Marzenie o „zrobieniu kariery w Ameryce” już nie ma znaczenia. Rozmowa z Marie Tomanovą

Marzenie o „zrobieniu kariery w Ameryce” już nie ma znaczenia. Rozmowa z Marie Tomanovą

( 16.05.2025 )

Wychowana w małej miejscowości, byłam otoczona tymi sami ludźmi. To jednoczy. Ciężko jest stać się kimś innym, nawet jeśli tego pragniesz. Tymczasem na emigracji ogoliłam głowę. To był trochę bunt, ale chyba też potrzeba odnalezienia czegoś nowego – mówi Tomanová, której prace obejrzycie na targach sztuki NADA Villa Warsaw i w lizbońskiej galerii Her Clique.

Tytuł twojej wystawy, „I Love Seeing You”, jest bardzo intymny i wieloznaczny. Kto patrzy na kogo? Ty na widza, widz na ciebie, a może sama przyglądasz się sobie?

Wraz z Thomasem Beachdelem [kurator, historyk sztuki, mąż Marie – red.] i właścicielką galerii Her Clique, Izą Depczyk, chcieliśmy przekazać ideę „wielu jaźni”, bo jest tak, jak mówisz: ja patrzę na widza, widz patrzy na mnie, sama też przyglądam się sobie, ale również widownia ma szansę dostrzeżenia swoich różnych oblicz. Wystawa mówi o pięknie, które tkwi w posiadaniu nie jednej, ale wielu tożsamości. I to niekoniecznie musi oznaczać przebieranie się czy przyjmowanie innych ról – może już jesteśmy tymi wszystkimi tożsamościami? Może po prostu nie zawsze w pełni je odkrywamy albo ujawniamy? Dlatego wspomniana idea „wielu jaźni” naprawdę mnie fascynuje.

Na wystawie prezentujesz najnowszy cykl „Untitled Portraits”. Moją uwagę zwróciły dwa zdjęcia. Na pierwszym nosisz wielką blond perukę, masz mocny make-up i czerwoną sukienkę. Na drugim z kolei masz na sobie morską kieckę, eleganckie rękawiczki i włosy na Angelinę Jolie. Przecież to drag! Ten zazwyczaj przywodzi na myśl swobodę, zabawę, błyskotki i glam. Po latach w Nowym Jorku czujesz większą wolność?

Zdecydowanie. Wychowałam się w niewielkim miasteczku Mikulov, przy czesko-austriackiej granicy. Widok na „Zachód” roztaczał się ze wzgórza tuż za moim domem, ale w czasach mojego dzieciństwa odgrodzony był „żelazną kurtyną”. Jestem pewna, że to bycie na pograniczu, między Wschodem i Zachodem, w jakiś sposób odcisnęło się na mnie jako na artystce. Podobnie jak wyobrażenie o hollywoodzkim glamourze. Kiedy byłam nastolatką, z dwiema najlepszymi przyjaciółkami kładłyśmy się na kocu na brzegu naszego „wschodnioeuropejskiego morza”, które w rzeczywistości było śmierdzącym stawem, i przeglądałyśmy magazyny modowe.

Dziękujemy!

Fot. Marie Tomanova. Zdjęcia dzięki uprzejmości Her Clique

W dzieciństwie miałem podobnie! Wszystko to było odległe, ale jednocześnie chłonąłem tę bajkę.

Dokładnie, tak! Gdy w 2011 wyemigrowałam do Stanów, a trochę później zamieszkałam w Nowym Jorku, nagle znalazłam się w samym środku tej iluzji! Przeżyłam szok kulturowy. Jedno z moich pierwszych zapisów w dzienniku z tamtego okresu było obserwacją ludzi wchodzących do kawiarni. Wtedy poczułam, że w Nowym Jorku nigdy nie będę wyglądać dziwnie, zawsze znajdzie się ktoś jeszcze bardziej szalony. Możesz mieć niebieskie włosy, chodzić półnago, tańczyć w deszczu. Nikt cię tu nie będzie oceniał. Uwielbiam to.

Wychowana w małej miejscowości, byłam otoczona tymi sami ludźmi. To jednoczy. Ciężko jest stać się kimś innym, nawet jeśli tego pragniesz. Tymczasem na emigracji ogoliłam głowę. To był trochę bunt, ale chyba też potrzeba odnalezienia czegoś nowego. Spodobałam się sobie, taka jakby pozbawiona płci, przebywająca pomiędzy.

W „Untitled Portraits” starasz się wyjść poza zbudowany lata temu wizerunek.

