Tańczą mimo wojny. Czym dla osób artystycznych z Ukrainy jest 24 lutego?
( 24.02.2026 )
Dzień dwudziestego czwartego lutego 2022 roku na zawsze zapisał się w historii nie tylko Ukrainy, ale i świata. To był moment, w którym wielu z nas przekonało się, jak kruche i dwuznacznie jest pojęcie światowego pokoju. Szczególnie dotkliwie odczuła to Europa – tuż obok rozpoczęła się pełnoskalowa wojna Rosji przeciwko Ukrainie.
Nigdy nie zapomnę dnia, w którym zaatakowano mój kraj – a właściwie emocji, które mi wówczas towarzyszyły. Doświadczyłam prawdziwego emocjonalnego rollercoastera – to była traumatyczna podróż.
Wieczorem 23 lutego 2022 roku spełniałam największe marzenie mojego życia – tańczyłam w performansie multidyscyplinarnego artysty Rashaada Newsome’a „Assembly” w Park Avenue Armory w Nowym Jorku. Mieliśmy dziesięć pokazów, tego dnia był trzeci. W swoim solo łączyłam hopak, ukraiński taniec narodowy z voguingiem. Efektem była nieoczekiwana mieszanka stylów, nowatorski eksperyment. Byłam jedną z trzech zaproszonych tancerek spoza Stanów. Moim zadaniem było pokazanie, że voguing jako kod kulturowy już dawno przekroczył granice Stanów Zjednoczonych, że ma uniwersalny przekaz, wobec czego da ię go łączyć się z kulturami na całym świecie.
„Assembly”, 2022, Park Avenue Armory, fot. Stephanie Berger
Miałam czerwone usta, mocne czerwone oko i szeroki uśmiech. Tańcząc w tej ogromnej, historycznej przestrzeni przed setkami widzów, czułam spełnienie i radość. Po zakończeniu trzeciego show zebrałam się, pożegnałam z ekipą i zamówiłam taksówkę do hotelu. Wsiadłam do auta, wciąż przeżywając te emocje. Wyjęłam telefon, włączyłam internet i nagle wszystko się zatrzymało. Setki wiadomości, filmiki, zdjęcia, nieodebrane połączenia.
Zaczęła się wojna
Poczułam, że całe moje ciało drętwieje. Ogarnął mnie paraliżujący strach, czułam, że przechodzę atak paniki. Zobaczyłam nagrania wybuchów w całym kraju. Nie mogłam dodzwonić się do rodziny. Zaczęłam płakać. Radość po udanym występie w jednej chwili zamieniła się w rozpacz. Tego momentu nie zapomnę do końca życia. Dla wielu osób z Ukrainy i nie tylko ten dzień stał się początkiem doświadczeń o intensywności, której wcześniej nie potrafili sobie nawet wyobrazić.
Tej nocy nie spałam. Rano następnego dnia poszłam na protest w Nowym Jorku. Poczułam wtedy cień ulgi – nie byłam w tym sama. W tłumie ludzi przeżywających podobne emocje poczułam siłę wspólnoty. Razem było łatwiej nieść ten ciężar. Niebiesko-żółte flagi widoczne na całym Manhattanie uspokajały, a jednocześnie wzbudzały rozpacz. Tego samego dnia miałam ponownie wystąpić. Czułam brak snu, moja twarz była spuchnięta od nieustannego płaczu, ciało ledwo dawało radę. Kiedy weszła do teatru, doświadczyłam ogromnego wsparcia. Nawet te osoby, dla których była to wojna „gdzieś daleko”, zrozumiały, że to realny konflikt. To dodało mi sił. Wiedziałam, że muszę nie tylko wyjść na scenę, ale też wykorzystać ten moment, by przygotować ważny artystyczny statement. Poprosiłam o zmianę makijażu. Zamiast czerwonych ust i zrobionych na czerwono oczu zrobiono mi flagę Ukrainy na pół twarzy. Kiedy tańczyłam swoje solo, zamiast wcześniejszego uśmiechu miałam oczy pełne łez. Nie tylko ja wtedy płakałam – widziałam łzy w oczach widzów siedzących w pierwszym rzędzie.
