Superstar z Portoryko. Bad Bunny
( 17.02.2026 )
Jeśli tropikalizacja ma na celu jedynie dostarczanie tandetnej rozrywki, Bad Bunny szczęśliwie uniknął tej pułapki i wystawił na swojej plaży konia trojańskiego. Tworzy bowiem proste taneczne bity, w których przemyca subtelne treści polityczne, docierające do masowego odbiorcy.
Bad Bunny – latynoski król ambiwalencji
Za nami Super Bowl LX, najpopularniejsze amerykańskie wydarzenie sportowe roku, oraz obłędny, jedyny w swoim rodzaju medialny spektakl, który oglądają miliony widzów z całego świata. Wbrew pozorom nie są to wyłącznie fani amerykańskiego futbolu. Popularność rozgrywek jest ogromna dzięki oprawie muzycznej oraz najbardziej wyczekiwanej części tego sportowego widowiska, Halftime Show, na który co roku zapraszane są gwiazdy światowego formatu. Tym razem publiczność bawiła się do muzyki jednego z najbardziej rozpoznawalnych artystów młodego pokolenia – Portorykańczyka Benito Antonio Martíneza Ocasio, znanego pod pseudonimem Bad Bunny.
To postać budząca wiele kontrowersji – i to na wszystkich możliwych polach. Do niedawna dzielił słuchaczy na dwie grupy: tych, którzy z oddaniem bujali się do jego ulicznych melodii, i pozostałych, których algorytmy Spotify były zbyt zajęte eksplorowaniem innych gatunków muzycznych. Ci pierwsi jednak przeważyli i Zły Królik przez trzy lata z rzędu (2020, 2021, 2022) całkowicie dominował globalne listy odtworzeń na Spotify, a jego kariera nabierała rozpędu. Wraz z rosnącą rozpoznawalnością artysty pojawiła się kolejna grupa odbiorców: były to osoby, które podważały jakość jego twórczości, zarzucając mu m.in. ordynarność, mizoginię i brak talentu wokalnego – poważne zarzuty, które jak widać nie przeszkodziły Królikowi w odniesieniu sukcesu. 31-letni artysta nie jest aniołem i ma swoje za uszami, ale do jego utworów, w których hedonizm i erotyka są na pierwszym planie, bawią się młodzi na całym świecie. Niedawno Bad Bunny zyskał rzesze wiernych fanów i na stałe wszedł do kanonu muzyki imprezowej.
Koń trojański w rytmach reggaetonu
Jego twórczość od kilku lat nabiera lokalnego kolorytu, a Bad Bunny coraz częściej decyduje się na otwarcie polityczny przekaz. Przełomowa statuetka Grammy za najlepszy album w 2025 roku oraz występ na Super Bowl to zwieńczenie starań artysty, by podejmować społeczne wątki w swojej sztuce. Jawna krytyka imperializmu Stanów wobec krajów południowoamerykańskich, którą uprawia w muzyce jak i w social mediach, sprawiła, że zaczął być postrzegany jako „latynoski głos oporu” płynący z wnętrza amerykańskiego mainstreamu. Oczywiście nie wszyscy są z tego powodu zadowoleni i słusznie zauważają, że Bad Bunny jest w gruncie rzeczy kolejnym produktem amerykańskiego przemysłu muzycznego, dobrze sprzedającym się obrazem stereotypowego Latynosa, takiego jakiego chcą widzieć i słuchać gringos. Przedstawianie Latynosów jako ludzi „gorących”, wiecznie radosnych i tańczących na rajskich plażach z piña coladą w dłoni nieuchronnie redukuje ich wizerunek do zestawu łatwo rozpoznawalnych i egzotyzujących znaków. To tak zwana „tropikalizacja”, i nie polega ona wcale na całkowitym wymazaniu „obcego” z mainstreamu, lecz na jego kontrolowanej ekspozycji. Tego rodzaju widowisko tylko pozornie celebruje odmienność. Co więcej, mechanizmy tropikalizacji odciągają uwagę świata od realnych problemów społeczeństw latynoskich. Na tym polega paradoks reggaetonu – stylu muzycznego, na którym wybił się Bad Bunny.
