Bez końca reż. Michał Marczak
„Bez końca”, reż. Michał Marczak

Do it yourself. Rozmowa z Michałem Marczakiem o filmie „Bez końca”

( 05.05.2026 )

Pływając po rzece przez wiele miesięcy i szukając ciała zaginionej osoby, zastanawiałem się, jak zareaguję, kiedy w końcu je znajdziemy. Wierzyłem, że nie będzie to ciało syna bohatera mojego filmu, ale wiedziałem, że oprócz niego w okolicy zaginęło ponad dziesięć innych osób. Prawdopodobieństwo, że natrafimy na ciało jednej z nich, było naprawdę duże.

„Bez końca” Michała Marczaka to dokument o Danielu, który szuka zaginionego syna w odmętach Wisły. To piękna, pełna ciszy i napięcia opowieść o granicach nadziei i o tym, jak po podobnych zdarzeniach radzą sobie ci, którzy zostali: rodzina, przyjaciele, świadkowie. „Bez końca” został wybrany na film otwarcia 23. edycji festiwalu Millenium Docs Against Gravity.

Większość filmowców woli pokazywać przygody innych niż samemu je przeżywać. Ty łączysz teorię z praktyką, a Daniela z „Bez końca” poznałeś, pływając łódką po trudno dostępnych rejonach Wisły. Masz skłonność do ekstremalnych doświadczeń?

Od zawsze uwielbiam przeżywać przygody, bo czuję, że wznoszę się wtedy ponad codzienność, odrzucam schematy myślowe i wchodzę w inny stan świadomości. Poza tym w ekstremalnych warunkach pojawia się szansa, żeby lepiej poznać siebie i – jeśli to przygoda grupowa – sprawdzić, jak silna jest więź z ludźmi, którzy nam towarzyszą. Mam też poczucie, że takie doświadczenia trudno wyrzucić z pamięci, i to właśnie do nich będę wracał myślami, jak się zestarzeję. Trochę tych pięknych przygód przeżyłem.

Mniej piękne też się zdarzały?

Oczywiście, ale przecież żyję, więc nie mogło być tak źle.

Umawiałem się z Marczakiem, przyszedł Schwarzenegger.

Mówiąc serio, zdarzały się momenty bardzo trudne. Kiedy razem z moją żoną i producentką, Karoliną, płynęliśmy tratwą po Wiśle, robiąc dokumentację do pewnego filmu, trafiliśmy na niebywałą burzę, znaleźliśmy się w oku cyklonu. Dobiliśmy do brzegu i wykopaliśmy dół na łasze piachu, żeby znaleźć się w możliwie najniżej położonym punkcie. Czuliśmy, że sytuacja jest poważna, pioruny waliły naprawdę wszędzie. Karolina była tak przestraszona, że zamknęła oczy i zatkała uszy. Na początku też tak zrobiłem, ale po chwili pomyślałem: kurde, i tak już nic nie zrobię, prawda? Nadal zatykałem uszy, bo w przeciwnym razie pewnie pękłyby mi bębenki, ale postanowiłem otworzyć oczy.

Poożałowałeś tego?

Nie. Zobaczyłem coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem – długie pioruny, które lecą od nieba do ziemi, sprawiają, że drzewa się zapalają i nagle gasną, walą w wodę, po której rozchodzi się prąd. Był to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie kiedykolwiek widziałem. Myślałem tylko o tym, żeby przetrwać i zachować go w pamięci.

Świadomie ściągałeś na siebie niebezpieczeństwo, wypływając w taką pogodę?

Uwierz mi, że to był przypadek. Gdybym mógł wybierać, wolałbym tego nie doświadczyć. Przed wypłynięciem sprawdziliśmy prognozy, w trakcie podróży zerkaliśmy na radar pogodowy, z którego wynikało, że burza ma przejść obok.

W obliczu takich doświadczeń zwykłe wyzwania codzienności, które są w stanie przytłoczyć szczury lądowe takie jak ja, wydają się chyba mniej przerażające?

