Małgorzata Mycek, „Miecz na młot, na czarownice”

Trzy obrazy i jeden pogrzeb – Biennale Malarstwa „Bielska Jesień” 2025

( 01.12.2025 )

Rozpoczynając pracę nad tym tekstem, nie spodziewałem się, że będzie to tak wielkie wyzwanie logistyczne – mam na myśli nadążanie za medialnym dyskursem, który rozrasta się na wszystkie strony po wygranej Mycek.

„Bielska Jesień” trwa od 1962 roku. Wtedy biennale malarstwa w Bielsku-Białej było organizowane przez Związek Polskich Artystów Plastyków, później zadanie to przejęła Galeria Bielska BWA. Konkurs ma niezwykle inkluzywne zasady – udział mogą wziąć nie tylko studenci i studentki akademii sztuk pięknych, artystki i artyści legitymujący się dyplomem uczelni artystycznej, ale też osoby bez wykształcenia artystycznego, posiadające udokumentowaną działalność w tej dziedzinie. Co więcej, biennale nie posiada ograniczeń wiekowych, a formuła jest otwarta – organizator nie narzuca żadnego tematu.

Tegoroczna, 47. edycja niewiele przypomina swoją poprzedniczkę z roku 2023. Dwa lata temu jury wyróżniło równorzędnym Grand Prix Edytę Hul, Karolinę Jarzębak i Adama Kozickiego. Decyzja ta była odważna – nie tylko wymykała się standardowemu myśleniu o formule konkursu, gdzie osoba wygrywająca może być tylko jedna. Pokazała, że da się wyróżnić trzy zupełnie inne wizje tego, w jaki sposób może się rozwijać polskie malarstwo, porzucając przy okazji politykę rywalizacji. W tym roku powróciliśmy jednak na stare, dobrze już znane tory. Główną nagrodę otrzymał Małgorzata Mycek, drugie miejsce przypadło Damianowi Kuli, trzecie zaś Julii Poziomeckiej.

Wybór laureata Grand Prix mimo wszystko okazał się kontrowersyjny. Od mediów krajowych po lokalne, które z ogromną ochotą pisały o ,,skandalu”. Chcąc dodać całej sprawie wyrazistości, zasięgnęły opinii pewnego profesora (kogo?), który, próbując podważyć jakość dzieł Mycek, nazwał jego obrazy ,,malunkami”. Oczywiście możemy śmiać się z podobnych opinii lub  traktować je jako jeden z wielu głosów w tej dyskusji. Problem, jaki zarysował się na tegorocznej wystawie finałowej Bielskiej Jesieni, jest jednak szerszy i obejmuje mechanizmy recepcji sztuki współczesnej przez konserwatywną część krytyki artystycznej. To zaklęty krąg, z którego wyjść nie sposób. Z jednej strony mamy polskie malarstwo z całym jego formalnym zróżnicowaniem i ideowym rozedrganiem, z drugiej zaś statecznych panów w rozciągniętych blezerkach, którzy za akademickimi tytułami oraz pojęciami „tradycji”, „wartości” i jedynej „prawdy”, ukrywają swój brak otwartości na rozmowę o zmianach i inności, a przede wszystkim o tym, że sztuka nie jest zbiorem spisanych już zasad. Jest w ciągłym procesie poszukiwania siebie i w negocjacji z narzuconym kanonem – a oba te działania podejmuje w swojej twórczości Małgorzata Mycek.

Dziękujemy!

47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2025, widok wystawy finałowej, fot. Michał Maliński, dzięki uprzejmości Galerii Bielskiej BWA

*Reklama

Jeśli śledziliście trwający w polskiej kulturze zwrot ludowy, oczywiste będzie dla was, że trzy nagrodzone obrazy laureata Grand Prix przedstawiają zupełnie inną narrację niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Na pytanie, które tylko z pozoru jest oczywiste – czy polska wieś może zawierać subwersywny pierwiastek – takie dzieła jak Transmutacja, Miecz na młot na czarownice i Upał jak diabli (2024) udzielają bowiem zaskakujących odpowiedzi. Czy polska prowincja – z góry uznawana za silnie konserwatywną, katolicką, zorientowaną na tradycyjne wartości – może być przestrzenią rozwoju dla osobliwej wyobraźni, niedopasowanej do prostych form, dryfującej gdzieś poza mainstreamem? Mycek ukazuje polską ludowość w odmiennych rejestrach, znajdując sobie własne miejsce wśród całej masy współczesnych opowieści o chłopkach, chłopach i wsi. W jego malarstwie podróżujemy między cierpieniem a twórczą, chwilami wręcz dziecięcą radością, oglądamy próby oswojenia na nowo dobrze nam znanej, sielankowej ikonografii. Swojski diabeł już nie przychodzi postraszyć za lenistwo na gospodarstwie – w epoce wiecznych nadgodzin nawet bies w dresach może utkwić w trybikach kapitalistycznej maszyny i, chcąc nie chcąc, zapisać się do KRUS-u. Patrząc na różne, nie tylko nagrodzone dzieła malarza z podkarpackich Radoszyc, trudno nie pomyśleć o przodowniczkach pracy, tak chętnie ukazywanych w propagandowych materiałach z czasów PRL. Jednak tak jak poprzedni ustrój przeminął, tak zmieniły się i same przodowniczki. Zeszły z traktorów, aby bronić wszelkich kłirów spoza miasta – jeśli trzeba będzie, to i mieczem.

