Mamy „chore gówno” w głowach. Rozmowa z twórcą filmu „Trzy miłości”
( 01.09.2025 )
Nasz film najmocniej działa na ludzi, którzy są w wieloletnich związkach. Albo się rozeszli. Albo już przeszli Rubikon i zrozumieli, że nic ich nie złamie. Czytałem ranking najbardziej dojmujących momentów w życiu. Rozstanie z wieloletnim partnerem jest na topie. To emocjonalne bankructwo. Wtedy hasło „ogarnij się” nic nie pomoże – mówi Łukasz Grzegorzek, reżyser filmu „Trzy miłości”.
Na wstępie wyznam, że mnie zaskoczyłeś – ponoć wracasz do tenisa.
Powrót to za dużo powiedziane. Półtora miesiąca temu podjąłem decyzję, że wystartuję w Mistrzostwach Polski +45. W zasadzie biorą w nich udział dawni zawodnicy, którzy dziś są trenerami. I, niestety, jestem wrakiem. Cały czas łapią mnie skurcze, bez przerwy coś sobie naciągam. Co tu dużo mówić, po prostu się sypię! Źle się prowadziłem przez ostatnie dwadzieścia lat. Niby cały czas grałem półamatorsko, ale to nie to samo, co trenowanie w reżimie sportowca. Pewnie wylecę w pierwszej rundzie. Chyba że ktoś złapie hebla, jak mnie zobaczy. Bo przegrać z artystą to już naprawdę wstyd (śmiech).
Cały czas śledzisz, co dzieje się w świecie tenisa?
Mam kontakt z kolegami i koleżankami z kortu. Bardzo mi pomogli przy „Córce trenera”. Nie zrobilibyśmy tego filmu, gdyby nie oni. Michał Kostecki i Joasia Sakowicz, którzy mega nas wspierali, mają córkę Basię. Być może będzie nową Igą Świątek. Dwa tygodnie temu wygrała pierwszy turniej WTA, a ma dopiero piętnaście lat. Idzie jak burza, jest bardzo mądrze prowadzona przez nich. Nie cisną jej. Wiedzą, że jeżeli będzie sukces, to super, ale to tylko przy okazji – najważniejsze, żeby być w procesie.
To chyba nie zawsze tak pięknie wygląda.
Nie zawsze, to prawda. Zawsze pojawia się pytanie: co jest lepsze dla dziecka? Gdzie znaleźć złoty środek. Czasem trzeba trochę pchnąć, jak wiesz, że młody jest leniwy, a jednocześnie zastanawiasz się, kiedy zaczyna się młócenie. Jak myślisz? Zostawić dziecku maksimum wolności? A jak masz dziecko, które najpierw samo prosi, żeby chodzić na korty, a później, po paru latach, nagle mówi, że mu się znudziło?
Trzy miłości, reż. Łukasz Grzegorzek
Jesteś ojcem, Ciebie powinienem o to zapytać.
Nie znam odpowiedzi! To wszystko jest niejednoznaczne. Ja byłem ciśnięty za dziecka, ale jak już się postawiłem, to ojciec zrozumiał. To taka polska tradycja – masz dobrze zapowiadającego się zawodnika, juniora w maturalnej klasie, i dochodzi do wniosku, że to nie dla niego.
Tenis mimo wszystko mnie ukształtował. Przede wszystkim nauczył pokory i cierpliwości. Bo możesz się napinać, wyobrażać sobie nie wiadomo jakie rzeczy, a potem przychodzi życie i odpadasz w pierwszej rundzie. Porażki wciąż bolą, ale znacznie łatwiej się z nich podnoszę dzięki temu, że to przerabiałem.
Czyli potknięcia na gruncie kina znosiłeś z podniesioną głową.
