Bardzo je lubił. Wielokrotnie jeździł do Sierpca, do Mińska i Grodziska Mazowieckiego. Fotografował pustkę, w którą wrysowywał modelkę, kobietę, przyjaciółkę. W ten sposób zaczął wypełniać też pustkę po tym, co przeżył. I nie odnoszę się tylko do tej ostatniej historii, bo tak naprawdę sedno jego przeżyć ma swoje korzenie w II wojnie światowej. W obrazach, które wtedy zobaczył, dramatach, które wtedy przeżył. Żyły w nim mimo upływu lat.

Dzisiaj Magda Ochal, jego wieloletnia przyjaciółka, socjolożka, badaczka kultury, jedna z modelek powiedziała mi, że te sesje to był taki dzień poza czasem. Spacer z Tadeuszem, jakiś obiad, poczucie, że ani ona, ani on nie mają wieku, a same zdjęcia mogły powstać równie dobrze tego dnia, albo dwadzieścia lat wcześniej.

I tak Tadeusz równolegle pracował nad dwoma projektami – tym, na który umówił się z Ryfką, i tym osobistym. Projekt „95/96” zakończył się w jego urodziny w maju. Objął  około sto trzydzieści portretów i wernisaż efemeryczny, bo portrety były wydrukowane tylko w jednym egzemplarzu i bohaterowie zabrali je ze sobą do domów po wernisażu. Zostaną one ponownie pokazane w formie wystawy, gdy nikt z osób sfotografowanych nie będzie już mógł tego zdarzenia opowiedzieć, czyli za co najmniej 80 lat, bo najmłodsza osoba na portrecie to córka Ryfki, Zula, która ma rok. Negatywy są zdeponowane wraz ze stosownym testamentem. Drugi projekt to właśnie „Dzień bez kalendarza”, który pokazujemy od 14 grudnia w Warszawskim Pawilonie Architektury ZODIAK, dzięki uprzejmości miasta stołecznego oraz Maćka Wocia i Dawida Podsiadło, organizatorów festiwalu Zorza. Kuratorką jest Olga Guzik Podlewska, wspierana przez Agatę LeGuern – z galerii, która od lat reprezentuje Tadzia. Olga uzupełniła premierowe zdjęcia Tadzia wyborem kolejnych 37 zdjęć z archiwum. Właściwie to wybór zaczęli razem, Olga go skończyła.

Jak te projekty wpłynęły na niego?

To było niesamowite – zobaczyć go fotografującego jak kiedyś. Dostał drugie życie. Pamiętam, jak w którąś niedzielę przyszłam do niego rano, a on mówi: „Małgosia, słuchaj, śnił mi się bazar, czy możemy pojechać na Pragę?”. Pojechaliśmy na bazar, było piękne słońce. Stanął i mówi: „Tu jest genialnie! Tu będzie fota, tam będzie fota. Trzeba przyjść koło siedemnastej, bo będzie lepsze światło”. Jak zawracaliśmy samochodem przy Wiatracznej, to mijaliśmy mural, pokazał na niego i powiedział, że musi tam wrócić. Ale już nie zdążył. Natomiast na bazar zabrał Larysę i ją sfotografował. To były jego ostatnie zdjęcia.

Dziękujemy!

Tadeusz Rolke, Warszawa, 2004. Dzięki uprzejmości Fundacji im. Tadeusza Rolke

Zakładam, że mógł mieć jeszcze wiele w planach.

„Dzień bez kalendarza” jest projektem niedokończonym. Tadeusz chciał jechać za granicę. Szczerze mówiąc, rozciągnęliśmy ten proces w czasie. Bo powtarzał nam, że zrobi ten projekt, i wtedy umrze. Nie było w naszym interesie, żeby go ukończył. Robiliśmy wszystko, żeby tak się nie stało. Ryfka miała być jedną z modelek, miał jej zrobić zdjęcia na Muranowie. Ciągle to przekładała. Bała się jego odejścia, a on poradził jej, żeby go filmowała. I tak zaczął powstawać film. Teraz trwa montaż. To, że wciąż kończymy projekty Tadeusza, pozwala nam jeszcze nie odczuwać pustki po jego odejściu. Nie myślę o tym, co będzie dalej, bo lista tych projektów jest dłuższa niż film i te dwa cykle. Do końca zachował niezwykłą kreatywność i trzeźwość umysłu, także mamy roboty na kilka lat.

Ile zdjęć zostało po Tadeuszu Rolke?

Większość znajduje się w archiwum w siedzibie Agory. To, co miał w domu, zmieściło się na jednym, pomalowanym na czarno regale. Dużo negatywów leży w kartonach. Część jest zeskanowana na jego komputerze. Złożyliśmy wniosek o grant na cyfryzację i digitalizację. Dopóki tego nie ruszymy, nikt nie wie, co tak naprawdę się tam kryje. Robert Jarosz, kurator i przyjaciel Tadeusza szacuje, że to około 120 tysięcy negatywów.

A co zobaczymy na wystawie w pawilonie ZODIAK?

Na dole będzie można zobaczyć w sumie dwanaście zdjęć z cyklu „Dzień bez kalendarza”. Każde z nich w dialogu z trzema, czterema fotografiami z archiwum Tadeusza. Na górze zawisną trzy zdjęcia, a do tego pokażemy tam krótki materiał audiowizualny zrobiony przez Ryfkę, w którym Tadeusz opowiada o kulisach powstania wystawy.

Czyli będzie obecny.

Bo on jeszcze nie odszedł. Przedwczoraj na drzewie przed ZODIAK-iem, jak przyjechałam doglądać prac związanym z montażem wystawy, siedział jastrząb. Przyleciał, usiadł na gałęzi i tak patrzył na mnie ze dwie godziny. Nie wiem, co to znaczy, ale może Tadeusz czuwa.

Wystawa Tadeusza Rolke pt. „Dzień bez kalendarza”, ZODIAK Warszawski Pawilon Architektury, 14.11.2025 – 18.01.2026.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.