Yael van der Wouden, fot. Roosmarijn Broersen

Przeciwieństwem uprzedzeń i obojętności jest pożądanie. Rozmowa z Yael van der Wouden o powieści „W dobrych rękach”

( 09.12.2025 )

Na tę fabułę złożyło się wszystko, co już współistniało we mnie – a jestem queerową kobietą, jestem osobą, której dorastanie ukształtowała historia miejsca i przynależności kulturowych, jestem osobą, która potrafi docenić ładny ogród.

„W dobrych rękach”, twój debiut powieściowy osadzony w dwudziestowiecznej Holandii, opisuje romans między dwiema bohaterkami na tle powojennych przesiedleń i relacji duńsko-żydowskich. Czytam tę książkę jako opowieść o dziedziczonej traumie, współodpowiedzialności, ale też możliwości pojednania. Czy to dobre tropy?

Uważam, że od chwili, w której książka trafia do osób czytających, interpretacja zależy już tylko od nich. Gdybym weszła na dach i stamtąd wykrzyczała swoje przesłanie, raczej nie znalazłabym posłuchu. Dlatego wybieram literaturę: żeby na pierwszym planie umieścić pewną ideę, a nie siebie. Każda osoba odczyta ją w sposób, na jaki pozwolą jej aktualne okoliczności.

To powiedziawszy, mimo wszystko mam nadzieję, że da się wyczytać z mojej powieści to, co sama w nią włożyłam. A chciałam zastanowić się nad tym, jak radzimy sobie z winą, jak dochodzimy do tego, że byliśmy świadkami czegoś strasznego, a potem szukamy sposobu, żeby ponownie zbudować relacje ze sobą nawzajem. I nie chodzi mi tutaj o przeprosiny, po których się rozstajemy albo zacisnąwszy zęby, decydujemy się tolerować, ale o ponowne zbudowanie ze sobą relacji w oparciu o to, co jest przeciwieństwem uprzedzeń i obojętności, czyli o pożądanie.

Czy w Holandii pamięć o drugiej wojnie światowej i relacjach holendersko-żydowskich to wciąż temat tabu?

Tabu to może za dużo powiedziane, ale temat budzi sporo emocji – w tym sensie, że w każdym wywołuje żywą reakcję. Jest drażliwy – jedna osoba ma poczucie, że jej rodzice byli niedoreprezentowani w historii, inna czuje, że Holokaust jest używany zbyt często jako dydaktyczna „sztuczka” w skomplikowanych rozmowach. Ktoś inny powie, że dla niego to już zbyt przegadany temat, który powinien przejść do historii, inny, że za mało się o nim mówi i wymazuje się go z codziennego życia. Wszystko to może być prawdą.

Wojna pozostaje tematem dużej części holenderskiej historiografii, ale pomija się sporo niuansów. Dla mnie historia o  wojnie i drugiej połowie dwudziestego wieku była pierwszą historią przez duże H, z którą się zetknęłam. To historia mojej rodziny, tego, dlaczego byliśmy najpierw-tu-później-tam; to historia rodzin moich przyjaciół, całej mojej społeczności. Niezależnie od tego, czy są Żydami, życie większości mieszkańców Holandii zostało naznaczone przez czas powojenny. Studiowałam, a później badałam i opisywałam narracje o drugiej wojnie światowej w literaturze. To wpłynęło na mnie i na mój sposób bycia w świecie. Logiczną konsekwencją było poświęcenie pierwszej powieści właśnie temu tematowi.

Dziękujemy!

Yael van der Wouden, fot. Roosmarijn Broersen

Tematy, które poruszasz, są ważne także dla literatury polskiej, która zadaje pytania, często niewygodne, o sprawstwo, traumę, współudział, świadkowanie. Rozmawiałyśmy o historii ogólnie, a jak jest z literaturą? Czy twoim zdaniem w literaturze holenderskiej to tematy przepracowane?