Pewnie tak. Rzeczywiście mam dość wysoką tolerancję na stres i muszę naprawdę robić dziesięć tysięcy rzeczy naraz albo zetknąć się z jakimś hiperskomplikowanym problemem, żeby w mojej głowie pojawiła się myśl w rodzaju „Nie dam rady”.

Tego rodzaju zahartowanie musiało przydać ci się przy tak angażującym emocjonalnie filmie jak dokument „Bez końca”.

Pływając po rzece przez wiele miesięcy i szukając ciała zaginionej osoby, zastanawiałem się, jak zareaguję, kiedy w końcu je znajdziemy. Wierzyłem, że nie będzie to ciało syna bohatera mojego filmu, ale wiedziałem, że oprócz niego w okolicy zaginęło ponad dziesięć innych osób. Prawdopodobieństwo, że natrafimy na ciało jednej z nich, było naprawdę duże.

Ta sytuacja rzeczywiście nastąpiła.

Wstrząsnęła mną, ale jednocześnie nadal byłem w stanie pomagać ludziom, którzy znaleźli ciało – i kręcić film. Życie chyba faktycznie mnie zahartowało. Ten proces zaczął się wcześnie – w wieku jedenastu lat straciłem ojca w wypadku samochodowym, potem mierzyłem się z chorobą matki. Może dlatego łatwiej mi znaleźć wspólny język z osobami, które spotkała tragedia.

Właśnie ta wspólnota doświadczeń – ty wcześnie przeżyłeś śmierć ojca, on stracił nastoletniego syna – pozwoliła ci nawiązać więź z bohaterem „Bez końca”?

To na pewno miało znaczenie, ale poczuliśmy, że możemy sobie zaufać, już od naszego pierwszego, przypadkowego, spotkania na wiślanej wyspie. Swoje znaczenie miało też to, że znając dobrze Wisłę i tereny wokół niej, byłem w stanie realnie pomóc w poszukiwaniach, a Daniel wyczuwał, że będzie można na mnie liczyć. Poza tym z Danielem połączył mnie to, że obaj fascynujemy się techniką i lubimy sami konstruować różne urządzenia.

Dziękujemy!

„Bez końca”, reż. Michał Marczak

Domyślam się jednak, że połączyło was znacznie więcej.

Czasem tak jest, że ludzie poznają się w odpowiednim momencie. Jako ktoś, kto z jednej strony wcześnie stracił tatę, a z drugiej strony sam niedawno po raz drugi został ojcem, zastanawiałem się nad wieloma rzeczami, o których intensywnie myślał również Daniel. Szybko odkryliśmy, że obaj mamy doświadczenie w sytuacjach, w których musimy walczyć sami albo tylko z pomocą naszych żon, bez żadnego wsparcia systemowego, żeby osiągnąć nasz cel. Oczywiście nie porównuję się do Daniela, bo w moim przypadku chodziło o kręcenie filmu, który początkowo realizowałem za własne pieniądze, a w przypadku Daniela – o życiową tragedię. Chcę tylko pokazać, że ludzie często wyczuwają, że są do siebie w czymś podobni i na tej podstawie mogą sobie zaufać.

A czy tobie również – jak Danielowi – zdarza się mylić zaangażowanie z obsesją?

Nie wiem. Myślę, że to cienka granica. Kiedy robisz coś całym sobą, musisz wejść w stan, w którym myślisz o tym dzień i noc. Nie wyobrażam sobie, żebym napisał dobry scenariusz w sytuacji, w której myślałbym o swoich bohaterach od dziewiątej do siedemnastej, a potem o nich zapominał i na nowo żył „normalnym” życiem. Z zewnątrz może to wyglądać na obsesję, ale nic na to nie poradzę. Jeśli chcesz osiągnąć jakiś niestandardowy cel, musisz zabrać się do tego w niestandardowy sposób. Daniel chyba też tak o tym myśli. Obaj moglibyśmy założyć klub, którego motto brzmiałoby „Do It Yourself”.