Dziękujemy!

Małgorzata Mycek, „Transmutacja”, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Bielskiej BWA

Mitologia transformacji obecna w dziełach artysty nie jest jednak czymś, co odnaleźć możemy tylko w XXI wieku. W siedemnastym tomie „Dzieł wszystkich” Oskar Kolberg wspomina o wilkołaku, który „nie rodzi się sam z siebie jak inne wilki, ale powstaje on z człowieka, którego zaklnie czarownik lub czarownica, i żyje w tym stanie przeobrażenia tak długo, jak mu ona przeznaczy”. Być może właśnie obraz Transmutacja (2024) to kolejne stadium ludowego fantazmatu, w którym trwałość i zmienność są częścią jednej całości. Mycek zostawia nam przestrzeń na myślenie o rzeczach już istniejących, ale jeszcze nienazwanych. Przypomina o tym, że niezwykłość, którą zawsze miała w sobie polska wieś, istnieje nadal, niezależnie od większościowych punktów widzenia, polityki i wprowadzanych ograniczeń społecznych. Jeśli tak ma wyglądać śmierć malarstwa, to ja wybieram się na ten pogrzeb z uśmiechem na ustach i przyzwoitej wielkości wieńcem.

Rozpoczynając pracę nad tym tekstem, nie spodziewałem się, że będzie to tak wielkie wyzwanie logistyczne – mam na myśli nadążanie za medialnym dyskursem, który rozrasta się na wszystkie strony po wygranej Mycek. Niektóre środowiska zażądały, a to ci dopiero niespodzianka, ograniczenia finansowania dla konkursu, ustalenia linii światopoglądowej jury oraz zaznaczenia określonego kierunku konkursu. Czytając niektóre zarzuty, zdaję sobie sprawę, że niektórzy po prostu nie rozumieją podstawowych założeń, na których została zbudowana Bielska Jesień, i że absolutnie nie rozumieją idei konkursu w świecie kultury/sztuki. A biorąc pod uwagę, że każde z nas ma inny bagaż doświadczeń, każdy wybór w rozgrywce opartej na współzawodnictwie to arbitralna decyzja, której nie da się ująć w excelowskie tabelki. Dogłębniej opisuje to Becca Rothfeld, która w swojej książce „Wszystko to zbyt małe. Eseje ku chwale nadmiaru” napisze między innymi, że „dzisiejsza mania na punkcie wyrównywania wszystkim wszelkich szans, z wyjątkiem szans natury materialnej, wynika z błędu myślowego: być może pomieszaliśmy ze sobą dwie odrębne idee, to jest równość szans życiowych i równorzędność tego, co udaje nam się wytworzyć jako dzieła”. Taka to natura konkursu – jednych zadowoli, drugich zaś rozczaruje.

Dziękujemy!

47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2025, widok wystawy finałowej, fot. Michał Maliński, dzięki uprzejmości Galerii Bielskiej BWA

Dziękujemy!
( Film )

