„Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy”, Anonim. Wydawnictwo Znak
„Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy”, Anonim. Wydawnictwo Znak

Utknął w najgorszym miejscu na ziemi. Dziennik z Gazy

( 02.04.2026 )

Pomyśl, że jesteś w łóżku w nocy, słyszysz bombardowanie, wszędzie jest czarno, a jeśli widzisz światło, to tylko od pożarów dookoła. Rozmowa z Mileną Rachid Chehab o „Dzienniku z Gazy”.

„Dziennik z Gazy” ukazał się po polsku dzięki tobie. Zacznijmy więc od kulis powstania samego tekstu. Jak doszło do tego, że wydano u nas książkę w całości opartą na dzienniku pisanym przez mieszkańca Strefy Gazy, po 7 października 2024 roku?

Teksty anonimowego autora, które złożyły się na „Dziennik z Gazy”, powstawały z myślą o zachodnim czytelniku. Były nie tylko pisane, ale też czytane na bieżąco, gdy miasto przeżywało oblężenie. Ukazywały się w „Guardianie”, jednym z największych serwisów newsowych na świecie, który od początku bardzo dobrze obsługiwał od strony dziennikarskiej wydarzenia w Gazie, pokazywał głosy z różnych stron i nie bał się zadawania trudnych pytań. Ja też byłam czytelniczką tego cyklu. Śledziłam go, bo był to głos ze środka. Ale nie było w nim goryczy, nie było publicystyki – to była po prostu ludzka historia.

Kiedy teksty zostały wydane w formie książki po angielsku, najpierw przeczytałam ją dla siebie. Od razu wiedziałam, że muszę ją wydać. Nie zastanawiałam się, czy się sprzeda, czy nie. Jest przejmująca, literacka. Czytając zwierzenia autora, myślimy: „To mogłabym być ja”. Opisuje on doświadczenie, z którym jesteśmy w stanie się utożsamić, nawet będąc w Europie, w zupełnie innych okolicznościach –  społecznych, finansowych, geopolitycznych.

Z czego to wynika?

*Reklama

Wydaje mi się, że autor podejmuje bardzo świadomą decyzję co do tego, o czym pisze, a o czym nie: ani razu nie pojawiają się słowa „Hamas” lub „Izrael” – nie dlatego, że nie wie o ich istnieniu, tylko dlatego, że wybiera, co jest uniwersalną prawdą, którą chce przekazać. Dlatego też chyba ta książka tak porusza – bo nie jest tylko o życiu w Gazie, ale też o życiu w każdym miejscu świata, w którym nagle zaczyna się wojna. Przy tym w ogóle nie jest patetyczna. To historia człowieka, który po prostu utknął w aktualnie najgorszym miejscu na ziemi.

Oczywiście skłamałabym mówiąc, że nie miałam wątpliwości, nabywając prawa do tej książki. Bo dlaczego wydawać jakiś anonimowy głos z Gazy, skoro są inni ludzie, którzy piszą pod nazwiskiem? Po co narażać się na oskarżenia, że z autorem coś może być nie tak, skoro nie chce podać publicznie swojego nazwiska? Ostatecznie przeważyła renoma „Guardiana”, który stanowi dla mnie wzór dobrego dziennikarstwa, i brytyjskiego wydawcy – Faber & Faber. Zdecydowaliśmy się nie dodawać do niej żadnych przypisów ani kalendariów, bo co mielibyśmy napisać? Wyjaśnić, co się wydarzyło? Nie, fakty mówią same za siebie. Ludzie to wiedzą, a jeśli nie wiedzą, to znaczy, że nie chcą wiedzieć.

Powiesz coś więcej o autorze?

Nie wiemy dokładnie, kim jest, ale możemy się domyślać. To mężczyzna w wieku trzydziestu kilku lat, który niewątpliwie ma dobre kontakty na Zachodzie, co widać chociażby po jego dostępie do „Guardiana”. Niegdyś dobrze mu się powodziło, bo 7 października – kiedy zaczyna się książka – miał iść na tenisa, czego raczej nie robią przeciętni mieszkańcy Gazy.

Powiedziałaś, że teksty ukazywały się na biężąco. Wiesz, w jaki sposób przekazywał je redakcji? Jak je zapisywał?