Nie miałem nigdy poczucia, że zaliczyłem jakąś dużą wtopę. Największa porażka była przy „Córce trenera”. Dwa razy przełknęliśmy dużą żabę. Po pierwsze, nie dostaliśmy się do Gdyni. Nie wiedzieliśmy jak to jest, że „Kamper” jeździł wszędzie, a tu nagle gong. Wtedy zrozumieliśmy, że ten świat jest trochę bardziej skomplikowany, niż nam się wydaje. A potem było drugie „ała”, czyli box office. Był bardzo, bardzo rozczarowujący. Pięć tysięcy widzów w weekend otwarcia. Zabolało.
No dobrze, ale chyba nie powiesz mi, że przy „Kamperze” – debiucie zrobionym w dużej mierze za pieniądze z własnej kieszeni – nie było przeszkód i ograniczeń.
Były podśmiechujki, ale to się zdarzało przy każdym filmie. Ludzie pukali się po czołach i mówili: „a po co robić o współczesności”, „kto będzie oglądał film o trzydziestolatkach”, „a porywacie się z motyką na słońce”. Moja żona Natalia, producentka filmu, cały czas słyszała, jak starała się o kasę: „pani musi bardzo kochać swojego męża”. Argument ostateczny (śmiech). Jak robiliśmy pokazy testowe, to wszyscy nam tłumaczyli, dlaczego ich zdaniem nie znamy się na kinie. Albo dlaczego zrobiliśmy „chujowy film”. A później było zdziwienie, jak „Kamper” poradził sobie całkiem nieźle w Karlowych Warach i na innych festiwalach.
Komentarze może brały się stąd, że byłeś kimś z zewnątrz. Nie wywodzisz się ze świata kina, nie kończyłeś szkoły filmowej jak większość polskich twórców.
Trochę tak było. Moi rówieśnicy przez pięć, a czasem nawet dziesięć lat walczyli o to, żeby zadebiutować, a tu bez kolejki wszedł przed nich gość, który jest amatorem. I jeszcze robi wszystko na własnych zasadach, za własne pieniądze. Kręci we własnymi mieszkaniu ze znajomymi. Też jesteś w tej branży od jakiegoś czasu, więc pewnie widzisz, że taka bezinteresowna zawiść jest wpisana w naturę naszej banieczki, która rządzi się swoimi prawami – przede wszystkim dużą uznaniowością. W przeciwieństwie do sportu, gdzie wszystko jest czyste. Lepszy wygrywa. I jest więcej szacunku. A tutaj kibice decydują, kto jest lepszy.
Jak dokładnie było u ciebie z tym wejściem w świat kina?
Byłem znikąd, przez lata montowałem zwiastuny dla telewizji. Do roku 2019 byłem na etacie, jeszcze nawet po „Córce trenera”. Byłbym tam pewnie do dziś, ale zmieniły się władze stacji i w HR zobaczyli, że od dłuższego czasu nie odbijam karty (śmiech). Pod koniec już robiłem zwiastuny do najbardziej głupkowatych reality show. A zaczynałem w 2005 roku, to były super czasy. O godzinie 20. w telewizji publicznej można było obejrzeć filmy braci Coen. W ten sposób, robiąc zapowiedzi, poznałem całą filmografię ostatniego trzydziestolecia. W międzyczasie wpieprzyłem się w kredyt we frankach i musiałem szukać miejsca, gdzie zarobię na jego spłatę. I tak przeniosłem się do komercyjnej stacji.
W międzyczasie odkładaliście pieniądze na debiut.
Mieliśmy skarbonkę, fundusz, uzbieraliśmy około pół bańki. Wystarczyło nam na wypłacenie ekipie skromnego wynagrodzenia. Nie mieliśmy na postprodukcję, więc „Kampera” montowałem na domowym komputerze, na którym robiłem zwiastuny. Jak skończyłem pierwszą układkę, dołączył Opus Film, a później dorzucił się PISF. Kręciliśmy w mieszkaniu, ale to nie wynikało z oszczędności. Tak naprawdę mieliśmy upatrzone lepsze lokum na Żoliborzu. Uznałem jednak, że to jest historia bardzo blisko mnie, że nie ma sensu uciekać od domu.