Ogłaszamy program Frontu Wizualnego na festiwalu mBank Nowe Horyzonty 2024

Nie chciałbym, aby te medialne wrzawy i nierozwiązywalne spory sprawiły, że zapomnimy o samym konkursie; w tym o dziesiątkach prac różnych osób artystycznych, a także o ogromnym wysiłku, jaki wykonał zespół Galerii Bielskiej BWA na czele z kuratorką wystawy – Adą Piekarską. Prace prezentowane są w dwóch salach, dolnej i górnej. Jeśli zaczniemy oglądanie od tej pierwszej, łatwo będzie odnieść wrażenie, że tegoroczna edycja wzięła sobie za temat przewodni refleksy; rozumiane nie tylko jako cząstki odbitego światła (choć to zdecydowanie też), ale bardziej jako próbę oddania świata przekształconego, wyrwanego ze sztywnych, realistycznych ram. Świat staje się tu tkanką złożoną z migotliwych i rozedrganych cząstek. Patrząc na obrazy Konrada Gubały (Pissing on your own grave XD; 2024) czy też Anny Skrzypek (Przekazane, Wiążąca siła; 2025) dajemy się nabrać zabawie światła – każdy krok, każde mrugnięcie sprawia problem: czy na pewno widzimy to, co powinniśmy? Jeśli jednak nieodwołalnie utraciliśmy zdolność widzenia, to może oprzemy się na „obrazie” z sieci? Autoportret z popularnym youtuberem (2024) Anny Magdaleny Grzymały drażni mnie, ale nie dziwi; to jakiś rodzaj glosy na temat tego, jakie relacje rzeczywiście nas dziś kształtują, aby potem prymitywnie nas podzielić, a na koniec jeszcze nieźle na tym zarobić. A więc, jak w tytule obrazu Arkadiusza Karapudy – Know your enemy.

Dziękujemy!

47. Biennale Malarstwa Bielska Jesień 2025, widok wystawy finałowej, fot. Michał Maliński, dzięki uprzejmości Galerii Bielskiej BWA

Sala górna to królestwo afektu. Przesycone, natarczywe i kłujące. Najpierw mamy ochotę uciekać, lecz o ile z sali wystawowej wyjść łatwo, tak pozostawienie niektórych malarskich opowieści za sobą byłoby wielką stratą. Sonia Góral w swoich trzech pracach (ślimaki na wzgórzu soli/ z mamą w górach, lekcja pianina, tata i ja; 2025) proponuje nam Dolinę Muminków à rebours. Bez rozważnej mamusi i czułego tatusia, filozofujących wędrowców czy uroczych, zantropomorfizowanych zwierzątek. Kiedy niektóre bajki zostają wykorzystane w procesie terapeutycznym, w malarstwie Góral fantastyczna sceneria jest polem do opowieści o rodzinie – opowieści nadbudowanej, a może raczej zachlapanej brutalną ilością farby akrylowej.

Jeśli jest jedno słowo, które trafnie opisuje sytuację egzystencjalną wyzierającą z przedstawionych na wystawie praktyk artystycznych, to jest nim trwoga. Ale nie ta, która zabiera moc twórczą, lecz ta, która z niej wyrasta, a więc przetwarza burzę zewnętrznej rzeczywistości w materię obrazu.

Dziękujemy!

Julia Poziomecka, „Urodziny przed rozwodem”, dzięki uprzejmości artystki i Galerii Bielskiej BWA

Widać to zwłaszcza w dziełach Damiana Kuli i Julii Poziomeckiej, wyróżnionych drugim i trzecim miejscem. Choć nie jestem szczególnym zwolennikiem tych dwóch wyborów, trudno mi przejść obok nich obojętnie. Burza na plaży (2025) Kuli to nieznośnie powracające pytania o naszą kolonialną przeszłość, zaś Urodziny przed rozwodem (2023) Poziomeckiej pokazują, że to w obrębie naszych społecznych rytuałów następuje wewnętrzny rozpad jednostki, zaserwowany w rwącym się układzie wizualnym. Czy mimo takich wizji czeka nas jakaś krótka chwila wytchnienia? Chyba tak. Na samym końcu górnej sali oglądam obrazy Jakuba Soszyńskiego (Hany Bany, Carrefour 24/7; 2024) i na chwilę udaje mi się zapomnieć o trwodze. Przyjemnie jest spojrzeć na współczesność przez duchologiczny filtr, analogowo ramujący poszczególne ujęcia – jak na starej kasecie VHS znalezionej na strychu. Nie chodzi wcale o nostalgię, raczej o zatopienie się w widmowym świecie, który wydaje się przekonujący, choć trudno racjonalnymi siłami wyrazić czemu. Trzeba po prostu zobaczyć i spróbować na własną rękę.

Dziękujemy!

Damian Kula, „Burza na plaży”, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Bielskiej BWA

Bielska Jesień nie jest jednak opowieścią wyłącznie o malarstwie, uzdolnionych osobach artystycznych, nowych nurtach i trendach w sztuce. To też jeden z moich ulubionych rozdziałów historii Bielska-Białej – niezależnie, czy dana edycja była mniej lub bardziej udana. Na wernisażu zapomniałem, że jestem na południu Polski. Słuchając rozmów osób wokół mniej, miałem wrażenie, że to Warszawa lub Kraków, Wrocław, a może Poznań, Łódź lub Gdańsk. Na ten moment nie jestem u siebie, w mieście, które znam. W takich drobnych wrażeniach widać skalę tego wydarzenia. Przez chwilę mogę być w całej Polsce.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.