*Reklama

Zakładam wielką blond perukę, mocno się maluję i noszę seksowną sukienkę. Znalazłam w tym nowym wizerunku wielką moc. To szalona sprawa – zobaczyć siebie skrajnie inną niż na co dzień – i móc zastanowić się: co ten look mówi o pojmowaniu przez nas tożsamości i płci? Jak postrzegamy te kategorie przez pryzmat systemu i społeczeństwa, w którym żyjemy? Zaczęłam też zastanawiać się, czy byłabym postrzegana jako „wzięta fotografka”, gdybym zawsze miała długie blond włosy i czerwone usta? A może powinnam wyglądać bardziej zachowawczo, nosić krótkiego czarnego boba i przyjmować poważny wyraz twarzy? Cykl pozwala zastanowić się, na ile sami kształtujemy swój wygląd w odpowiedni sposób, by społeczeństwo postrzegało nas tak, jak tego chcemy.

„I Love Seeing You” podróżuje. Najpierw zobaczymy twoje najnowsze autoportrety podczas targów sztuki NADA Villa Warsaw, a potem wystawa powędruje do galerii Her Clique w Lizbonie. Kontekst się zmienia.

W Lizbonie dodatkowo pokazuję moje pierwsze autoportrety wykonane wśród dzikiej natury, na początku mojej pracy artystycznej w Stanach. Zdjęcia są bardzo surowe, a ja pozbawiona warstw – makijażu, fryzur, ubrań. Instynktownie fotografowałam swoje nagie ciało, ukrywające się za drzewem, czołgające się między kamieniami, zanurzone w mchu. Na tych zdjęciach prawie nigdy nie pokazuję twarzy. To doświadczenie ciała w kontakcie z naturą, ale też akt performatywny, podczas którego próbuję znaleźć dom.

Taki za sobą zostawiłaś?

Wychowałam się w winnicach, w pobliżu pól. Byłam bardzo zżyta z naturą. Nie miałam tego w Nowym Jorku. Tęskniłam za Mikulovem, ale gdybym chciała wyjechać, to tylko w jedną stronę. Myślę, że ten cykl autoportretów w naturze był wyrazem właśnie głębokiej tęsknoty – za dzieciństwem, za domem, za czeską przyrodą. Czułam, że mogę się do tego zbliżyć przez cielesne doświadczenie. A z drugiej strony ten czas był momentem wielkiej samotności i zagubienia. Zastanawiałam się, kim jestem? Jakie jest moje miejsce w Stanach? W autoportretach próbowałam zobaczyć siebie w tym nowym krajobrazie, żeby móc uwierzyć, że tu pasuję. Dziś Ameryka stała się częścią tego, kim jestem. Nowy Jork to mój drugi dom, który sama wybrałam i zbudowałam. Co prawda nie daje mi tego samego poczucia stabilności co Mikulov, ale to chyba po prostu cecha tego miasta. Jest szybkie, nieustannie się zmienia i nigdy nie pozwala się zatrzymać. Musisz cały czas iść do przodu, działać, walczyć o swoje.

Dziękujemy!

Fot. Marie Tomanova. Zdjęcia dzięki uprzejmości Her Clique

Oglądając twoje zdjęcia, myślałem o american dream, który nadal pobudza naszą wyobraźnię, wyobraźnię osób urodzonych w Europie Środkowej. Czy ten mit był dla ciebie istotny w procesie twórczym?

Marzenie o „zrobieniu kariery w Ameryce” już nie ma znaczenia. Świat się zmienił. Wszystko stało się bardziej globalne, bardziej dostępne. Ameryka nie jest już tą odległą krainą. Dlatego wolę dziś mówić po prostu o „śnieniu”, a nie o american dream. Zwłaszcza w kontekście tego, czym Ameryka stała się pod względem politycznym – a przecież przechodzi ogromne, negatywne zmiany. Co czyni moją serię „Young American” [w 2019 roku Marie fotografowała spotkanych przypadkiem młodych ludzi, często migrantów – red.] jeszcze bardzie aktualną. Tworzyłam ją wtedy, gdy Trump został prezydentem po raz pierwszy. Nie mogłam uwierzyć w wyniki wyborów! Ta seria była dla mnie próbą odnalezienia takiej Ameryki, do której chciałam należeć.

Dlaczego wyemigrowałaś?

Dziękujemy!
( Arek Kowalik )

Przegląd tygodnia 15 – 21 stycznia

Nigdy nie miałam w głowie tej klasycznej wizji american dream. Wyjechałam do Stanów, bo skończyłam malarstwo w szkole artystycznej w Czechach i nie widziałam dla siebie żadnych perspektyw. Szczególnie jako malarka. Zresztą mój profesor powiedział mi wprost, że nie mam talentu, że jestem beznadziejna, że nie nadaję się do sztuki. Nic więcej nie usłyszałam. I wtedy postanowiłam, że pojadę gdzieś daleko, dokąd normalnie nie miałabym szansy dotrzeć. Pochodzę z rodziny, która nie podróżowała – mieliśmy pola i winnice, trzeba było pracować. Dlatego zdecydowałam się zostać au pair, praca dawała mi dach nad głową i trochę pieniędzy. To program wysłał mnie do Stanów, a mogłam trafić gdziekolwiek indziej. Po tym wszystkim, co usłyszałam na uczelni, nie sądziłam, że zostanę artystką.