Myślę, że mógł pisać na telefonie i łapać gdzieś internet. Jako dziennikarka zajmowałam się Gazą i rozmawiałam m.in. z dziennikarzami, którzy tam pracują – pisanie w tych warunkach jest straszne, ale nie niemożliwe. Jedna z dziennikarek, bohaterka mojej rozmowy dla „Dużego Formatu”, opowiadała mi, jak wygląda jej praca na miejscu. Izrael zablokował wstęp do Strefy Gazy redakcjom wszelkich portali zagranicznych, więc wszystkie agencje i wszystkie media na świecie korzystają z lokalsów, którzy dla nich pracują. Ci ludzie nie mają za sobą wielkich redakcji, podłączenia do Starlinków. Pracują na własnych komputerach albo telefonach. Czasem mają lepszy sprzęt, ale to nic w porównaniu ze sprzętem używanym do pracy mediów relacjonujących największe wydarzenia na świecie. Ta dziewczyna mówiła mi, że dla niej – podobnie jak dla wielu jej koleżanek i kolegów – potrzeba opowiedzenia swojej historii i bycia usłyszaną przez świat jest tak duża, że w trakcie blackoutu jest w stanie wdrapać się na ostatnie piętro zrujnowanego wieżowca, żeby złapać tam resztkę zasięgu.

okładka

„Nie zapomnij nakarmić gołębi”, Wydawnictwo Znak Literanova 

Do tego palestyńscy dziennikarze i dziennikarki zostali celowo zdziesiątkowani.

Tak. Zginęło ponad 200 osób. Ale niektórzy przeżyli, jak Wael al-Dahdouh, szef biura Al Jazeery w Gazie, który stracił żonę, córkę, dwóch synów, wnuka i ośmioro innych krewnych. Cały czas mam jego twarz przed oczami. Mimo tragedii, jakie go spotkały, nadal ma ogromną wolę pracy i mówienia i o tym, co się dzieje w Gazie.

Ci ludzie zrobią naprawdę dużo, żeby informacje dotarły do świata, nawet jeśli oni ponoszą za to ogromną cenę. Możemy się tylko domyślać, jak bardzo cierpi autor „Dziennika z Gazy”. Opowiada, jak trudno mu jest połączyć się z bliskimi na WhatsAppie, jak „nieosiągalne” są kolejne numery telefonów jego przyjaciół. Autor tej książki ma dużo więcej do stracenia niż dziennikarz piszący zza biurka albo nawet na mniej „śmiercionośnym” dla dziennikarzy froncie, na przykład w Kijowie. Nie wiemy, czego się boi, ale wojna czy bomby są to nie koniec ryzyka. Jest przecież jeszcze na przykład Hamas – jakie konsekwencje spotkałyby autora, gdyby w światowym, bardzo zasięgowym medium, pod nazwiskiem krytykował działania hamasowskiego rządu. Napisanie takiego tekstu to ogromny wysiłek. Warto to mieć z tyłu głowy.

Tytuł oryginalny to „Who Will Tell My Story?” [Kto opowie moją historię?], cytat z monologu wypowiedzianego w książce w chwili poważnego kryzysu. W wydaniu polskim zmieniono go na cytat z przywoływanego w książce wiersza palestyńskiego poety Mahmuda Darwisza. Dlaczego?

Większość osób w Polsce nie śledziła dziennika w „Guardianie”, więc nie zna całego kontekstu jego powstawania, w przeciwieństwie do czytelników brytyjskich, którzy czytali te publikacje na bieżąco i ich wyczekiwali. Polskie warunki są inne. Cytat z Darwisza wydał nam się – razem z bardzo konkretnym podtytułem, „Dziennik z Gazy” – bardzo pojemny. Pokazuje, że to nie jest „tylko” dziennik, ale coś więcej – literatura. „Myśl o innych” to wiersz ważny również dla samego autora. Spodobała mu się nasza propozycja tytułu.