Tak jak wspomniałam, prawdą może być wiele rzeczy naraz: i przesycenie, i niedosyt tematu. Obecnie ilekroć wchodzę do księgarni, zawsze znajdzie się część ekspozycji, która w jakiś sposób wyda mi się nieprzyzwoita – stos powieści z drutami obozu koncentracyjnego na okładce, dziewczynką lub chłopcem w pasiaku i dramatycznym tytułem, który wszystko to łączy w jedną całość. To Norman Finkelstein nazwał „przedsiębiorstwem Holokaust” fikcyjną wersją Shoah służącą wzbudzaniu sensacji, zyskom finansowym i zdobywaniu władzy politycznej pod pozorem działania dla żydowskiego dobra. Jest to oblicze narracji o Shoah, które jednocześnie mnie przeraża, fascynuje i intryguje: czy te historie trzeba opowiadać i czy nadal da się o nich powiedzieć coś znaczącego, gdy wielka narracja została już tak nieprawdopodobnie przetworzona właśnie poprzez opowiadanie? 

Wierzę, że tak – dokładnie dlatego, że historia ta została utowarowiona. Działanie na przekór polega nie na sprzeciwie wobec takich narracji, ale na tworzeniu alternatywnych punktów wejścia do tej historii, aby wywołać w osobach czytających nie tylko katharsis poprzez ukazywanie cierpienia, ale też dyskomfort poprzez pytanie o winę i współudział. Mnie zależało na stworzeniu opowieści nie tylko o sprawstwie. Chciałam skomplikować to pojęcie, wejść w historię mrocznych lat powojennych, zadać pytanie, jak ludziom żyje się dalej – i czy w ogóle mogą żyć dalej w pokojowych warunkach. Nie chodzi tu o kwestie traumy, a raczej zgłębienie krajobrazu, w którym się rozwija.

Komplikujesz tę historię jeszcze bardziej, ukazując ją przez pryzmat romansu dwóch kobiet, Isabel i Evy. Obie są postaciami z zawirowanymi historiami rodzinnymi. Skąd pomysł na tę fabułę, na queerowe bohaterki?

Na tę fabułę złożyło się wszystko, co już współistniało we mnie – a jestem queerową kobietą, jestem osobą, której dorastanie ukształtowała historia miejsca i przynależności kulturowych, jestem osobą, która potrafi docenić ładny ogród. (śmiech) Zlanie się tych wątków nie było żadnym zaskoczeniem, wręcz przeciwnie, było czymś bardzo naturalnym: odbyłam wiele randek, które kończyły się rutynową wymianą historii naszych dziadków i babć, zanim można było pójść dalej. Studiowałam zagadnienia pamięci kulturowej na komparatystyce literackiej, co oznacza, że przez większość dorosłego życia zastanawiałam się nad tożsamością i pamięcią. Połączyło się to z fascynacją domami, tym, jak ludzie żyją.

Bo twoja powieść jest też o domu – jego utracie i odzyskiwaniu, i o tym, co pomiędzy, czyli zamieszkiwaniu.

Miałam kiedyś zwyczaj – i w pewnym stopniu zachowałam go do dzisiaj – że przychodząc do kogoś w odwiedziny, zastanawiałam się: ile z tego domu byłabym w stanie odtworzyć u siebie? Zawsze coś mi się podobało: krzesło, barwa, sposób porządkowania. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią mieć bardzo niewiele rzeczy i utrzymywać swój dom w stanie surowości. U mnie wszystko zawsze się piętrzy, czy tego chcę, czy nie.

Umiejętnie tworzysz w powieści duszną atmosferę. Wywołuje ją nie tylko ciężar historii, ale też homofobia. Oprócz bohaterek doświadczają jej brat Isabel i jego partner – Hendrik i Sebastian. Na czym się opierałaś, pisząc o sytuacji osób LGBTQ+ w tych czasach? Badałaś jakieś źródła historyczne?

Dziękujemy!
( Joanna Ruszczyk )

Jak mówić o Marii Prymaczenko?

W przypadku wątku Evy i Isabel nie było potrzeby badania kontekstu: one jako kobiety nie mogą prowadzić życia publicznego. Nie ma barów, do których mogłyby chodzić, nie ma żadnych przestrzeni, w których Isabel mogłaby zobaczyć swoje odbicie. Pozostaje zamknięta w domu, dokąd nie dociera współczesne życie – nie ma pojęcia, co się dzieje choćby wtedy dzieje w Amsterdamie, jak ludzie żyją, jak kochają. Ma bardzo wąską ramę odniesienia.

