Stranger Things, sezon 5., mat. prasowe Netflix

„Stranger Things”, sezon piąty. Recenzja Ziemowita Szczerka

( 15.01.2026 )

Nie wiem, skąd wzięły się oczekiwania, że będzie jakaś „bardziej wyrafinowana” końcówka, jeśli przez pięć sezonów nic tego nie zapowiadało. „Stranger Things” ani przez chwilę nie pretendowało do statusu wybitnego dzieła, a oglądało się je dla klimatu, a nie dla fabuły.

Dziwne faktycznie było to „Stranger Things” i sam się dziwię, że aż tak się w to wkręciłem. Idiotyczny złol, który wygląda jak Eddie z Iron Maiden, tylko skrojony z całego majdenowskiego merczu, i któremu chodzi o to samo, co każdemu innemu złolowi. Chce zapanować nad światem, którym rządzi (co za zaskoczenie) inny złol, a  ogólny wajb tego drugiego był taki, jakby ktoś połączył Marixa ze sklepem mięsnym albo z estetyką „eXistenZ” Cronenberga. To jedna z tych fabuł, które niosą obietnicę dotarcia do czegoś, co się w życiu istot świadomych nazywa Tajemnicą, ale gdy się to pojęcie Tajemnicy porozbiera, zawsze się okazuje, że stoją za nią banalne rozwiązania i że już nie da się wymyślić nic ciekawszego w tym temacie – a przynajmniej braciom Duffer się nie udało. Do tego generyczne wątki amerykańskich dzieciaków z małego amerykańskiego miasteczka, co już jest taką sztampą, że nawet w „Gwiezdnych wojnach” („Skeleton Crew”) takie generyczne amerykańskie miasteczko się znalazło, a od tego ze „Stranger Things” różniło się tym, że rowery dzieciaków latały, a jeden z bohaterów miał trąbę jak słoń. No i wiadomo: są luzerzy, którzy okazują się cool, są popularne laski, które są zbyt dobre na luzerów (do czasu), są bullies w szkole i jest cały ten amerykański schemat, który jest fajny, wiadomo, ale w „Stranger Things” został przeniesiony na ekran, like, jeden do jednego.

Dziękujemy!

„Stranger Things”, sezon 5., mat. prasowe Netflix

No a mimo to się wkręciłem. Albo może właśnie dlatego.

Co by nie mówić o generycznych amerykańskich przedmieściach – stały się i naszym doświadczeniem, i to ponadpokoleniowym. Dziś już przecież wszystko jedno, czy doświadczenie to jest wirtualne, czy nie. Wszyscy chodziliśmy w baseballowych kurtkach i trzymaliśmy podręczniki w szafkach, przy których czekali na nas wspomniani bullies i mówili do nas po nazwisku. Więc cóż: oglądając „Stranger Things”, oglądamy własne życia, których nie przeżyliśmy. A do tego, w tym całym anturażu dzieją się przygody, które zawsze chcieliśmy przeżyć. Więc cóż, wybaczamy, że nasz antagonista wygląda jak pierwszy lepszy debil z piekła rodem, że chtoniczni szeregowcy, czyli demogorgony, to jakieś bezsensowne połączenia rosiczki z „Predatorem”. I że dziewczynka, w której kocha się jeden z głównych bohaterów, i która wzrusza nas do łez, bo jest taka biedna i leci jej krew z nosa, potrafi władać Mocą lepiej niż Darth Vader, a potem zapuszcza włosy i zaczyna zachowywać się jak obrażona na wszystkich ciotka o trzech wyrazach twarzy na wszystkie możliwe okazje (z czego dwa są smutne, a trzecie obrażone). Przecież tu nie chodzi o sens tego wszystkiego, a już na pewno nie chodzi o rewolucyjne chwyty aktorskie czy scenariuszowe. Tu chodzi o oglądanie tego, co lubimy. Jeśli zamawiamy sobie ulubionego drinka, powiedzmy że krwawą Mary, to nie spodziewamy się, że za każdym razem barman będzie wymyślał zupełnie nową „krwawą”. A jeśli ta krwawa Mary jeszcze smakuje czymś co nam się kojarzy z rozkoszną przeszłością – wyobrażoną lub nie – to już w ogóle jest cudownie. Nostalgia. Wiadomo. Co więcej – nikt tego nie ukrywał. Dlaczego więc po finale „Stranger Things” pojawiło się tyle płaczów, że zły, że niedobry, że nie taki jak powinien być?

*Reklama

Dziękujemy!

„Stranger Things”, sezon 5., mat. prasowe Netflix

A jaki powinien być?

Nie wiem, czego spodziewali się wybitni koneserzy kina. „Stranger Things” to nie arthouse, tylko hołd dla takich przygodowo-fantastycznych filmów jak „Goonies”, „Labirynt” czy „Niekończąca się opowieść”, osadzonych w klimacie znanych z „Cudownych lat”, które w dzieciństwie tak nam robiły w głowę, że nawet szara i rozwłóczona końcówka peerelu i pierdolnięte w głowę najtisy nabierały głębi i koloru. Nie wiem, skąd wzięły się oczekiwania, że będzie jakaś „bardziej wyrafinowana” końcówka, jeśli przez pięć sezonów nic tego nie zapowiadało. „Stranger Things” ani przez chwilę nie pretendowało do statusu wybitnego dzieła, a oglądało się je dla klimatu, a nie dla fabuły. Oczywiście, można się czepiać, ale trzeba by było to robić już od pierwszego sezonu i cierpliwie się dopierdalać przez całą dekadę. Szczerze mówiąc, ktoś, kto dobrnął aż do samego końca – powinien wiedzieć co robi. I czego nie powinien się spodziewać.

Dziękujemy!
( Muzyka ) ( Andreo Michaelo Mielczarek )

Dlaczego zawsze wracam na Unsound

A czego mógł się spodziewać? Tego, co dostał. Złol zostaje efektownie ukatrupiony, uberzłol również (nie pamiętam już nawet jak, mimo że dopiero co oglądałem, i nie ma to żadnego znaczenia), szeryf znów jest szeryfem, dzieciaki kończą szkołę i pędzą w stronę lat 90-tych całkiem chyżo (przemówienie Dustina z ostatniego odcinka brzmiało jak zapowiedź „Pump up the Volume” z Christianem Slaterem z początku lat dziewięćdziesiątych). Dziewczynka, w której kochał się Mike (a nas wszystkich wzruszała), nadal nas wzrusza, bo albo umarła w ramach wielkiego poświęcenia (chlip chlip) albo może jednak nie umarła (o rany, słońce świeci), tylko zamieszkała na jakimś zadupiu na Islandii. Podarowano nam również garść symboli, o których możemy sobie myśleć przed zaśnięciem albo w komunikacji publicznej (dwa wodospady, a nie trzy itd.) oraz kilka pięknych obrazków do zapamiętania (Eddie grający solówkę na gitarze pośrodku piekła). Chcieliście czegoś więcej? Zapraszam na festiwal kina irańskiego. Tym bardziej, że temat znów na czasie.

A jak już się zgadało – to precz z ajatollahami i niech żyją dzielni irańscy protestujący i protestujące. A protestują przecież między innymi dlatego, że oni też, tak jak my, wirtualnie chodzili do tej samej amerykańskiej szkoły ze „Stranger Things”. Tyle że oni nielegalnie, a my legalnie. I oni też chcą legalnie.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.