Artysta z początku rozwijał karierę, bo tworzył muzykę taneczną, która była wulgarna i traktowała kobiety przedmiotowo, lecz pozostawała nieszkodliwa politycznie. Koncept „latynoskości” (latinidad) jest dzisiaj chodliwym towarem eksportowym, wobec czego staje się także narzędziem komercjalizacji. Rodzi się zatem pytanie: czy główny beneficjent systemu może być autentycznym kontestatorem statusu quo? Jeśli tropikalizacja ma na celu jedynie dostarczanie tandetnej rozrywki, Bad Bunny szczęśliwie uniknął tej pułapki i wystawił na swojej plaży konia trojańskiego. Tworzy bowiem proste taneczne bity, w których przemyca subtelne treści polityczne, docierające do masowego odbiorcy. W utworze „El Apagón” z 2022 roku, którego tytuł nawiązuje do nawracających przerw w dostawie prądu na Portoryko, posługuje się stereotypowym obrazkiem tropikalnej wyspy i zestawia go z wrażliwym społecznie reportażem lokalnej dziennikarki Bianki Graulau. 23-minutowa produkcja przeplata piękne krajobrazy wyspiarskie i radosne sceny uliczne z krytycznym komentarzem, w którym obnażane są nierówności i mechanizmy gentryfikujące Portoryko. W utworze z nowego albumu LO QUE LE PASÓ A HAWAii (Co się stało z Hawajami) ponownie wraca do tematu, śpiewając: „Chcą mi odebrać rzekę i plażę też, chcą mojej dzielnicy, i żeby babcia się wyniosła”.
Waleczne perreo
Pierwsze oznaki jego zaangażowania społecznego pojawiły się już w 2018 roku, w utworze „Estamos bien” (Mamy się dobrze), który wykonał jako gość programu Jimmy'ego Fallona. Stanął na tle zdjęć pokazujących wyspę zdewastowaną przez huragan Maríę i powiedział wprost do kamery: „Zginęło ponad trzy tysiące osób, a Trump wciąż zaprzecza faktom”. Rok później aktywnie uczestniczył w masowych protestach na Portoryko przeciwko ówczesnemu gubernatorowi Ricardo Rosselló, kiedy ujawniono prywatne wiadomości polityka zawierające homofobiczne komentarze oraz pogardliwe wypowiedzi na temat ofiar huraganu. Skandal unaocznił uprzywilejowanie elit i ich brak zrozumienia dla doświadczeń reszty Portorykańczyków.
W odpowiedzi na te wydarzenia Bad Bunny i inni portorykańscy artyści stanęli w obronie obywateli, domagając się dymisji Rosselló. W ciągu zaledwie jednej nocy nagrali wraz z Residente i iLe utwór „Afilando los cuchillos” (Ostrząc noże), który prędko stał się hymnem ulicznych demonstracji. Benito rapuje w nim o korupcji i o tym, że naród nie pozwoli się już więcej oszukiwać. Wraz ze starszym o dwie dekady Residente zawarli międzypokoleniowy sojusz artystyczny, obiecując fanom, że jeśli gubernator odejdzie, nagrają wspólnie kolejną piosenkę, tym razem w konwencji perreo – silnie związanej z reggaetonem praktyki tanecznej opartej na intensywnej i rytmicznej pracy bioder. Choć historycznie perreo było na wyspie marginalizowane ze względu na swoją wulgarność, podczas protestów stało się performatywną deklaracją suwerenności ciała wykorzystaną przez lokalne kolektywy feministyczne. Setki osób dołączyły wówczas do historycznego maratonu „perreo combativo” (walecznego perreo) na schodach katedry w San Juan. Po dymisji gubernatora artyści zgodnie z obietnicą opublikowali utwór „Bellacoso”, którego teledysk nawiązuje do tamtych wydarzeń.
Komercjalizacja oporu
O tym, że kapitalizm „pochłania” bunt i czyni z niego kolejny wyprany z przekazu towar, wiemy nie od dziś. Ten temat podejmowali znacznie starsi Portorykańczycy, członkowie kultowego rockowego zespołu Fiel a la Vega, dosł. Wierni Vedze, czyli miejscowości, z której pochodzi sam Bad Bunny. „Koleś spaceruje w koszulce z Che Guevarą, biedny Che nie wie, że skończył, generując potężny kapitał” – śpiewają w utworze „Canción en la arena” (Piosenka na piasku) z 1999 roku. Pomimo zupełnie innej wrażliwości muzycznej, wokalista zespołu Tito Auger przyjął zaproszenie na jeden z koncertów Bad Bunny’ego w stolicy wyspy, San Juan. Wykonał utwór „LO QUE LE PASÓ A HAWAii”, i w ten sposób symbolicznie przekazał pałeczkę młodszym artystom, dla których miłość do wyspy, doświadczenie kolonialnej zależności wobec Stanów oraz pragnienie sprawczości są tak samo ważnymi tematami. Obecność Augera na scenie wykraczała więc daleko poza ramy gościnnego występu. Stanowiła symboliczne spotkanie dwóch pokoleń, dla których portorykańska kultura oporu wyrażana jest za pomocą odmiennych kodów estetycznych: z jednej strony ukształtowany w latach 90. rock, a z drugiej współczesny, zanurzony w globalnym obiegu reggaeton.