Natomiast historie Hendrika i Sebastiana, mimo że są o wiele mniej wyraziste, a do tego drugoplanowe, wymagały więcej researchu na temat związków mężczyzn i kulturowego Zeitgeistu wokół gejów. W przypadku kobiet było inaczej. Czytałam o tej dysproporcji i sama ją dostrzegałam. Lesbijki były w dużej mierze niewidoczne, zarówno w literaturze, jak i w prawie. Ostatecznie o wiele trudniej być prześladowaną za coś, co zdaniem większości społeczeństwa w ogóle nie istnieje.

Podczas lektury twojej książki myślałam o wielu klasycznych dramatach kostiumowych przedstawiających miłość kobiet, na przykład o filmie „Aimée i Jaguar”, melodramacie wojennym opartym na podstawie powieści Eriki Fischer. Jesteś fanką takich historii? A jeśli tak, to na ile cię inspirują?

Jestem wielką fanką dramatów kostiumowych, ale też tym rodzajem fanki, u której łatwo wywołują one frustrację i rozdrażnienie – zwłaszcza kiedy są adaptacją filmową. Inspiracji szukam nie tyle w queerowych dramatach kostiumowych, ile raczej w samej przerysowanej dramaturgii tego gatunku: na przykład dramaty w stylu Jane Austen mają w sobie coś, co moim zdaniem doskonale przekłada się na twórczość queerową. Mam na myśli tabu związane z pożądaniem osoby z innej klasy społecznej, osoby niższej lub wyższej rangą, osoby, której nie akceptują twoi rodzice… Kiedy kontekst pożądania odbiega od normy w oczach społeczeństwa, każde muśnięcie dłoni, każde ukradkowe spojrzenie nabiera zupełnie innego ciężaru. Tę właśnie napiętą atmosferę staram się odtworzyć w swoich tekstach. Jeśli jednak mowa o queerowych dramatach, to moim osobistym faworytem jest adaptacja „Maurice’a” E.M. Forstera z 1987 roku. Specjalne miejsce w moim serduszku zajmuje film „Jentł” Barbry Streisand, mimo że ekranizację pozbawiono lesbijskich wątków obecnych w oryginale (w opowiadaniu Isaaca Bashevisa Singera „Jentł, chłopiec z jesziwy” – przyp. red.).

„W dobrych rękach” została wyróżniona Women’s Prize for Fiction, przyznawaną autorkom najlepszych powieści wydanych w Wielkiej Brytanii. Przy odbiorze nagrody podkreśliłaś, że chociaż przyjmujesz ją, prezentując się jako kobieta, jesteś osobą interpłciową. Jak wygląda sytuacja tych osób w Holandii? Czy są widoczne?

Tego bym nie powiedziała! Zauważyłam natomiast, że pojęcie interpłciowości jest podnoszone przede wszystkim w dwóch sytuacjach: kiedy ktoś chce cię przyszpilić „niespodziewanym” argumentem w dyskusji albo jako puenta żartu. Przez większość czasu zapomina się o naszym istnieniu. Ale tak jest wszędzie, nie tylko w Holandii.

Przykro to słyszeć, bo w Polsce również toczy się walka o prawa i widoczność osób interpłciowych – angażuje się w nią na przykład Stowarzyszenie Interakcja. Opowiesz o książce, nad którą teraz pracujesz?

To historia kobiety, która od dziesięciu lat jest żoną rybaka na fikcyjnej holenderskiej wyspie, ale mówi temu dość i postanawia zakończyć małżeństwo. Tylko że są lata 20. XX wieku i najłatwiejszym sposobem unieważnienia ślubu jest udowodnienie cudzołóstwa. Co zatem robi nasza protagonistka? Prosi dawną miłość swojego męża, żeby ta ponownie go uwiodła i wrobiła go w zdradę. Tak się wszystko zaczyna, ale potem nic nie idzie zgodnie z planem… Życz mi powodzenia, bo ta powieść to cholernie skomplikowana łamigłówka.

Czekam z niecierpliwością. Powodzenia!

Yael van der Wouden, „W dobrych rękach”, Wydawnictwo Znak 2025

Yael van der Wouden, „W dobrych rękach”, Wydawnictwo Znak 2025

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.