Ekipa zamieszkała u nas na jakieś dwadzieścia dni. W historii kina takie rzeczy się zdarzały – podobnie kręcili Reygadas albo Skolimowski. Jak chcą coś zrobić, to po prostu to robią. U mnie były różne perypetie przy każdym filmie. W „Córce trenera” postać Gumisia miał grać zupełnie ktoś inny, na miesiąc przed zdjęciami się wysypał, więc zagrałem go sam. Przy „Kamperze” był taki plan, że jak nam zabraknie pieniędzy na profesjonalną kamerę, to wyciągamy komórkę i kręcimy dalej.
Trzy miłości, reż. Łukasz Grzegorzek
Od razu przypomina mi się „Mandarynka” Seana Bakera. Nakręcona iPhone’em.
Uwielbiam Bakera, jest u mnie w topce za podejście. To jest człowiek, który szuka sposobu i zawsze go znajduje. „Red Rocket” zrobił w dziesięć osób. Jego siostra była scenografką, która też komponuje muzykę do jego filmów. Żona jest producentką. Operator był na planie też oświetlaczem, ostrzycielem i szwenkierem. Nie wiem, czy słyszałeś o tym, jak powstała scena z pociągiem. Pociąg zatrąbił, gdy przejeżdżał obok, aktorka zaczęła przekrzykiwać hałas, ale nie słyszymy jej wyznania. Samo życie. Przepiękna scena.
Czyli podejście czerpałeś od najlepszych.
Dla mnie punktem odniesienia był Robert Rodriguez, mieliśmy zresztą okazję się poznać. Za spoty, które robiłem dla telewizji, dostałem nagrodę w Stanach. Takie „Oscary zwiastunów”. Zostałem zaproszony na galę i kilkudniowe warsztaty. Rodriguez opowiadał nam historię, jak zaczynał ze swoim debiutem „El Mariachi”. Najpierw zrobił ośmiominutowego shorta, za którego zapłacił kilkaset dolarów. Doszedł do wniosku, że osiemdziesięciominutowy film musi w takim razie kosztować kilka tysięcy. Prosty rachunek. Żeby zdobyć kasę, poddał się testom medycznym. Gdy testowano na nim lekarstwa, na pryczy obok badano innego typa. Rodriguez doszedł do wniosku, że zagra u niego jedną z głównych ról.
I to podejście zostało ci do dzisiaj?
Tak, jako filmowiec nie zastanawiaj się, czego nie masz, tylko pamiętaj o tym, co masz. Rodriguez miał jednego wujka z autobusem, a drugiego, który miał bar. Brat miał żółwia, który wylądował na plakacie i w filmie. Pomyślałem, że też tak mogę, że wystarczy czerpać z tego, co ma się dookoła. Mieliśmy oszczędności, mieszkanie. Mieliśmy kilkoro znajomych ze świata filmu, w tym osobę najważniejszą, Weronikę Bilską, z którą robiłem spoty. Natalia podjęła się produkcji. Wiesz jak nas wtedy nazywał Jacuś Braciak? Talibowie undergroundu (śmiech).
Było więc zaplecze, ale była też historia, która długo w tobie kiełkowała. Wspominałeś, że takim hasłem, które przyświecało ci przy pracy nad „Kamperem”, i które wielokrotnie słyszałeś na tamtym etapie życia, było: „ogarnij się”.
Wielokrotnie słyszę do dzisiaj! Parę dni temu siedemdziesięcioletni facet opierdolił mnie na korcie i na koniec powiedział: „ogarnij się”. Bo mu nie pozbierałem piłek, chociaż to nie ja je zrzuciłem, a poza tym nie powinno go już być na korcie, bo to był mój czas. A wtedy, w czasach „Kampera”, słyszałem te słowa, bo miałem wypisanego „przegrywa” na czole. Jeżeli masz taką aurę, to albo ludzi wkurwiasz, albo ludzie się nad tobą litują. Ale jedna i druga grupa powie ci to samo: „ogarnij się”. Byłem wypalony przy tych spotach, czułem, że telewizja to nie jest moje miejsce docelowe, że nie chcę tego robić do sześćdziesiątego roku życia. To było straszne korpo. Karta MultiSport, choinka za darmo, miejsce parkingowe. Czułem się jak w matni. Bliscy i dalsi też wyczuwali, że się duszę.
