W Szczecinie niezależna kultura nie jest modnym hasłem, ale sposobem działania. Festiwal „Hunting for Painting”
( 28.08.2026 )
Szczecin od dekad buduje swoją tożsamość na styku historii, architektury i kultury. Szerokie aleje, gwiaździsty układ placów oraz bliskość Odry sprawiają, że miasto jest nazywane Paryżem Północy. Dziś tę atmosferę współtworzą także wydarzenia artystyczne, które na nowo definiują miejską przestrzeń.
Jednym z nich jest „Hunting for Painting” – festiwal organizowany przez Katedrę Malarstwa Akademii Sztuki we współpracy z Filharmonią Szczecińską oraz partnerami związanymi z miastem. Czwarta edycja wydarzenia po raz kolejny zamieniła Szczecin w przestrzeń spotkań artystów, studentów i mieszkańców. Hunting for Painting nie jest jedynie prezentacją współczesnego malarstwa, lecz platformą wymiany doświadczeń i dialogu o kondycji tej dyscypliny, wyprowadzając sztukę poza galerie i wpisując ją w tkankę miasta. Co dwa lata wydarzenie tworzy nową mapę miasta, zamieniając galerie, instytucje kultury i nieoczywiste przestrzenie w miejsca spotkań artystów, kuratorów i publiczności.
Idea festiwalu wyrasta z DIY i dialogu, a malarstwo staje się punktem wyjścia do rozmowy o współczesności, pamięci i miejskiej tożsamości. W tegorocznej edycji RUNO festiwal objął kilkanaście lokalizacji, wśród nich Filharmonię Szczecińską, ikonę współczesnej architektury, stosunkowo nową na mapie miasta galerię OFF M, przestrzenie przy Wielkiej Odrzańskiej czy urokliwy drewniany domek zwany potocznie domkiem grabarza, budynek z 1928 roku, znajdujący się w parku Żeromskiego, wpisany do Wojewódzkiego Rejestru Zabytków we wrześniu 2007 roku jako dawny dom ogrodnika, który opiekował się nieistniejącym dziś francuskim cmentarzem.
Moje pierwsze festiwalowe kroki skierowałam do Muzeum Narodowego, gdzie na dziedzińcu Muzeum Tradycji Regionalnych Bartek Otocki otworzył drzwi do zupełnie innego świata. Tłum, który chwilę wcześniej rozmawiał gwarnie przy Staromłyńskiej 1, po przekroczeniu progu sali wystawienniczej nagle zamilkł. Artysta zdecydował się pokazać swój najnowszy cykl malarski „Pod wspólnym niebem”. Na ścianach wiszą monumentalne, monochromatyczne płótna. Choć przed wejściem widnieje ostrzeżenie przed drastycznością tematów wojny, śmierci i cierpienia, artysta nie epatuje krwią. Robi coś znacznie trudniejszego. Dziewczynki i chłopcy z Ukrainy, Palestyny, ale też te z żydowskiego getta. Wszystkie sportretowane w odcieniach szarości, niepokojącego, martwego błękitu. Punktem wyjścia dla Otockiego były archiwalne zdjęcia z dawnych rodzinnych albumów opublikowane pośmiertnie w internetowych bazach dokumentujących współczesne konflikty zbrojne. Artysta pozbawił te twarze tła, kontekstu politycznego i flag. Zostawił tylko jedno – porażające, przeszywające na wylot spojrzenia. Te oczy zdają się śledzić każdy ruch widza w muzealnej sali, stawiając bezgłośne pytanie o granice ludzkiego okrucieństwa i odpowiedzialność dorosłych.
Bartek Otocki, „Pod wspólnym niebem”, widok wystawy, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Robert Stachnik
W rogu sali wzrok przyciąga głęboki, czarny kwadrat. To punkt ciężkości wystawy, który zmusza do refleksji nad naturą zła i tym, jak bezradne staje się tradycyjne malarstwo w obliczu masowej tragedii. Ludzie stoją przed tymi pracami długo, jakby próbowali udźwignąć ciężar spojrzeń niewinnych ofiar. Wychodzimy z wystawy, rozumiejąc, że wszystkie te dzieci, niezależnie od epoki, szerokości geograficznej i religii, miały te same dziecięce marzenia. Sztuka Otockiego spełnia tu swoje najtrudniejsze zadanie – nie pozwala na obojętność. Wystawa „Pod wspólnym niebem” jest dostępna najdłużej z festiwalowych wydarzeń, aż do 11 października 2026 roku.