Nowy Jork, 24.02.2022
Wtedy poczułam, jaką moc mogą mieć tego rodzaju wystąpienia. Jak sztuka może reagować na aktualne wydarzenia polityczne, jak może budzić emocje i przywoływać zbiorową empatię. W tamtym momencie był to mój jedyny możliwy akt oporu: protest poprzez sztukę. Miało to dla mnie podwójną wartość. Wykorzystując elementy ukraińskiego tańca narodowego, mówiłam „nie” rosyjskiemu imperializmowi, który przez stulecia próbował niszczyć ukraińską kulturę, język i tożsamość. Pokazując ten element swojej tradycji za oceanem, miałam poczucie, że zostawiam ślad – że ta kultura nie zniknie. Tak jak inne osoby artystyczne z Ukrainy, którzy pokazują elementy kultury narodowej poza granicami kraju. Każda i każdy walczy na swój sposób.
Anna Borsuk
Tego samego dnia, kiedy przeżywałam ten tragiczny moment w Nowym Jorku, Anna Borsuk budziła się w Kijowie. Do mnie wojna przyszła przez ekran telefonu. Do niej – przez dźwięk eksplozji. Dziś Anna mieszka w Warszawie i jest częścią tutejszej sceny artystycznej, kreatywną dyrektorką i pomysłodawczynią klubu K-Bar Powiśle. To ukraińska DJ-ka pochodząca z Kijowa, od lat związaną z warszawską sceną klubową. Jej miks nagrany dla brytyjskiego „Mixmag” został uznany za jeden z najlepszych w 2023 roku. Współtworzy kolektywy i autorskie cykle wydarzeń, budując przestrzenie dla wschodnioeuropejskich artystów i lokalnej sceny. Dla niej klub to nie tylko muzyka – to wspólnota, wolność i narzędzie oporu. Pierwsze chwile pełnoskalowej wojny wspomina tak:
– To był moment po COVID-zie. Pojechałam do Ukrainy, żeby załatwić prywatne sprawy w Kijowie, zrobić badania i przyjąć drugą szczepionkę. Wieczorem miałam spotkać się z przyjaciółką z dzieciństwa na piwo. Powiedziała mi tylko: „Uważaj, w nocy mogą być jakieś zamieszki”. Wróciłam do domu, przekazałam to mamie. Ostatecznie przełożyłam spotkanie na następny dzień, bo byłam zmęczona. Już nigdy nie udało się nam się spotkać na spokojnie. Około piątej rano obudziła mnie mama: „Zaczęła się wojna. Wstawaj”.
– Uważam, że nie da się w pełni zrozumieć, czym jest wojna, dopóki się jej nie dotknie i nie zobaczy na własne oczy. Pierwszy dzień to był totalny chaos. Ludzie wykupywali wszystko ze sklepów, nikt nie był na to przygotowany. Zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz, czy przeżyjesz. Mama kazała mi wracać do Polski. Powiedziałam, że nigdzie nie pojadę bez niej i siostry. Po dwóch tygodniach zdecydowałyśmy się na wyjazd, ale było już bardzo trudno. Most przez Dniepr, którym musiałybyśmy przejechać na dworzec, był zaminowany. Wyjazd z Kijowa był koszmarem. Wszędzie żołnierze z bronią, napięcie, strach. Każdy walczył o przetrwanie. Cudem dostałyśmy się do pociągu do Lwowa – jechałyśmy nim 12 godzin. W pociągu obok mnie siedziała starsza pani, która opowiedziała mi całe swoje życie. Było mi jej tak szkoda, że jechała sama. Kiedy dotarłyśmy do Lwowa, zabrałam ją ze sobą do ludzi, których my też nie znałyśmy, bo nie chciałam zostawić jej samej na dworcu. Mama powiedziała, że jestem wariatką. Najtrudniejsze było wydostać się ze Lwowa do Polski. Wszyscy ratowali matki z małymi dziećmi. To była walka o życie. Ale po trzech dniach dotarłyśmy do Polski.