Jest to w pewien sposób spełniający się amerykański sen!

(Śmiech.) Chodzi tu nie tyle o miejsce, co o odwagę. O wyjście ze swojej strefy komfortu i otwartość na to, co się wydarzy. Pamiętam moje przerażenie, kiedy miałam po raz pierwszy kogoś sfotografować! To był dramat. Wyjazd i wyjście ze swojej bańki naprawdę dają przestrzeń, żeby coś się w życiu wydarzyło. I to też dotyczy naszej generacji, bo przecież jesteśmy w podobnym wieku – byliśmy jednymi z pierwszych, którzy mogli tak po prostu wyjechać.

W „I Love Seeing You” zestawiasz dwa cykle prac, pierwszy i najnowszy. To przeciwieństwa?

Tak, ale też odbicia. W tym zestawieniu dostrzegam moją dojrzałość – zarówno artystyczną, jak i osobistą. „Untitled Portraits” są wyrazem pewności siebie. Niczego już nie ukrywam, tylko z dumą pokazuję moje tożsamości. Mój rozwój widzę też w dokumencie „Kadry moich światów”, który o mnie i Thomasie nakręciła Maria Dvořáková. Pokazuje moją niemal 7-letnią drogę jako artystki. Ale opowiada również o prozie życia, o wzlotach i upadkach. Natomiast dla mnie to obraz tego, jak bardzo się zmieniłam, jako fotografka, jako artystka, jako osoba. Dziś naprawdę jestem szczęśliwa, że mam głos. To ogromny przywilej – móc samodzielnie opowiedzieć o tym, co znaczy twoja sztuka.

Dziękujemy!

Fot. Marie Tomanova. Zdjęcia dzięki uprzejmości Her Clique

Thomas Beachdel kiedyś powiedział, że twoje prace opowiadają przede wszystkim o relacjach międzyludzkich. Jak ta myśl rezonuje z autoportretem?
Myślę, że to bardzo trafne spostrzeżenie. Autoportret jest nieustannym poszukiwaniem tożsamości. A to z kolei bardzo mocno wiąże się z tym, kim jestem jako człowiek. Nieustannie próbuję nawiązać kontakt z sobą samą i z odbiorcami. W tym drugim przypadku nigdy nie jest to jednak jednostronny proces, bo spotykamy się wzrokiem, jest między nami połączenie. To pragnienie kontaktu jest dla mnie kluczowe także w „Untitled Portraits”. Chcę odsłonić kawałek siebie, coś opowiedzieć. Czasem mnie to przeraża, bo przecież snuję bardzo osobistą historię i nie wiem, jak zostanie ona odebrana. Myślę jednak, że sednem bycia artystką jest komunikowanie się poprzez obraz, by na tej płaszczyźnie spotkać się z drugim człowiekiem.

Fotografia często traktowana jest jako sposób na ochronę przeszłości przed zapomnieniem. Czy „I Love Seeing You” pełni podobną funkcję?

Fotografowanie to właściwie nieustanne zanurzanie się w przeszłości. Zawsze wchodzisz w dialog z dawnym sobą, z tym, kim byłaś, z tym, co było. Czasem bardziej dosłownie, czasem mniej, ale pojawia się ten moment spojrzenia wstecz. Natomiast myślę, że ten aspekt był bardzo mocno widoczny w moich wcześniejszych pracach, był wręcz ich sednem. Teraz, szczególnie w „Untitled Portraits”, chodzi nie tyle o potrzebę zachowania wspomnień, co o tworzenie nowych momentów, nowych historii. Ta seria jest w gruncie rzeczy czymś zupełnie innym niż moje wcześniejsze prace. Choć oczywiście wciąż jest to refleksja nad sobą, nad tym, kim jestem, co pamiętam, co czuję. To wewnętrzny krajobraz – emocji, pamięci, tożsamości. Raczej proces niż zapis.


Marie Tomanová – urodzona w Czechach. Po uzyskaniu tytułu magistra malarstwa wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie zajęła się fotografią. W jej twórczości kluczowe są tematy tożsamości, wyobcowania, pamięci i płci. W 2024 roku premierę miał pełnometrażowy dokument HBO „Kadry moich światów” poświęcony jej twórczości. Wydała cztery książki fotograficzne, w tym: „Young American” (2019), „New York New York” (2021), „It Was Once My Universe” (2022) – osobistą opowieść o powrocie do Czech po ośmiu latach emigracji – oraz najnowszą, „I Love Seeing You” (2024).

Marie Tomanovà, „I Love Seeing You”, targi sztuki NADA Villa Warsaw, Willa Gawrońskich w Warszawie, 22–25 maja 2025

Galeria Her Clique, 30 maja – 30 czerwca, Lizbona

 

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.