Cytat dosłownie brzmi: „Kiedy robisz sobie śniadanie, myśl o innych / Nie zapomnij nakarmić gołębi” [przeł. Agnieszka Rasmus-Zgorzelska – red.]. Nawet teraz mam ciary, kiedy wypowiadam te słowa. W internecie można posłuchać, jak Mahmud Darwisz czyta ten wiersz. Brzmi pięknie, nawet jeśli nie zna się arabskiego. Jest w nim głębia, która oddaje też wielowarstwowość historii przedstawionej w „Dzienniku…”. To, że autor nie myśli tylko o sobie i o swojej siostrze – dbają też  razem o koty, a nawet, na początku, o złotą rybkę. Jest tam scena, w której załatwiają wodę dla szkoły, gdzie jest problem z dostawami wody. Naprawdę nie muszą tego robić. To takie doświadczenie człowieczeństwa, które pojawia się w sytuacjach granicznych, i on zdaje z tego egzamin.

Kiedy czytamy te fragmenty w Polsce, nie sposób nie kojarzyć ich z wydarzeniami w Ukrainie i reakcją Polaków. Pamiętam, co się działo na Dworcu Zachodnim w Warszawie, w dziesiątkach tysięcy miejsc w całej Polsce. Myślę, że gdyby Polacy znali wiersz Darwisza, mógłby on stać się mottem tego czasu – tej solidarności, reagowania nie tylko bezpośrednio na sytuację zagrożenia. „Gołębie” to wszyscy dookoła.

Cały wiersz jest piękny, ale – może nie powinnam tego mówić – tytuł, całkowicie wyrwany z kontekstu, mógłby się skojarzyć z popularnymi obecnie koreańskimi comfort books.

Opowiem anegdotę. Nam wszystkim, którzy pracowali przy tej książce, bardzo podobał się ten tytuł, po czym ogłosiliśmy go na zebraniu w wydawnictwie. Pojawiły się głosy: jak możemy udawać, że gołębie to coś pozytywnego? (śmiech) A to były głosy ludzi z Krakowa, gdzie ludzie nie karmią gołębi i uważają je za szczury ze skrzydłami. Jest jeszcze druga historia. Kiedy opublikowaliśmy reklamę tej książki, z mocno weksponowanym tytułem, niektórzy uznali tę książkę za poradnik karmienia gołębi. Ludzie zaczęli w komentarzach pisać, czym można karmić gołębie, a czym nie. Że trzeba im dawać ziarno, a nie chleb i tak dalej.

Mam poczucie, że autor nie obraziłby się za taki obrót sprawy. Wojenne losy zwierząt, opieka nad nimi, w tym nad wspomnianymi kotami, to jeden z najważniejszych wątków książki.

To prawda. Jej niesamowitość polega na tym, że opowiada nie tylko o uciekaniu ludzi, ale też o uciekaniu kotów. O tym, jak one sobie radzą i do czego są im potrzebni ludzie.

*Reklama

Znasz więcej takich zwierzęcych historii?

Mogę opowiedzieć, jak to wyglądało w Libanie podczas wojny, która działa się mniej więcej równolegle. Rzeczywiście, wiele ludzi straciło wówczas swoje zwierzęta. Mówimy o sytuacjach, w których musisz się spakować, bo uciekasz – i to nie jutro, ale w ciągu 5-10 minut. Musisz zapakować dokumenty, czasami jest środek nocy i musisz jeszcze obudzić dzieci – i teraz szukaj tego kota. Każdy, kto ma kota, wie, jak trudno jest go znaleźć, kiedy naprawdę trzeba. Mnie nigdy nie udało się z nim wyjść z domu w ciągu kilku minut, zawsze jest z tym kłopot. Dlatego ludzie bardzo często, musieli zostawiać zwierzaki na pastwę losu.

Poznałam Palestynkę, która przygarnęła kota w lecie, w czasie najgorszego ludobójstwa. Wcześniej była sama w Gazie. Ten kot dawał jej poczucie bliskości, że ktoś na nią czeka. Pomyśl, że jesteś w łóżku w nocy, słyszysz bombardowanie, wszędzie jest czarno, a jeśli widzisz światło, to tylko od pożarów dookoła. W takich sytuacjach zwierzęta odgrywają bardzo ważną rolę. Jeśli ktoś ma możliwość opiekować się zwierzęciem i utrzymywać je przy życiu, to jest to niewątpliwy przywilej, ale też sposób na utrzymanie się w pionie. W Gazie zawsze znajdują się ludzie tacy jak autor książki – którzy opiekują się kotami, podsypują im karmę. Ale konkretnych liczb oczywiście nie znamy.