Droga z Kijowa do Lwowa, fot. Anna Borsuk
Kiedy pytam ją o wspólnotę i o to, co pozwala ludziom przetrwać w takich warunkach, wraca do sierpnia zeszłego roku:
– Byłam wtedy w Kijowie na festiwalu Brave w Dzień Niepodległości Ukrainy. Tam wszystko odbywa się teraz w trakcie dnia, od północy do piątej rano jest godzina policyjna. Pojechałam, żeby zobaczyć, jak to wydarzenie działa od strony produkcyjnej. To był trudny moment w moim życiu, miałam wtedy jedno z największych załamań. Ale w trakcie festiwalu zobaczyłam, jak wysoki jest poziom współczesnej sztuki ukraińskiej. Jakich mamy artystów. Jak to wszystko jest zorganizowane. Ludzie nie mają warunków do pracy, a mimo to społeczność łączy się i robi coś tak profesjonalnego, tak pięknego. Tańczyłam i byłam przeszczęśliwa. To wydarzenie dało mi siłę do działania. Ci ludzie roztaczali światło wokół siebie bez względu na wojnę. Jestem patriotką Ukrainy.
Brave Factory Festival 2025, fot. Anna Borsuk
W kraju objętym wojną kultura nie znika, tylko zmienia godziny funkcjonowania.
Zmienia logistykę. Zmienia skalę. Ale nie znika. Czasami sama słyszę, jak ludzie nie dowierzają, że w kraju, w którym jest wojna, są imprezy. Dlatego poruszam ten temat z Anną. Czy w czasach kryzysu nadal mają sens i powinny być organizowane?
– Kiedy mówię znajomym spoza Ukrainy, że imprezy odbywają się w dzień, zawsze są zaskoczeni. Tym, że w ogóle są... Sztuka to sposób przekazywania informacji. Bez twórczości nie dałabym rady istnieć, to mój sposób komunikacji. Takie wydarzenia tworzą wspólnotę. Ruch, taniec, muzyka dają poczucie, że żyjesz tu i teraz. Że nie jesteś sam. Jestem już dwanaście lat na scenie undergroundowej. Zakochałam się w tej kulturze, bo jest wolna od uprzedzeń i oceniania. Scena undergroundowa to miłość mojego życia. Imprezy, wydarzenia artystyczne robimy po to, żeby dawać ludziom nadzieję, że nie są sami.
Od lewej: Vladyslav Gryn, Katya Prymak /Richie Beige/ i Taras Gembik, fot Helena Majewska
Nie każdy przeżywał ten moment w tym samym miejscu, co Anna, ale dla wszystkich był on niezapomniany. Vladyslav Gryn, współtwórca kolektywu Galas, również pamięta dzień 24 lutego bardzo wyraźnie.
– To było dla mnie hardkorowe doświadczenie, bo chorowałem wtedy na COVID. Byłem w izolacji, sam w domu w Warszawie. Kiedy się obudziłem, wziąłem telefon do ręki i zobaczyłem, co się dzieje. Izolacja bardzo wpłynęła na to, jak przeżyłem początek wojny. Zrozumiałem, jak ciężko jest przechodzić przez coś takiego w samotności i jak bardzo potrzebne jest poczucie wspólnoty. Chciałem być wśród ludzi, którzy mnie rozumieją. Pamiętam, że w Warszawie od razu zaczęły się protesty. Bardzo mnie bolało, że nie mogłem na nich być. Kiedy wyzdrowiałem, poszedłem do Solidarnego Domu Kultury „Słonecznik”, bez konkretnego powodu. Po prostu chciałem być wśród ludzi, którzy czują ten sam ból. To poczucie wspólnoty dało mi grunt pod nogami. To był pierwszy impuls do stworzenia tego, co robimy do dziś.
