U ciebie czy u mnie? Esej Antona Ambroziaka o miłości i randkowaniu. #pridemonth
( 13.08.2025 )
Próbujesz być autentyczny w absolutnie wymyślonym świecie. Poświęcasz się pracy, bo nad tym chociaż masz kontrolę. W przerwach chodzisz z przyjaciółmi do barów, skrycie licząc, że gdy spotkasz wzrok TEJ osoby, porzuci znajomych i do ciebie „zagada”, choć sam nigdy tak nie robisz – jeśli rzucasz wzrok, to raczej z oceną.
Gdy po rozpadzie 7-letniej relacji wyszedłem na rynek matrymonialny, musiałem zderzyć się z samymi nowościami: randkowanie jako nienormatywny chłopak wśród chłopaków, którzy nienawidzą siebie lub dziewczyn, które nienawidzą chłopaków; randkowanie w świecie, w którym wszyscy są zmęczeni randkowaniem; randkowanie na trzeźwo; randkowanie, gdy czas wolny świadczy o twojej porażce; randkowanie, gdy robienie czegoś dla kogoś, oznacza, że nie masz szacunku dla siebie; randkowanie w kapitalistycznej logice, w której na miłość musisz zapracować (albo sobie ją kupić); randkowanie, gdy czas spędzony w aplikacji dla większości to tylko zabijanie nudy. Na pewno wiecie, o co mi chodzi. Wcześniej o tym tylko słyszałem: wymieniasz tysiące wiadomość w aplikacji, po to, żeby ktoś w ostatniej chwili odwołał spotkanie i nigdy więcej się nie odezwał. Albo piszesz „Hej, co tam?” w nadziei, że doprowadzi cię to do bliskości, ale po: „Ok, a u ciebie”, wiesz, że nigdy się nie spotkacie.
Albo gdy już zapraszasz kawalera na randkę, on przychodzi z winem, wchodzi do ciebie jak do siebie i chce ci przemeblować mieszkanie. Rozsiada się na kanapie, a gdy dowiaduje się, że jesteś dziennikarzem, rzuca konfrontacyjnie, że politycy Konfederacji czasem mają rację i w ogóle to jest za dialogiem. Albo gdy dalsi znajomi dowiadują się, że jesteś wolny i twoje zainteresowanie odbierają jako podryw. Ale bywa też na odwrót, ktoś okazuje ci sympatię i twoje serce rwie się do przodu, zanim zdążysz zadać sobie pytanie, czy ciebie w ogóle to interesuje.
Na głodzie i wstydzie
W tym cyklu niepowodzeń i porażek wiele razy obiecujesz sobie, że teraz skupisz się na sobie, wlejesz miłość w coś innego – sport, fotografię, książki, przyjaciół, psa, gotowanie. Ale gdy tylko złapie cię tęsknota, znów wracasz do scrollowania: za każdym razem coraz bardziej zniechęcony. Ze swojego życia randkowego robisz towarzyski stand up, bo całe to umieranie nie może być na darmo. Robisz skriny z grindra, gdzie twoja tożsamość jest traktowana jako fetysz. W rewanżu za upokorzenia – „masz cipę, czy chuja”, „mogę cię wyruchać w dwie dziury”, „nigdy takiego jak ty nie miałem” – ośmieszasz innych. Opowiadasz o swoich urojonych kraszach, żeby zabezpieczyć się przed zranieniem. A potem dodajesz, że wiesz, że to nie o tobie, ale tak naprawdę całym sobą wierzysz, że akurat w tym obszarze jesteś skazany na banicję. Skoro nie wychodzi, coś musi z tobą być nie tak. Nie? Czytasz o rodzajach przywiązania: masz wszystkie poza bezpiecznym, odpalasz je w zależności od sytuacji. Czujesz za szybko pożądanie? Uciekasz. Ktoś jest niedostępny? Gonisz. Z niektórymi robisz jedno i drugie, moglibyście tak do końca świata. Niestety uważasz, że to mega romantyczne.