*Reklama

W wielu sytuacjach takie motto pomaga w życiu. A zdarza się, że przeszkadza?

Chyba nie. Poczucie, że coś w życiu jednak od ciebie zależy, to wielki dar. Myślę, że dla Daniela bardzo ważne było to, że nie musiał bezczynnie czekać na decyzje władz, nie był zależny od policji, tylko mógł brać sprawy w swoje ręce. Prawdę mówiąc, mam wrażenie, że wiele współczesnych problemów bierze się z tego, że ludzie nie mają sprawczości. Czują, że pewne sprawy ich przerastają i nic nie można z nimi zrobić.

Co masz na myśli?

Na przykład zmiany klimatyczne. Ludzie wpadają w depresję, bo zewsząd słyszą, że na poziomie globalnym sprawa jest przesądzona i nic od nich nie zależy. A mnie się wydaje, że walka i próba zrobienia czegoś samemu, nawet w mikroskali, jest megaważna. Jeśli nie jesteś bierny, lepiej czujesz się sam ze sobą. Przy okazji możesz poznać innych ludzi, którzy myślą podobnie, a wtedy przestajesz być sam i powstaje mała wspólnota.

Dokładnie tego uczy nas też kino. W mojej ulubionej scenie z „Lotu nad kukułczym gniazdem” Jack Nicholson rozumie, że nie da rady uciec ze szpitala psychiatrycznego, ale z satysfakcją powtarza „Przynajmniej próbowałem”.

Dokładnie o to mi chodzi. A przy okazji udaje mu się natchnąć do buntu kilkoro towarzyszy.

Dziękujemy!

„Bez końca”, reż. Michał Marczak

Do takiej postawy starasz się zachęcić widzów jako filmowiec?

Tak, ale nie jest to proste, bo mam poczucie, że sama branża nie zawsze daje pod tym względem najlepszy przykład.

W jakim sensie?

Strasznie mnie frustruje dość rozpowszechnione w Polsce przekonanie, że istnieje jeden właściwy sposób robienia filmów: że trzeba mieć na planie dużą ekipę, rozbudowaną strukturę produkcyjną, i że jeśli ktoś chce pracować trochę bardziej po partyzancku, to od razu działa nieprofesjonalnie albo ryzykownie.

A przecież wiele filmów, które dziś uznajemy za najważniejsze w historii kina, powstawało właśnie wbrew regułom. Wystarczy wspomnieć „Nóż w wodzie” albo – jeszcze lepiej – „Ostatni dzień lata”. To był film zrobiony minimalnymi środkami i maleńką ekipą. Nie było ich stać na wysięgnik do kamery, więc operator leżał na drabinie postawionej na koźle, a reżyser go pchał. I tak powstały jedne z najpiękniejszych ujęć w historii polskiego kina.

Myślisz, że Konwicki dostałby dziś pieniądze z PISF-u?

Ciężko powiedzieć. To był debiut, choć oczywiście twórca miał już za sobą ważny dorobek. Ale w fabule ktoś musiał mu wtedy zaufać – zaufać nie tylko scenariuszowi, ale też intuicji, temperamentowi i dość nietuzinkowym założeniom. Z tego, co czytałem w wywiadach z twórcami „Ostatniego dnia lata”, duża część magii tego filmu narodziła się dopiero na planie.

Tego rodzaju myślenie dziś nie jest doceniane?

Mam poczucie, że niewystarczająco. Z jednej strony wszyscy narzekamy, że w Polsce mamy zbyt małe budżety, a z drugiej często trzymamy się bardzo wysokich, czasem wręcz sztywnych wymagań produkcyjnych. A przecież Sean Baker, który ma na koncie Oscara i Złotą Palmę, potrafi robić filmy w trzynaście osób – i to na taśmie – osiągając fenomenalne efekty. W jego filmie „Red Rocket”, który zachwycił widownię w Cannes, producentka była jednocześnie scenografką i zagrała jedną z ról drugoplanowych, w każdym z tych trzech wcieleń wypadając zresztą świetnie. I teraz pytanie: jaki producent w Polsce zgodziłby się jednocześnie robić scenografię do filmu?