„Kamper” był sposobem na wyjście z impasu.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej się utwierdzam w przekonaniu, że najważniejsze jest przełamanie własnego wstydu. À propos turnieju, na który jadę – no trudno, najwyżej przegram. Tak samo było z „Kamperem” – najwyżej zrobię badziewie i ktoś mi powie, że jestem chujowy. I co z tego? Łapię się na tym, że największe owoce zbierałem, kiedy udało mi się pokonać wstyd.
Nie wydaje ci się, że ten wstyd mógł brać się również z miejsca, z którego pochodzisz? Nie urodziłeś się w Warszawie, przyjechałeś tu z zewnątrz, z małej miejscowości.
A powiedz mi, jak ty masz z rdzennymi warszawiakami?
Trzy miłości, reż. Łukasz Grzegorzek
Ja też jestem z małej mieściny, która stoi wydobyciem węgla. Chłopaki po szkole szli do roboty na kopalnię, nie było innych perspektyw. A co do Warszawy, przywołam taką anegdotę – rozmawiałem kiedyś z Łukaszem Kowalskim, reżyserem „Lombardu”, mówiłem mu, że na Śląsku naoglądałem się podobnych miejsc, jak bytomski Bobrek. Zaniedbane budynki. Bez gazu i ciepłej wody. A w środku ludzie skrzywdzeni przez los. Łukasz powiedział: „Jak dobrze, że też masz taką perspektywę, bo ludzie z Warszawie mi mówią, że w ogóle nie mieli pojęcia o istnieniu takich miejsc”.
Cytując klasyka, „Życie jest gdzie indziej”. Zawsze czułem, że nie przynależę do wielkomiejskiego świata, długo nosiłem w sobie wstyd z tego powodu. Jednocześnie wiem, że moje dzieci już nie będą go czuły. Nawiązując do „Lombardu”: moja pierwsza poważna miłość była ze Stroszka, dzielnicy Bytomia. I tam pierwszy raz wpierdol dostałem. W 1999 roku przyjechałem do Warszawy. Pierwszy rok spędziłem w drewnianych domkach na Jelonkach, akademikach UW. Czule nazywaliśmy je „Soplicowem”. Było grubo, mieliśmy jeden kibel na dwadzieścia pokoi w akademiku. Nie czuliśmy wielkomiejskiego świata. Czasem spotykam się z kolegami z tamtych lat, dzisiaj są to radcowie prawni, którzy zarabiają czterdzieści tysięcy złotych miesięcznie. Wtedy chodzili w dresach i klapkach Kubota, zanim te były sexy, z podręcznikami do prawa pod pachą. Trzymam je, żeby pamiętać, skąd jestem.
Zamiast robić karierę w tenisie, poszedłeś na prawo.
Tak, ale już na drugim, trzecim roku wiedziałem, że to nie jest kierunek dla mnie. Dobrze sobie radziłem, miałem stypendia naukowe, ale się męczyłem. Zacząłem pisać do szuflady, trafiłem na warsztaty filmowe, aż natknąłem się na koleżankę z Nysy, która zapytała mnie, czy chciałbym robić zwiastuny w TVP. Co najciekawsze, te spoty, oprócz mnie, robili wtedy między innymi również Grzesiek Jankowski od „Polskiego gówna” i Filip Dzierżawski, który nakręcił dokument o zespole Miłość.
Doprecyzujmy od razu: pochodzisz z Nysy, gdzie zresztą rozgrywa się akcja twojego filmu „Moje wspaniałe życie”. Oglądałem go razem z moją koleżanką, która też się tam wychowała. Cały seans mówiła mi, jakie lokalne smaczki przemyciłeś na ekran. Na przykład, że facet, który jeździ Polonezem i dokarmia gołębie, istnieje naprawdę.