Część obserwatorów postrzega występ Benito na Super Bowl jako jeden z największych aktów „tropikalizacji” w historii, jednak niesprawiedliwe byłoby odbieranie mu sprawczości. To nie NFL „stropikalizowało” swoje show pod masowego widza, to Bad Bunny dokonał kulturowej aneksji stadionu podczas najważniejszego święta amerykańskiego sportu. Dał powód do dumy milionom osób w Ameryce, których pierwszym językiem jest hiszpański. Nie odrzucił stereotypowej egzotyczności, lecz wykorzystał te tropikalne kody w taki sposób, aby wszyscy mogli dostrzec pęknięcia w imperialnej narracji Stanów. Dla jednych podsumowanie spektaklu okrzykiem „Boże, pobłogosław Amerykę” – w którym wymienił państwa Ameryki Południowej, Środkowej i dopiero na końcu Północnej – jest przykładem bezpiecznego i inkluzywnego panamerykanizmu na usługach imperium. Dla innych ten taneczny korowód z flagami amerykańskich państw był przypomnieniem, że hegemonia Stanów nie musi trwać w nieskończoność, a idea panamerykańskiej jedności nie wyklucza dyskursów niepodległościowych. Zawężenie i zawłaszczenie pojęcia „Ameryki” przez Stany Zjednoczone wytykało już wcześniej wielu innych latynoskich artystów, m.in. wspomniany już Residente – przyjaciel i źródło inspiracji dla Bad Bunny’ego – w swoim utworze „This is (not) America” z 2022 roku. Dużo wcześniej robili to też Meksykanie z zespołu Los Tigres del Norte, którzy w utworze „Somos más americanos” (Jesteśmy bardziej amerykańscy) z 2001 śpiewali : „Chcę przypomnieć Gringo, że to nie ja przekroczyłem granicę, to granica przekroczyła mnie”, robiąc aluzję do przegranej wojny meksykańsko-amerykańskiej (1846–1848), w wyniku której Meksyk utracił na rzecz USA ponad połowę swojego terytorium. „Spójrzmy w przeszłość, jesteśmy bardziej amerykańscy niż syn Anglosasa” – śpiewają dalej.
Na ramionach olbrzymów
Późny kapitalizm to epoka sprzeczności. Krytyka społeczna nie wyklucza konsumpcjonizmu, te dwa zjawiska często są ze sobą splecione. Rewolucyjne hasła funkcjonują jako motywy na koszulkach szytych w warunkach wyzysku, książki o socjalizmie są wydawane przez liberalne wydawnictwa, a antysystemowa muzyka dystrybuowana jest za pośrednictwem globalnych platform pokroju Spotify. Krytycy Bad Bunny’ego paradoksalnie robią mu więc tylko przysługę, przyczyniając się do szumu medialnego wokół jego postaci. On sam nie jest rewolucjonistą w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, nie przewraca stołka, lecz stoi na nim i pewny siebie odmawia śpiewania po angielsku w momencie symbolicznym dla amerykańskiego nacjonalizmu. Być może, zamiast zastanawiać się nad tym, czy wypada go w ogóle porównywać do ikon latynoskich protest songów lat 60. i 70., powinniśmy przyjrzeć się zamieszaniu, jakie wywołał.
Nie musiał ryzykować i podejmować na swojej najnowszej płycie „DeBÍ TiRAR MáS FOToS” (Powinienem był robić więcej zdjęć) tematów politycznych. Przeciwnie, jego silna pozycja rynkowa umożliwiała mu pozostanie w bezpiecznej sferze czystej rozrywki. W tym sensie decyzja o śpiewaniu jawnie zaangażowanych tekstów ma duży ładunek polityczny. Bez względu na nasze osobiste sympatie i indywidualne gusta muzyczne, Bad Bunny jest potężnym symbolem. Siła jego twórczości nie leży bowiem w radykalnych tekstach, tylko w pozycji, którą zajmuje we współczesnym amerykańskim przemyśle muzycznym jako artysta śpiewający tylko i wyłącznie po hiszpańsku. Jego sukces realnie przesuwa granice widzialności Latynosów w Stanach, z czego mogą skorzystać wszystkie mniejszości. Kolejne pokolenia artystów będą renegocjować jego dziedzictwo według własnych potrzeb. Historia muzyki portorykańskiej i nie tylko pokazuje, że fenomen Bad Bunny’ego nie wziął się znikąd. Na jego sukces zapracowali w równym stopniu wszyscy jego poprzednicy, którzy tak jak Ricky Martin nieśmiało wrzucali do swoich przebojów hiszpańskie ozdobniki. Latynoscy wokaliści od lat podbijają globalne rynki muzyczne, a wbrew retoryce Trumpa język hiszpański nie przybył do Stanów z zewnątrz. Czekał na swój moment, tłamszony przez amerykański ekspansjonizm, i oto wybrzmiał w pełnej okazałości.