Chyba żaden.

No właśnie. A przecież Baker nie jest w Stanach całkowitym wyjątkiem. Ostatnio czytałem, że Paul Schrader – przypomnijmy, scenarzysta „Taksówkarza” i „Wściekłego byka” – przy jednym z niedawno realizowanych filmów nie miał budżetu na kostiumy i charakteryzację, więc poprosił aktorów, zresztą bardzo znanych, żeby przyszli na plan we własnych ubraniach i sami zrobili sobie make-up. Mam wrażenie, że gdybyś powiedział coś takiego aktorom w Polsce, wielu z nich spojrzałoby na ciebie jak na wariata.

W tym momencie muszę zapytać: ilu członków liczyła ekipa „Bez końca”?

Na planie zwykle były nie więcej niż trzy osoby: ja, dźwiękowiec albo dźwiękowczyni i moja żona, która zajmowała się logistyką. I jakoś udało nam się zrobić film w warunkach, które były nie tylko profesjonalne, ale też bezpieczne.

To bolesne zderzenie z realiami branży sprawiło, że przerwa między twoimi kolejnymi filmami wyniosła aż dziesięć lat?

Ta przerwa wyniknęła głównie z tego, że przez ten czas próbowałem kręcić filmy fabularne. Nie chcę dalej narzekać… W końcu udało mi się pozyskać dofinansowanie od PISF na „Bez Końca”, za co jestem niezmiernie wdzięczny.

Dlaczego próbowałeś kręcić fabuły?

Dziękujemy!
( Sztuka ) ( Rozmowa ) ( Agata Pyzik )

Malarstwo nie może udawać, że jest przezroczyste. Rozmowa z artystką Kateryną Łysowenko

Okazało się, że moje osiągnięcia w dokumencie niekoniecznie przekładają się na zaufanie w fabule. Napisałem cztery scenariusze – jeden z Pawłem Demirskim, drugi z Dorotą Masłowską, trzeci z moją żoną. Żaden z tych projektów nie znalazł uznania komisji PISF-u.

Było to dla mnie bardzo trudne, bo oczywiście szanuję prawo ekspertów do własnej oceny i do własnego gustu. To jest wpisane w ten system. Ale jednocześnie, kiedy później oglądałem niektóre filmy, z którymi przegrywały moje projekty albo projekty moich znajomych, czasem naprawdę trudno było mi zrozumieć, dlaczego uznano, że tamte propozycje są artystycznie czy produkcyjnie bardziej obiecujące.

Nie mówię tego po to, żeby kwestionować pojedyncze decyzje. Bardziej chodzi mi o szersze pytanie: jak tworzyć system, który potrafi lepiej rozpoznawać kino ryzykowne, osobne, nieoczywiste – takie, które może nie zawsze wygląda najlepiej na papierze, ale ma w sobie potencjał prawdziwego odkrycia.

Powinieneś dobrze znać te mechanizmy – w końcu bywasz ekspertem PISF-u, tyle że w dziedzinie dokumentu.

Tak, i właśnie dlatego wiem, jak trudne to są decyzje. Jako ekspert zawsze starałem się kierować czymś więcej niż tylko własnym gustem.  Próbowałem patrzeć szerzej: na dotychczasowy dorobek twórcy, na jego współpracowników, na to, czy ma własny język, własną wrażliwość, własną obsesję.