Oglądasz rolki o czerwonych i zielonych flagach, czytasz porady, jak żyć w zgodzie ze sobą; omiatasz wzrokiem krótkie wpisy o tym, że życie to wspaniała podróż, a jedyna pewność to zmiana; o tym, że wszystko dzieje się po coś, ale trzeba być asertywnym i robić tysiące kroków dziennie albo próbować nowych rzeczy, żeby chronić swój mózg przed demencją. Wszystkie wzajemnie sobie przeczą, a żadna nie przybliża cię do twojego pragnienia. Tak, przestałeś już mówić, że tak naprawdę to nie jesteś gotowy, teraz mówisz bezwstydnie: chcę poznać miłą osobę, chciałbym mieć chłopaka lub dziewczynę. Przyjaciele mówią, że to na bank nie o tobie i wszystko dzieje się po coś. Masz dość myślenia, że musisz wszystko w sobie zmienić, więc trochę im wierzysz. Medytujesz w intencji świętego spokoju, ćwiczysz jak zły niby dla siebie, ale myślisz, że może absy pomogą ci spotkać kogoś, kto nie boi się zaangażowania. Próbujesz być autentyczny w absolutnie wymyślonym świecie. Poświęcasz się pracy, bo nad tym chociaż masz kontrolę. W przerwach chodzisz z przyjaciółmi do barów, skrycie licząc, że gdy spotkasz wzrok TEJ osoby, porzuci znajomych i do ciebie „zagada”, choć sam nigdy tak nie robisz – jeśli rzucasz wzrok, to raczej z oceną. W tym czasie widzisz, jak niemal wszyscy twoi niesparowani znajomi podobnie kręcą się w kółko: ulegają urojeniom, odrzucają to, co mogło być dobre, schodzą się z toksycznymi byłymi, podpisują deklarację singielskiej niepodległości, romantyzują swoją przeszłość, zapisują się na kursy garncarstwa, chodzą na terapię, wyklinają współczesną kulturę, ze wstydem lub emfazą – szukają miłości.
Ilustracja: Arek Kowalik
Gra (zawsze) na wyjeździe
Taką bazę mamy wszyscy, ale ty dodatkowo jesteś trans chłopakiem. Uciekłeś dawno spod męskiego spojrzenia, ale życie w queerowej bańce wcale nie ułatwia sprawy. Szybko orientujesz się, że twoja tożsamość nie jest przezroczysta. Jeśli nawet nie waży wiele dla ciebie, będzie kwestionować czyjąś. Pamiętasz poczucie wyższości, gdy po raz pierwszy przeczytałeś The Tragedy of Heterosexuality. W tej książce dokonuje się fundamentalne odwrócenie: to osoba queer z pozycji badaczki przygląda się relacjom osób heteroseksualnych jako czemuś „nienormalnemu”. Wtedy byłeś lesbijką, umawiałeś się z dziewczynami, czułeś, że oto właśnie wymknąłeś się zasadom, na których zbudowany jest ten świat. Samo wyjście poza paradygmat małżeństwa i reprodukcji dawało poczucie wolności.
Gdy po rozstaniu zabrałeś się do nadrabiania lektur z kultury gejowskiej, sięgnąłeś po Johnny, would you love me if my dick was bigger oraz A Trans Man Walks Into a Gay Bar. Twoją głowę opanowały cruisingowe fantazje: spotkania w parnych saunach i sceny z amerykańskich filmów lat 80-tych. Niestety okazało się, że geje w Polsce są mizoginami, a twoja tożsamość przypomina im o częściach siebie, które musieli amputować. Najbardziej parne spotkania okazują się wołaniem o bliskość i akceptację. Zresztą w kontaktach z kolesiami wcale nie czułeś luzu – nigdy nie wiesz, czy chodzi ci o nich, czy o siebie. Chciałbyś być z nimi, czy być nimi? Czujesz się raczej intruzem albo oszustem. Fajna pozycja badawcza, gorsza do życia.
