Święta Dolly. Wszyscy kochali Dolly Parton
( 31.08.2026 )
Gdy w wywiadach zaczepiano ją o osobiste preferencje polityczne, reagowała asekuranckim wyznaniem, że kocha tak samo wszystkich swoich fanów i nie chce nikogo urazić. Gdy zmarła, pożegnało ją czterech byłych prezydentów i jeden urzędujący. Dolly Parton mogła się sprytnie wyłgać od jednoznacznych afiliacji, ale przecież nigdy nie była apolityczna, a po jej śmierci jedno pytanie wybrzmiewa szczególnie często. Kto będzie teraz godził Amerykę?
„Trudno sobie wyobrazić osobę, która zrobiła więcej niż Dolly Parton” – tak rozpoczął swoje pożegnanie w serwisie X Barack Obama. A potem nastąpiła klasyczna litania zasług. Dziewczyna, która dorastała w kompletnej nędzy, zdobyła jedenaście statuetek Grammy, nagrodę Emmy, zarobiła miliony, za które nauczyła dzieci czytać i dzięki którym powstała szczepionka przeciwko COVID. „Co za życie. Michelle i ja jesteśmy myślami z rodziną i fanami Dolly” – kończył Obama. Z kolei Bill Clinton pisał: „Dolly Parton była wielką kompozytorką i performerką, która opowiadała o codzienności zwykłych Amerykanów autentycznie, z pokorą i uczuciem. Hillary i ja zobaczyliśmy ją po raz pierwszy na żywo jeszcze w 1974 roku. Zawsze będę jej wdzięczny za muzykę i związane z nią wspomnienia”. George i Laura Bushowie też wydali oświadczenie: „Uwielbialiśmy jej piosenki i styl. Była świetną performerką i jeszcze lepszym człowiekiem”. Joe Biden z kolei ujął sprawy tak: „Żyła zgodnie ze swoimi wartościami, miała w sobie polot i żar. Była pionierką w każdym znaczeniu tego słowa, a miliony ludzi na całym świecie będą za nią tęsknić”. Donald Trump? Najpierw wykazał się zaskakującą klasą i polecił opuścić flagi do połowy masztów w całych Stanach Zjednoczonych, dodając, że: „Drugiej takiej jak ona nie było. I nigdy nie będzie”. A później opublikował wygenerowany przez sztuczną inteligencję obrazek, na którym on i Dolly Parton, pod rękę, spacerują po Białym Domu… I nawet jeśli nie jest to najgłupszy post opublikowany pod nazwiskiem Trumpa w tym roku, wielbiciele i wielbicielki gwiazdy country nie podarowali prezydentowi USA nietaktownego wybryku. Większość przypominała, że Parton dwukrotnie odmówiła przyjęcia Prezydenckiego Medalu Wolności, najwyższego cywilnego odznaczenia w Stanach Zjednoczonych, którym Trump próbował ją wyróżnić podczas swojej pierwszej kadencji. Dolly Parton trzymała się z daleka od polityków, nie pozwalała, by ich działania wpływały na odbiór jej muzyki. I gdy mówiła, że kocha wszystkich swoich fanów, doskonale zdawała sobie sprawę, że ta miłość będzie tak długo odwzajemniana, jak długo Parton nie ulegnie pokusie, by opowiadać publicznie, na kogo głosuje w wyborach. I w ogóle nie chodzi o to, że przecież można się było domyślić. To zupełnie drugorzędne. Najistotniejszy pozostaje fakt, że w historii Dolly Parton realizowało się to skrajnie wyidealizowane przekonanie o muzyce, która jednoczy ludzi o odmiennych poglądach i doświadczeniach. Wszyscy kochali Dolly Parton, bo każdy miał za co.
Dolly Parton, lata 60.