Zastanawiałem się też, czy ten film jest dla niego po prostu kolejnym projektem, czy czymś, za co naprawdę dałby się pokroić. Bo papier przyjmie wszystko. Scenariusz może wyglądać świetnie, a film może się nie udać. I odwrotnie: projekt, który na papierze wydaje się ryzykowny albo niedoskonały, może w rękach odpowiedniego twórcy stać się czymś wyjątkowym. Dlatego dla mnie najważniejsze pytanie brzmi: czy ten człowiek jest w stanie dowieźć coś ciekawego, osobnego, nietuzinkowego?

Jak moglibyśmy ten system ulepszyć?

To bardzo trudne pytanie. Wiem, że decyzje komisji częściowo wynikają z głosowania, więc naturalnie projekty bardziej „bezpieczne” mogą mieć większą szansę na uzyskanie dobrej średniej. To nie jest zła wola, tylko mechanizm, który czasem premiuje konsensus.

Wydaje mi się jednak, że bardzo ważne jest, aby osoby zasiadające w komisjach starały się wychodzić poza własne preferencje. Żeby pamiętały, że celem nie jest tylko wybranie projektów najbardziej poprawnych czy najlepiej wpisujących się w aktualne oczekiwania, ale budowanie kinematografii możliwie różnorodnej, żywej i rozpoznawalnej na świecie. Chodzi o to, żeby patrzeć na kino jak na szerokie pole: jest w nim miejsce na filmy klasyczne, eksperymentalne, kameralne, gatunkowe, radykalne, produkcyjnie rozbudowane i skrajnie minimalistyczne. Dlatego dobrze byłoby, gdyby komisje regularnie się zmieniały i składały się z jak najbardziej różnorodnych przedstawicieli świata filmu — ludzi o różnych gustach, doświadczeniach i wrażliwościach.

W gruncie rzeczy to jest pytanie o to, jak najlepiej przeprowadzić w kulturze pojęcie demokracji. Jak stworzyć system, który nie tylko wybiera to, co najbardziej akceptowalne dla większości, ale też potrafi chronić głosy osobne – bo bardzo często to właśnie one później okazują się najważniejsze.

Twoje dwa ostatnie filmy pełnometrażowe układają się w ciekawą klamrę. W godzinach, w których bohaterowie „Wszystkich nieprzespanych nocy” wracają do domu z imprez, Daniel z „Bez końca” wstaje, żeby rozpoczynać poszukiwania niewiele starszego od nich syna.

Cóż, nie ukrywam, że przez te dziesięć lat dużo się w moim życiu zmieniło…

Oba te filmy coś też jednak łączy – jeden i drugi opowiada o pustce.

Coś w tym jest. Łączy je też chęć głębszego zrozumienia siebie - w „Bez końca” na nowo, w „Nieprzespanych…” po raz pierwszy. Żeby to osiągnąć, w obu przypadkach bohaterowie musieli wyruszyć w podróż, a ja pragnąłem im towarzyszyć.

Czasem znajdują to, czego szukali, w zaskakujących okolicznościach. W „Bez końca” pokazujesz, że przyroda najpierw zabrała Danielowi coś ważnego, a potem przyniosła mu ukojenie.

To jest prawdziwy mindfuck… Jest w „Bez końca” scena, w której Daniel patrzy na nocne niebo nad Wisłą i mówi: tu jest zajebiście. Po chwili dodaje, że mógłby tu być z Krzysiem… Pamiętam, że po prostu rozpłakałem się wtedy za kamerą.

Wcale się nie dziwię.

To niesamowite, że tak czasem toczy się życie. Nie wydarza się w nim coś ważnego, co mogłoby się wydarzyć już za chwilę… Czułem coś podobnego z moim tatą, który pochodził z bardzo biednej rodziny, więc zapieprzał, żeby zabezpieczyć nam przyszłość. Czułem, że robi to po to, żebyśmy mogli potem spędzić fajny czas razem. Tak mi zresztą opowiadał – mówił, że teraz musi skupić się na pracy, ale już niedługo zabierze mnie za miasto, że pojedziemy razem na survivalowy camp. Niestety życie zweryfikowało te plany i nie zdążył mnie nigdzie zabrać. Ale wierzę, że bardzo chciał.