Wracając do Rodrigueza i jego credo: popatrz na rzeczywistość i sprawdź, co masz w zanadrzu – mężczyzna z Polonezem, pan Staszek Rogulski, jest przyjacielem moich rodziców i lokalną sławą. Zagrał u nas w filmie dyrektora hospicjum. A hospicjum to hotel, w którym mieszkaliśmy z ekipą. Nysa dała nam dużo energii, mieszkańcy pomagali nam na każdym kroku. Przyjechali gremialnie na premierę na Nowe Horyzonty do Wrocławia. Jedna czwarta sali to byli ludzie z Nysy. Ludzie w różnych momentach filmu inaczej reagowali, od razu było wiadomo, gdzie na sali jest placek nyski (śmiech). Na koniec wylądowaliśmy razem na karaoke.
Z tego wynika, że robisz filmy o sobie, a przynajmniej o swoich obserwacjach.
Wyciągnięte ze mnie i o tym, co widzę.
A co widzisz dzisiaj?
Widzę, że strasznie przyspieszyła rzeczywistość i ludzie mają „chore gówno” w głowach. Żyjemy w dzikich czasach. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć, jakie spustoszenie w ostatnich latach przyniosły i pandemia, i inne wydarzenia, które na bieżąco śledzimy na Twitterze. Trudno nam jest zdiagnozować, jak bardzo nam to wszystko, to nagłe przyspieszenie, zryło beret. Jak wybuchła wojna w Ukrainie, to online obserwowałem, co się dzieje na froncie. Co pół godziny widziałem nagrywki, jak sześciu Ruskich wpada w pułapkę i spadają na nich granaty. Te rzeczy się zapisują w mózgu, robią nam coś z wrażliwością i zmieniają mental. Nie da się od tego odciąć. Te obrazy na nas wpływają i nie wiemy, na jaką ścianę zaraz wpadniemy.
Podam ci przykład, który jest dla mnie próbą wieku. W naszym nowym filmie pojawia się wątek aplikacji szpiegowskiej; mąż podsłuchuje swoją żonę. Na Nowych Horyzontach ludzie wzruszali ramionami, mówili, że gość jest creepolem, ale to nic wielkiego. Jak mieliśmy pokaz na Dwóch Brzegach w Kazimierzu Dolnym, to sześćdziesięciolatkowie nie mogli uwierzyć, że takie narzędzia w ogóle istnieją, że takie rzeczy dzieją się naprawdę. Byli przerażeni tym faktem!
Dopytuję o to wszystko, bo z tego, co mówisz, wynika, że „Trzy miłości” to film równie osobisty, co poprzednie. Spotykałem się z głosami, że Grzegorzek bardziej niż zwykle bawi się w gatunek, a umykają mu emocje bohaterów. Nie mogę się z tym zgodzić, bo w „Trzech miłościach” widzę dużo krytycznego namysłu na temat współczesnych relacji.
Dostrzegam dziś wokół siebie przede wszystkim chorą duszę, w różnych odmianach, także w sobie. Ludzi, którzy są potwornie osamotnieni. Tacy są nasi bohaterowie. Forma filmu jest taka a nie inna, bo przezroczyste opowiadanie, w moim mniemaniu, nie przystaje do współczesności. Wyobrażam sobie ten film opowiedziany w formie życióweczki – delikatnie, subtelnie, jak poprzednie. Ale czułem, że to już nie te czasy. W autorskim kinie gatunkowym, świadomie przerabianym przez twórców, widzę szansę na wyjście z impasu, w jakim tkwi branża. Obyczajówka przestała się oglądać. Nie chcę przywoływać żadnych tytułów i nazwisk, ale identyczne filmy tych samych twórców, które kilka lat temu robiły osiemset tysięcy widzów, dzisiaj robią czterdzieści. Te same pieniądze wydane, te same kina je grają.
Trzy miłości, reż. Łukasz Grzegorzek
Czyli sięgając po konwencję thrillera erotycznego, trochę prowokujesz widza?