Rzeczniczka niewidzialnych
Mogła unikać wiążących politycznych deklaracji, skoro i tak zaznaczała swoją obecność w świecie wyraźnymi gestami. Wystarczyło zajrzeć jej w piosenki i do szafy, żeby wiedzieć, kto znajdzie w Parton sojuszniczkę. Miała odwagę nagrywać autorskie country w czasach, gdy kobiety w Nashville co najwyżej śpiewały chórki. Mogły być estetycznym dodatkiem, w stereotypie ponętnego blond kociaka, ale nikt im nie wróżył autonomicznych karier. Dolly Parton też nie wróżono sukcesu. Mimo że była naturalnie muzykalna, własne melodie wymyślała jeszcze jako kilkuletnie dziecko, a pierwszy profesjonalny kontrakt podpisała w liceum. W 1967 roku Porter Wagoner – muzyk, niezwykle wpływowa postać na scenie country – zaprosił dwudziestojednoletnią wówczas Parton do swojego programu telewizyjnego. Nie przewidział, że ambicje dziewczyny wykraczają daleko poza usłużną obecność w zespole władczego mentora. Wagoner zwalniał i zatrudniał kolejne wokalistki, namaszczał aspirujące debiutantki, kończył ich kariery, gdy na horyzoncie pojawiała się nowa fotogeniczna buzia. „Nie potrzebował mnie, jego program odnosił sukcesy od wielu lat. Ale i spodziewał się kogoś innego. Kiedy zatrudniał mnie jako wokalistkę, myślał, że zatrudnia kształtną, ładną dziewczynkę. A ja byłam poważną kompozytorką. Nie wiedział tego. Byłam artystką, która poważnie traktowała występowanie na scenie. Nie wiedział tego. Nie wiedział, ile miałam marzeń” – mówiła w jednej z rozmów z amerykańskim dziennikarzem radiowym, Jadem Abumradem, twórcą podcastu „Dolly Parton’s America” (Ameryka Dolly Parton). To Porter Wagoner powiedział Dolly Parton, że żadne radio nie zagra jej piosenek, bo są zbyt mroczne i smutne, ubabrane w beznadziei, zamiast krzepić skocznym refrenem. Parton lubiła skręcić w specyficzną estetykę Southern gothic i opowiadać o codzienności wykluczonego ekonomicznie Południa językiem powieści grozy. W „Down From Dover” śpiewała o ciężarnej dziewczynie, która czeka, aż ojciec dziecka wróci z tytułowego Dover, a ostatecznie – wciąż porzucona – rodzi martwe dziecko. Bohaterką „The Bridge” też jest młoda kobieta w ciąży, również samotna, która kontempluje samobójstwo. „Pochodziła z Appalachii – miejsca równie owianego mitami, wyśmiewanego i niezrozumianego jak sama Dolly. Ludzie stamtąd rzadko mogą zabrać głos. Są postrzegani przez pryzmat stereotypu „białego śmiecia” z czerwonych stanów. Zbyt rasistowscy, by można ich było zrehabilitować. Ale i zbyt głupi, by traktować ich jako poważne zagrożenie” – pisała niedawno Tressie McMillan Cottom, felietonistka „The New York Times”, w swoim artykule „Łatwo było kochać Dolly. Dużo trudniej było ją zrozumieć”. Śpiewając o codziennych wyzwaniach ludzi ze swoich rodzinnych stron – tak biednych, że ojciec Dolly zapłacił lekarzowi obecnemu przy narodzinach dziewczynki, czwartej z dwunastki rodzeństwa, workiem mąki kukurydzianej – artystka nadawała podmiotowość wyklętej, niewidzialnej części Ameryki. Korzystała z retoryki właściwej dla klasycznych folkowych bardów i tak jak oni wchodziła w rolę rzeczniczki tych, których nikt nie słucha. Polityczne? Oczywiście.
Dolly Parton i Barbara Walters, 1977
Duży biust, marny gust?
Wywiady zaczynała od zadziornego żartu. „Pytaj, o co tylko chcesz” – rzucała do dziennikarza czy dziennikarki. „A ja powiem ci tylko tyle, ile będę chciała”. W artykułach, które pojawiły się w amerykańskiej prasie zaraz po śmierci muzyczki, wybrzmiewa wspólna refleksja, że Dolly Parton z wręcz paranoicznym uporem kontrolowała publiczną opowieść o sobie. Wiedzieliśmy o niej tyle, ile pozwalała wiedzieć. Widzieliśmy ją tak, jak chciała być widziana. Trzeba pamiętać, że Parton wkraczała w dorosłość, obserwując rozpędzone już kariery Marilyn Monroe czy Elizabeth Taylor, które media traktowały protekcjonalnie. Zdawała sobie sprawę, że kobieta w show-biznesie jest zakładniczką wizerunku, który samowolnie stworzą jej dziennikarze. Będzie seksowną głuptaską. Albo demoniczną femme fatale. Mężczyźni, którzy rządzili branżą rozrywkową – wytwórniami muzycznymi w Nashville, studiami filmowymi w Los Angeles – nie traktowali Parton poważnie. Podważali jej talent, kompetencje, zmysł biznesowy. „Wielu facetów myślało, że jestem tak głupia, na jaką wyglądam” – opowiadała z właściwym sobie wdziękiem w programie telewizyjnym „60 Minutes”. „Tylko że ja wyglądam jak kobieta, ale myślę jak mężczyzna, co w tym biznesie okazało się bezcenne. Bo kiedy ci wszyscy goście trwają w przekonaniu, że kompletnie nie rozumiem, o czym do mnie mówią, ja już czmycham z ich kasą”. Wielokrotnie robiono z niej rozchichraną trzpiotkę w cekinach i natapirowanej peruce. Duży biust, marny gust? „Nie lubię wyglądać jak inni. Zawsze mówiłam, że nie zniżę się do bycia po prostu modną. To najprostsze, co możesz zrobić” – mówiła w ultrapopularnym show Barbary Walters, ubrana w błękitny kostium, z wielkim kwiatem wpiętym we włosy. „Gdy mija pierwszy wstrząs związany z tym, jak niedorzecznie wyglądam, ludzie dostrzegają te warstwy mnie, które warto docenić. Jestem prawdziwa – w tym, jak postrzegam świat, jak troszczę się o innych, jak zależy mi na sobie. Oczywiście, że ludzie ze mnie szydzą, ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, a ja doskonale wiem, co robię. Wiem, kim jestem. Wiem, że mam talent. Jestem zadowolona z życia. I bardzo lubię siebie”. Jedna z anegdot, które kochała opowiadać, dotyczyła konkursu na najlepszą sobowtórkę Dolly Parton. Organizowano go akurat w gejowskim barze nieopodal jej domu w Santa Monica, więc podkręciła stylizację i zgłosiła się do zawodów na osobę najbardziej przypominającą siebie. Przegrała. Z mężczyzną.