Dziękujemy!

„Bez końca”, reż. Michał Marczak

Zaczynam rozumieć, dlaczego zapożyczyłeś polski tytuł swojego dokumentu z metafizycznego filmu Kieślowskiego. Przyznam, że nie jest to mój ulubiony film tego reżysera…

Jest zdecydowanie najgorszy!

Cieszę się, że ty to powiedziałeś.

Z dobrego filmu Kieślowskiego nie śmiałbym ukraść tytułu, ale pomyślałem, że z najgorszego można.

U Kieślowskiego zwykle jest tak, że im lepszy film, tym mniej efektowny tytuł. Ale niezbyt udane artystycznie „Bez końca” Kieślowskiego – ze względu na wątek nieustannego wpływu, jaki zmarli wywierają na nasze życie – silnie rezonuje z twoim filmem.

To prawda, właśnie dlatego zdecydowałem się na tę kradzież albo – jeśli wolisz – zapożyczenie. Jeśli mam być jednak szczery, wolę angielski tytuł „Closure”, który doskonale definiuje temat filmu. Problem w tym, że nie ma dobrego polskiego odpowiednika, bo „Zamknięcie” albo „Domknięcie” brzmią bezdusznie i koślawo. „Bez końca” uruchamia inne ścieżki interpretacyjne, ma w sobie fajną wieloznaczność, a jak ktoś zna film Kieślowskiego, to może nawet dostrzeże w nim jakąś głębię.

Twój kinofilski dialog z Kieślowskim przypomniał mi, że kiedyś – jak wspomniałeś w jednym z wywiadów – kino było dla ciebie ucieczką. Zakładam, że to już przeszłość?

Teraz jest raczej medytacją. Dziś, gdy jesteśmy przebodźcowani i rozkojarzeni ciągłym przebywaniem w rzeczywistości wirtualnej, kino staje się świątynią spokoju. Może ostatnią, która się uchowała?

Jak ta świadomość wpływa na twoje podejście do kina?

Przestałem się wkurwiać, jeśli film mi się nie podoba. Sam fakt, że wchodzę do ciemnej sali, staję się częścią wspólnoty i biorę udział w swego rodzaju rytuale, sprawia, że czuję coś pozytywnego.

W świecie kina najciekawsze jest to, że sacrum ciągle zderza się z profanum. Na planie „Bez końca” doświadczyłeś tego na własnej skórze.

Masz pewnie na myśli sytuację, kiedy płynęliśmy po rzece i usłyszeliśmy, że ekipa „Wielkiej Warszawskiej”, która rano przyjechała do piaskarni nad Wisłą kręcić tam jedną ze scen, znalazła ciało. Nie mieliśmy żadnych informacji o tym, czyje to ciało, jak długo było w wodzie i czy należy do kobiety czy mężczyzny. Daniel poczuł silne emocje, co było oczywiście zrozumiałe. Podjęliśmy decyzję, że musimy koniecznie podpłynąć i dopytać o szczegóły.

Co dzieje się dalej?

Cumujemy łódkę blisko planu, Daniel biegnie, ja zasuwam za nim z kamerą, nagle słyszymy komendę „Kamera, akcja!”, widzimy jak aktorzy strzelają do siebie nawzajem, a my z Danielem wpadamy na plan. Operator zerka na nas zza kamery, reszta ekipy też patrzy na nas zszokowana, ale ujęcie trwa, a aktorzy dalej grają. Daniel – nie zważając na cokolwiek – pyta o znalezione ciało. Na to miły pan oświetlacz mówi mu, że prawdopodobnie to ciało kobiety. Wtedy Daniel zaczął wypytywać o kolejne szczegóły, bo udziela się w grupie na WhatsAppie i pomaga rodzinom innych zaginionych.

Jak to możliwe, że nie zdecydowałeś się zachować takiej sceny w filmie?