Wróćmy do samych działań wojennych prowadzonych w Strefie Gazy. Powiedziałyśmy już, że wojna jest w „Dzienniku” jednocześnie namacalna i prawie nieobecna. W trakcie lektury tę lukę uzupełniają tragiczne obrazy znane z mediów. Efekt jest wstrząsający.

Jako czytelnicy i czytelniczki występujemy w roli opisywanych przez autora przyjaciół, znajomych, rodziny, którzy są za granicą. W reakcji na to, co się wydarzyło, oni piszą: „Co słychać?”, „Co robicie?”, próbując się czegokolwiek dowiedzieć i zrozumieć, co się dzieje. On może nam opowiadać jakieś mniej lub bardziej zdawkowe anegdoty z życia codziennego, ale dopiero w zderzeniu z tym, co wiemy, bo śledziliśmy wiadomości, robi to piorunujące wrażenie – przede wszystkim próby autora, by znaleźć sens w poezji albo cieszeniu się małymi rzeczami.

Dziękujemy!
( Recenzja ) ( Agnieszka Budnik )

Na wzór antycznej tragedii. Toni Morrison

Poezja odgrywa w książce ważną rolę. Autor o niej myśli, jest recytowana w trudnych sytuacjach. Pojawiają się nie tylko wiersze Darwisza, ale i utwory współczesnej poetki Sabriny Benaim oraz pieśni.

Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że Palestyńczycy w ogóle są bardzo dobrze wykształceni, a status poezji jest, w ogóle w krajach arabskich, inny niż Polsce. Poezja jest tam czytana znacznie częściej. Wśród talent shows, bardzo popularnych w krajach arabskich, istnieje poetycka wersja „Mam talent”. Wyobraź to sobie: pora najwyższej oglądalności, a ci popisują się talentami poetycko-oratorskimi na oczach milionów ludzi. Jest też odbierana inaczej niż u nas, jest bardziej egalitarna i bardziej doceniana, ale wciąż… jest to poezja. (śmiech)

Co masz na myśli?

Chodzi mi o to, że to nadal nie jest muzyka Taylor Swift, że wymaga namysłu. Powiedzmy, że jej status można porównać do muzyki poważnej w Polsce… w czasie trwania konkursu chopinowskiego.

Poetyckość to jeden z powodów, dla których raczej nie jest to książka dla osób, które szukają fabuły z wieloma zwrotami akcji. Spotkałam się nawet z zarzutem, że autentyczność relacji autora jest osłabiona przez to, że uciekł za granicę, przeżył. Co byś odpowiedziała takiej osobie?

Odpowiem po kolei. Po pierwsze, poczucie winy ocaleńca opisuje nie tylko autor tej książki, ale też różni inni ludzie, którzy uciekli z tej wojny. To znany temat. Takie osoby muszą się zderzać z tymi, którzy brutalnie podważają ich doświadczenia i prawo głosu, a jednocześnie mierzyć się z poczuciem winy z powodu tego, że dane im było przeżyć – nawet jeśli cały czas przeżywają wojenną traumę. Na początku książki pojawia się historia ludzi, którzy tak bardzo czują się winni ucieczki z Gazy do Egiptu, że nawet kiedy są bezpieczni, głodzą się, wiedząc, że ich bliscy głodują. Czy cierpienie opisane w tym dzienniku poruszyłoby nas bardziej, gdybyśmy wiedzieli, że autor zginął?