Gdy próbujesz zwrócić się w stronę dziewczyn, utykasz w martwym punkcie: twoje dawne lesbijskie community naturalnie wrzuciło cię do „strefy przyjaciela”. Kuszące bywa wypełnienie niszy po cis mężczyznach, którymi kobiety są bezdennie rozczarowane. Kuszące, bo możecie przybić sobie piątkę: tak samo uważacie, że wasza seksualność to klątwa. Ale tak naprawdę to jak pakt z diabłem. Wchodzenie w „heteropesymizm” oznacza, że musisz przycinać coś, o co walczyłeś przez lata: męskość w sobie. Na każdym kroku podkreślasz przedrostek „trans”, choć codziennym życiu prawie w ogóle o tym nie myślisz. Opowiadasz o wspólnym rysie socjalizacji, możesz bardzo wiarygodnie zempatyzować z PMS-em i dać się wciągnąć w dyskusję o beznadziejnych, niedojrzałych kolesiach. Ale wychodzenie poza siebie coraz mocniej zamyka cię w przestrachu, że ustawianie się w takiej roli tym bardziej przypomni wszystkim o tym, że nie masz tego, wokół czego kulturowo orientuje się męskość i heteroseksualne pożądanie, czyli PENISA. Gdy próbujesz lecieć ze swoją tożsamością na fristajlu, czujesz, że masz bombę do odpakowania. Jak najszybciej musisz ją zrzucić, żeby ktoś się nie przestraszył, gdy już się zaangażujesz. To trochę jak na egzaminie: zdasz czy oblejesz. Studiujesz twarz osoby, której mówisz o swojej tożsamości, żeby sprawdzić, czy ona jeszcze w ogóle widzi w tobie mężczyznę.
Całe twoje trwanie w tej genderowej układance dobitnie przypomina ci o tym, że masz ciało. To niezbyt wygodne, bo twój odruch to od niego uciekać. Nawet jeśli już cię nie zawodzi jak kiedyś – w końcu się zmaskulinizowało! – wciąż dużo waży. Ale czy na pewno?
Cały z miłości
Bycie osobą trans przyzwyczaiło do postrzegania siebie jak kogoś z marginesu. Odrzucenie, które każdy z nas w jakimś stopniu w sobie nosi, każe czytać jako dowód na własne niedopasowanie. To ta część queerowego życiorysu, w której bycie porażką – pod kątem wypełnienia norm społecznych – przechodzi od wymiaru wyzwalającego do doświadczeń zupełnie alienujących. To ma konsekwencje nie tylko indywidualne. Osoby queerowe potrzebują alternatywnych społeczności, żeby czuć się bezpiecznie, ale często docieramy do miejsca, w którym naszą tożsamość budujemy wyłącznie w oparciu o różnice. Stwarzamy siebie w opozycji do siebie nawzajem, więc gdy przychodzi nam się spotkać, w ogóle nie widzimy się spoza tych (umówmy się) wykreowanych tożsamości.
Doświadczenie dysforii we wczesnej młodości często sprawia, że twój rozum przejmuje funkcje emocji. Rozumiesz rzeczy, zanim ich doświadczysz. Nie masz miejsca na afekty, rozmieniasz swoje motywacje na drobne i nie możesz działać. Ta pozycja wygnańca ze świata miłości to błogosławieństwo i przekleństwo. Z rozbrajającym luzem i żartem pisze o tym w Love in exile Shon Faye. Jej polityczna teza jest co prawda za prosta: wszyscy – niezależnie od tożsamości – mamy poważny problem, bo w kapitalizmie miłość została sprywatyzowana, wymagamy od siebie i relacji romantycznych za dużo, wiele z tego przywiązania i spełnienia powinniśmy szukać w poczuciu wspólnoty, organizowaniu się, walce, ale wolimy konsumować i dać się konsumować.
Rollercoaster randkowy sprawia, że albo widzisz wszystko w czarnych barwach, albo nie widzisz nic. Źródeł problemu szukasz tylko w sobie lub wyłącznie na zewnątrz. Ulegasz złudzeniom albo wyostrzasz rzeczywistość. Próbujesz zabezpieczyć się przed odrzuceniem, a gdy przychodzi, i tak jesteś doszczętnie zmiażdżony, bo oto otworzyły się ziejące rany wszystkich wcześniejszych doświadczeń i po trzech nutkach Walking on broken glass Annie Lennox wpadasz w dziecięcą rozpacz. Kae Tempest w swoim politycznym manifeście stwierdza, że akt pisania nigdy nie jest sukcesem. Tak samo nie da się wygrać w miłości i w szukaniu jej. Są tylko mniejsze lub większe rodzaje porażek. Z pozycji queerowych można się jednak nimi niesfornie bawić. Gdy odrzucić ⅓ wstydu i ¾ oczekiwań, można czasem zatańczyć z wyobrażeniami na temat płci i seksualności, czego z okazji Miesiąca Dumy sobie i wam gorąco życzę.