„Crash” Cronenberga albo filmy Verhoevena, „Nagi Instynkt” lub „Showgirls”, miały w sobie coś z przekroczenia, jakieś przegięcie. Te filmy niosły więcej, niż widzowie oczekiwali. Pytanie, czy erotyka nam coś zrobi, jeśli w niej pogrzebiemy. W „Trzech miłościach” nie jesteśmy radykalni, ale niektóre sceny mocno działają na widownię. Szczególnie ta na basenie albo ostatnia erotyczna w akademiku. Wcześniej na sali jest „he he he”, a w trakcie tych scen następuje absolutna cisza.
Bo ja mam podejście, że kino działa, jeśli jako widz przeżywasz różne bodźce i silne emocje. Przed filmowcami stoi ciężkie wyzwanie, żeby walczyć z mózgiem Anno Domini 2025. Żeby ktoś wytrzymał przez dziewięćdziesiąt minut w fotelu, w pełnej uważności, nie sprawdzając, co w komórce.
Twoje kino zawsze działało na widzów, bo uderzało w nerw współczesności. Niektórzy twierdzili, że „Kamper” to portret pewnego pokolenia.
Od tego są krytycy, widzowie. Gdybym sam powiedział, że to pokoleniowy film, byłbym jedną nogą w bagienku pod hasłem „śmieszność”. Dociera jednak do nas, że ludzie się w tych filmach przeglądają, również w „Trzech miłościach”. Głównie w Lenie, ale także w Janie.
Planowałem cię zapytać, gdzie wyobrażasz sobie „Kampera” dekadę później. Złapałem się na tym, że ja go widzę właśnie w „Trzech miłościach”. To mógłby być dalszy ciąg.
Super, że tak to nazywasz i tak to widzisz. Dla mnie to są bardzo połączone filmy. „Trzy miłości” to alternatywna wersja haratania się w relacji. Nie bez powodu na planie pojawiła się Marta Nieradkiewicz. W „Kamperze” jej bohaterka była między dojrzałym mężczyzną a trzydziestolatkiem w krótkich spodenkach. Teraz jest między Janem a Kundlem. Znowu mamy dwa rodzaje męskości i te same rozdrapy.
Nasz film najmocniej działa na ludzi, którzy są w wieloletnich związkach. Albo się rozeszli. Albo już przeszli Rubikon i zrozumieli, że nic ich nie złamie. Czytałem ranking najbardziej dojmujących momentów w życiu. Rozstanie z wieloletnim partnerem jest na topie. To jest bankructwo emocjonalne. Wtedy hasło „ogarnij się” nic nie pomoże. Albo umiesz sobie zresetować głowę, albo wpadasz w sidła zależności, jak Jan.
Jeden z moich znajomych nazwał go „żałosnym mężem”. Ja w ogóle nie widzę go w ten sposób. Dla mnie jest to portret człowieka głęboko dotkniętego. Nigdy nie chciałbym się znaleźć na jego miejscu.
A jest duża szansa, że tego doświadczymy. Widocznie to się bierze z jakichś moich lęków. Wobec Jana, jak i wobec każdego z moich bohaterów mam dużo czułości. On jest wkurwiający, ale jest też coś godnego w jego podejściu. Nie odpuszcza. I może powinniśmy sobie tego życzyć – żebyśmy nie odpuszczali. Bo jak zaczniemy, to znaczy, że się poddaliśmy.
Łukasz Grzegorzek – scenarzysta i reżyser. Były zawodowy tenisista, z wykształcenia prawnik. Jego debiutancki „Kamper” (2016) miał premierę na festiwalu w Karlowych Warach. „Córka trenera” (2018) uznana została za najlepszy film młodzieżowy na festiwalu w Cottbus. Za „Moje wspaniałe życie” (2021) otrzymał tytuł najlepszego reżysera na 46. FPFF w Gdyni i nominację do Paszportów Polityki. Członek Polskiej Gildii Reżyserów.
Premiera kinowa najnowszego filmu Łukasza Grzegorzka „Trzy miłości”: 5 września 2025.