Inna sprawa, że z Gazy wcale nie tak łatwo było uciec. Do maja 2024 roku można było uciec przez Rafah – jedyne przejście graniczne, które potem zostało zbombardowane. Po tym ucieczka była już niemożliwa. Nie dało się przekroczyć granicy – myśląc o możliwości ucieczki z ogarniętej wojną Gazy, nie możemy myśleć kategoriami znanymi nam chociażby z wojny w Ukrainie i otwarcia na uchodźców granicy polsko-ukraińskiej. Egipt nie otworzył się masowo na uchodźców, bo nie mógł sobie na to pozwolić. Wie, jakie byłyby tego konsekwencje, wie, że zabrakłoby pomocy dla nich. Pamiętajmy również, że ucieczka to dla uchodźcy ogromny koszt. Płaci się agencji powiązanej z rządem egipskim za możliwość przekroczenia granicy – od 5000 do nawet 10 000 dolarów za osobę. Rodziny na Bliskim Wschodzie zazwyczaj są liczne, więc trzeba tę kwotę pomnożyć przez 5, 10, 15 osób. Niech to nawet będzie pięć, co daje równowartość prawie 90 000 złotych. Ja nawet nie znam w Polsce wielu osób, które byłyby w stanie tyle wyłożyć na hasło „Jedziemy”, a co dopiero w dużo biedniejszej Gazie. A to tylko kwota potrzebna na przekroczenie granicy, tam dalej nic na ciebie nie czeka.

Dziękujemy!

Milena Rachid Chehab, fot. dzięki uprzejmości dziennikarki

Wiadomo coś o obecnej sytuacji życiowej autora? Wspomniałaś, że ostatnio nie udało się z nim skontaktować.

Nie wiemy, co się z nim dzieje. Nie wiemy też, jak wpłynęło na niego to, że książka została wydana. Jedynie dwa miesiące po publikacji brytyjskiego wydania, w lipcu ubiegłego roku, ukazał się wywiad z nim w „Guardianie”. Rozmowę prowadził redaktor, który zna go od lat – opowiada w niej, jak się poznali – i przygotowywał te teksty do druku. Wiemy więc, że żyje. Możemy sobie tylko wyobrażać, co się z nim dzieje. Ja w trakcie lektury myślałam o tym autorze jak o znajomym, z którym straciliśmy kontakt.

Znajomym z Gazy.

Tak. Znajomym z Gazy. To bardzo dobre podsumowanie, bo po przeczytaniu tej książki mam poczucie, że jej autor jest mi bliski. To nie są lakoniczne komunikaty „dzięki, u nas wszystko w porządku”, ale prawdziwe wpuszczenie odbiorcy do swojego życia, zarówno tego codziennego, jak i emocjonalnego i duchowego. Zważywszy w jakich okolicznościach to się odbywa, dla nas, czytelników też jest to wyjątkowy dar. Dzięki autorowi dziennika Gaza nie jest tylko areną działań wojennych znaną z newsów, ale też konkretnym punktem na mapie, który poznajemy z bliska.

Na zakończenie powiedz jeszcze, jakie znaczenie ma publikowanie tego rodzaju świadectw w Polsce, gdzie – jak się wydaje – mamy niewielki wpływ na doniesienia z Palestyny.

To dobre pytanie. Oczywiście, nie możemy zadzwonić do Trumpa i powiedzieć: „Stary, weź się w garść i skończ to. Nie rób wojny w Iranie”. Natomiast wiedza nie pozwala na obojętność. Jeszcze kilka lat temu o Bliskim Wschodzie mówiono bez empatii – sama odczuwam to jako dziennikarka – że „tam zawsze się kotłuje”. Ten rejon był bezimienną masą, którą można było podsumować jednym, bardzo wygodnym zdaniem, i przestać się interesować. Literatura, reportaż, dobre dziennikarstwo otwierają nam oczy, dają wiedzę, ale przez to nie pozwalają być obojętnymi. To nas nas wpływa, czasem w sposób bardzo konkretny: wiele osób decyduje się na przykład na bojkot produktów izraelskich i ten bojkot ekonomiczny naprawdę działa, bo firmy tracą na wartości. Zmiana narracji o Gazie, która doprowadziła do nacisków i w konsekwencji do zawieszenia broni, wynikła z masy krytycznej w mówieniu o ludzkich historiach.

Oczywiście, świat się nie zmieni od przeczytania jednej książki. Ale przynajmniej zaczynamy rozumieć, co się dzieje, i żądamy, by nasi politycy również zajmowali jasne stanowisko – od tego zmienia się świat. Naprawdę bardzo w to wierzę.

Anonim, „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” 
tłumaczenie: Agnieszka Rasmus-Zgorzelska 
Znak Literanova, 2026

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.