Próbowałem to zrobić, ale kiedy umieściłem ją w jednej z wersji montażowych, wydawała się tak absurdalna, że aż niewiarygodna, jakby ustawiona.

No tak, tym bardziej, że są w „Bez końca” sceny, w których udało ci się osiągnąć równie mocny efekt bardziej subtelnymi środkami. Mam na myśli moment, w którym razem z Danielem oglądacie tik-tokowe filmiki polubione przez jego syna.

Najbardziej poruszyło mnie w nich to, że są nakręcone na śmiesznie, mają być beką ze śmierci. A przecież wystarczy, że obejrzy je ktoś w kiepskim stanie psychicznym i może odebrać je zupełnie inaczej. Ludzie, którzy tworzą takie filmiki i o tym nie myślą, są patologicznie pozbawieni empatii.

Dziękujemy!

„Bez końca”, reż. Michał Marczak

Czy jako rodzic masz pomysł, jak sobie z tym radzić?

Chyba tylko być na bieżąco, żeby wiedzieć o czym i jakim językiem mówi się do twoich dzieci. A potem móc o tym z nimi rozmawiać.

Sam masz konto na TikToku?

Założyłem je na potrzeby researchu do „Bez końca” i od czasu do czasu tam zaglądam. Oczywiście wolałbym w tym czasie robić coś bardziej pożytecznego, ale warto trzymać palec na pulsie.

Wypowiadasz się teraz jako reżyser czy jako rodzic?

Jako jeden i drugi, ale bardziej chyba jako rodzic. Zanim zacząłem kręcić „Bez końca”, wydawało mi się, że jestem mniej więcej na bieżąco ze współczesnym światem, ale teraz jestem jeszcze bardziej wyczulony na jego zagrożenia. Zrozumiałem, jak różne są światy, w których żyję ja i moje dzieci.

A nie wydaje ci się, że tak było zawsze?

Dawniej tych wspólnych punktów odniesienia było jednak więcej. Chcąc nie chcąc, czytało się te same gazety albo oglądało się te same kanały w telewizji. Jeśli moi rodzice wieczorami oglądali „Twin Peaks”, ja – jednocześnie przerażony i zafascynowany – patrzyłem im przez ramię i wiedziałem mniej więcej, o czym następnego dnia rozmawiają przy śniadaniu. Dziś o takie porozumienie jest znacznie trudniej, ale to oznacza po prostu, że jako rodzic powinienem przyswajać treści, które konsumują moje dzieci, nawet jeśli uważam te treści za bezwartościowe albo wręcz idiotyczne.

Ciekawe czy twoje dzieci jak dorosną zafascynują się czymś tak bardzo jak ty niezależnym kinem. Uwielbiam historię o tym jak, będąc nastolatkiem, udałeś dziennikarza i wprosiłeś się na festiwal Sundance.

To było dla mnie doświadczenie formacyjne. Z wywiadów, które przeprowadziłem wtedy z amerykańskimi filmowcami, na przykład z Darrenem Aronofskym, wyniosłem przekonanie, że muszę olać szkołę filmową i uczyć się na własnych błędach, robiąc filmy. Ten etos niezależnego filmowca ukształtował mnie na stałe – etos uosabiany też przez Kevina Smitha i Roberta Rodrigueza, którego książka o tym, jak nakręcił swoje debiutanckie „El Mariachi”, była dla mnie Biblią.

A Sundance to doceniło, bo potem zaprosiło cię z dwoma kolejnymi filmami. Myślisz, że uda ci się jeszcze tam wrócić?

Bardzo bym chciał. Problem jest taki, że z dokumentami mogą zaprosić cię tam tylko dwa razy.

Chyba wiem, jak sobie z tym poradzić.

Masz rację. Wychodzi na to, że nie mam wyjścia i – choćbym stanął na głowie – muszę w końcu nakręcić fabułę.

„Bez końca”, reż. Michała Marczak
Premiera: 7 maja 2026 / Millennium Docs Against Gravity

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.