Dolly Parton, 2022
Kowboje i drag queens, czyli wszyscy kochają Dolly
Swój debiutancki album „Hello, I’m Dolly” wydała późnym latem 1967 roku. W latach 70. nagrywała bardzo dużo, w każdym roku wychodziły dwie, czasem nawet trzy nowe płyty Dolly Parton. Konsekwentnie, refren po refrenie, odhaczała kolejne wysokie pozycje na listach przebojów z muzyką country. Publiczność kochała jej głos. Sopran, pełen światła i werwy, tak plastyczny, że można go było wypełniać emocjami o dowolnym kolorycie i natężeniu. Mieścił w sobie feministyczny gniew „9 to 5”, dramat koniecznego pożegnania z miłością z „I Will Always Love You”, wreszcie desperację „Jolene”. Ale Dolly Parton, o czym mówiła w tej samej rozmowie z Barbarą Walters, nie chciała być wyłącznie piosenkarką country, a gwiazdą pop. Onieśmielająco sławną, nieprzyzwoicie bogatą. „Z country da się wyciągnąć 500, może 600 tys. dolarów rocznie. A co gdybym mogła zarabiać miliony? Jeśli masz talent i kochasz to, co robisz, to dlaczego nie miałabyś powalczyć o znacznie więcej ludzkich serc? To zawsze było moje największe marzenie, żeby nieść szczęście jak największej liczbie osób. Gdziekolwiek się nie pojawię, niech wszyscy wiedzą, że to jest ta Dolly Parton, która pisze świetne piosenki” – opowiadała.
Jedną z najlepszych decyzji biznesowych podjęła, gdy odmówiła Elvisowi Presleyowi. Presley w 1974 roku chciał nagrać własną wersję „I Will Always Love You”, ale łasił się też na połowę praw autorskich do kompozycji Parton. Wciąż zarobiłaby sporo, ale nie aż tyle, ile ostatecznie przyniosła jej piosenka, w tym nieśmiertelne wykonanie Whitney Houston, którym promowano film „Bodyguard”. Dolly Parton spełniła marzenia o nieprzyzwoitej fortunie, którą z wrodzonej przyzwoitości chętnie się dzieliła. Stworzyła program edukacyjny dla dzieci z biednych rodzin. Opłacała studia osobom pracującym w Dollywood, parku rozrywki, który był bardzo ważną częścią jej multimilionowego imperium. Wspierała finansowo szpitale dziecięce, programy leczenia nowotworów czy AIDS. Sfinansowała badania nad szczepionką przeciwko koronawirusowi, a gdy Moderna trafiła na rynek, nagrała wideo, w którym sama przyjmuje zastrzyk, podśpiewując „Vaccine, vaccine, vaccine…” na melodię „Jolene”. Jak można było jej nie kochać? Niektórzy nazywali ją Świętą Dolly. Z jednej strony żarliwie wierząca, z drugiej z równym zapałem wypowiadała się o potrzebie równych praw dla osób LGBT+. Na jej koncertach gość w kowbojskim kapeluszu, który najpewniej zostawił konfederacką flagę w bagażniku swojego czerwonego Chevroleta Silverado, stał obok gościa w pełnym dragu. Ale o potędze Dolly Parton tak samo świadczą jej zdolności godzenia skonfliktowanych światów, jak i supermoce kompozytorskie. Sensacyjna plotka niesie przecież, że swoje dwie największe piosenki, „I Will Always Love You” i „Jolene”, napisała tego samego dnia. A ty co dziś zrobiłeś?