Galas Maslyana celebration - Galas we współpracy z Komuną Warszawa, fot. Artur Motolyanets
Vladyslav Gryn od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę działa na rzecz wsparcia osób uchodźczych i migranckich, współtworząc inicjatywy takie jak GALAS, BLYZKIST czy „Słonecznik” przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Jego praktyka łączy kulturę z działaniem społecznym – od wydarzeń performatywnych i kulinarnych po oddolne projekty integracyjne. GALAS powstał jako gest solidarności z Ukrainą, ale z czasem stał się platformą wspierającą inne wykluczane i wykorzeniane społeczności. Dla Vladyslava wspólnota jest więcej niż hasłem, jest codzienną praktyką.
Działania w Domu Kultury „Słonecznik” przy MSN, fot. Yulia Krivich
Pomysł na kolektyw Galas narodził się w Berlinie, podczas Charity Breakfast – wydarzenia, na którym można było zjeść ukraińskie potrawy i przekazać datek na wsparcie ukraińskiej sprawy. Vladyslavowi spodobał się ten format, ale czegoś mu w nim brakowało.
Brakowało mi elementu zabawy. Bo tak naprawdę „having fun” to forma oporu
Jeśli możesz się bawić i śmiać, kiedy nadchodzi tragiczny moment, to znaczy, że masz ogromną siłę. To jest statement: bez względu na wszystko nadal potrafię żyć.
Po powrocie z Berlina do Warszawy zaproponował, że będzie organizował podobne wydarzenia. Tak zaczęły się donation parties – pikniki z muzyką, jedzeniem i zbiórkami pieniędzy na oddolne inicjatywy w Ukrainie, m.in. Kyiv Angels. Pierwsze wydarzenia odbywały się w Domkach Ujazdowskich. Oddolnie. Bez wielkich budżetów. Z potrzeby.
Donation party na Jazdowie, fot. Artur Motolyanets
Podczas rozmowy z Vladyslavem wracam myślami do Nowego Jorku i opowiadam mu o tym, jak sama zastanawiałam się, czy „mam prawo” brać udział w wydarzeniach rozrywkowych. Czy taniec w obliczu wojny nie jest czymś niestosownym. Ale zamknięcie się w domu i patrzenie w sufit nikomu nie pomaga. Vladyslav dodaje:
– My też mieliśmy takie wątpliwości. Próbowaliśmy nadać sens temu „having fun”. Chcieliśmy, żeby to była forma solidarności. Żeby wspierać nie tylko osoby w Ukrainie, ale też wspólnoty tutaj, w Warszawie, wśród osób uchodźczych i mieszkańców miasta. Organizowane przez nas wydarzenia połączyły ludzi, zawiązały się nowe przyjaźnie.
Galas x Jasna1 - Displaced culture charity festival, fot. Artur Motolyanets
Po czterech latach od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w Ukrainie wiele osób wciąż walczy. Po tak długim czasie początkowy szum medialny wokół sytuacji już ucichł. Czasami słyszę, jak ludzie spoza Ukrainy pytają: „Czy ta wojna nadal trwa?”. Niestety – trwa. Naród jest zmęczony, ale nie poddaje się. Bo stawką jest życie, niezależność i przyszłość.
Często wchodzę do mieszkania w Warszawie i zauważam, jak w nim ciepło. W Ukrainie w tym samym czasie wielu mieszkańców przez długie godziny i dni nie ma prądu, a co za tym idzie – ogrzewania i ciepłej wody. Warunki są ekstremalne. A jednak ludzie się trzymają.
Wspólnota i solidarność są siłą, która nie słabnie. To ona pozwala przetrwać. Nawet ten koszmar.