Bartek Otocki, „Pod wspólnym niebem”, widok wystawy, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Robert Stachnik
Sztuką w świat
Opuszczam Muzeum Narodowe i kieruję się w stronę budynku, który trudno dziś pomylić z jakimkolwiek innym miejscem w Polsce. Wyłania się z miejskiej zabudowy niczym lodowa góra zacumowana w centrum miasta. Biała bryła Filharmonii odbija światło, zmieniając swój wygląd wraz z porą dnia i pogodą. Im bliżej podchodzę, tym wyraźniej widać charakterystyczne strzeliste dachy, które przywołują skojarzenia z gotyckimi wieżami Pomorza. Filharmonia nie jest jedynie salą koncertową. W mieście zbudowanym z kamienic, cegły i portowych dźwigów wygląda jak architektoniczny manifest nowej tożsamości. To tutaj kończy się opowieść o dawnym Szczecinie, a zaczyna historia miasta, które coraz śmielej patrzy w przyszłość.
Jan Baszak, „Człowiek” i „Koń”, Galeria Poziom 4, fot. Olga Iwanow
To w filharmonii mieści się Galeria Poziom 4, gdzie w ramach głównej wystawy festiwalu, intymność małych formatów rywalizuje o uwagę widza z monumentalnymi, przestrzennymi realizacjami. Przestrzeń rozsadzają obiekty, które z klasycznymi ramami nie mają już nic wspólnego. Piotr Pauk w swojej realizacji „Upadek galerii handlowej” komentuje współczesny konsumpcjonizm, Zbigniew Rogalski nawiązuje do widzenia przez łzy w momencie wzruszenia, prezentując monumentalną pracę - lejący się pas czarnego materiału, a Jan Baszak jakby zapraszał do odpoczynku obok surowych figur „Człowieka” i „Konia”. Nie ma między nimi napięcia, nie ma widowiskowego ruchu ani dramatycznego gestu. Rzeźby artysty emanują spokojem, który trudno znaleźć we współczesnym świecie. Koń stoi blisko człowieka, niemal na wyciągnięcie dłoni, przypominając o dawnej relacji, kiedy zwierzę było codziennym towarzyszem życia. Człowiek trwa obok niego. Patrząc na nich, trudno nie pomyśleć o tym, jak bardzo oddaliliśmy się od świata, w którym obecność drugiej żywej istoty była czymś naturalnym, a nie luksusem.
Piotr Pauk, „Upadek galerii handlowej”, Galeria Poziom 4, fot. Olga Iwanow
Publiczność gęstnieje i zatrzymuje się przed skromnym wymiarowo, ale magnetycznym płótnem Katarzyny Szeszyckiej „Człowiek w kapturze”. Ten niewielki obraz niemal hipnotyzuje, wywołuje szeptane dyskusje wśród zebranych osób.
Katarzyna Szeszycka, „Człowiek w kapturze”, Galeria Poziom 4, fot. Olga Iwanow
Ta flagowa ekspozycja to manifest siły i dojrzałości Wydziału Malarstwa i Praktyk Kuratorskich Akademii Sztuki w Szczecinie – najmłodszej uczelni artystycznej w Polsce. Pokazuje, jak akademicka edukacja zamiast formatować, daje rzemiosło do opowiadania własnych historii.
W ten nurt pokoleniowej zmiany idealnie wpisuje się Arek Barankiewicz, jeden z tych twórców, z którymi festiwalowe spotkania trwają najdłużej. Barankiewicz rysował, odkąd pamięta. Przez lata swój manualny talent i świadomą kreskę przekuwał w rzemiosło tatuażu. Ten fach gnał go po świecie, dając wolność i podróże. W pewnym momencie przyszedł jednak moment zwrotny – zrozumienie, że sama podróż i komercyjny sukces to za mało. Postanowił formalnie ukończyć edukację na szczecińskiej akademii, ale nie dla dyplomu na ścianie. Jego celem stała się ścieżka pedagoga i edukatora. Chce oddać swój czas, warsztat i życiowe doświadczenie młodym ludziom. Podczas tegorocznego festiwalu niepokojące, gęste portrety Barankiewicza można było tropić w kilku różnych lokalizacjach. Te prace udowadniają, że najmłodsza polska uczelnia rodzi artystów dojrzałych – gotowych nie tylko tworzyć, ale też brać odpowiedzialność za tych, którzy przyjdą po nich.
„Hunting for Painting”, widok wystawy, Galeria Poziom 4 w Szczecinie, fot. Olga Iwanow
Archiwum codzienności
To, co wydarzyło się w drewnianych ścianach szczecińskiego Domku Grabarza, to reportażowa opowieść o spotkaniu dwóch światów, które paradoksalnie szukają tego samego. Z jednej strony – enigma z przeszłości, anonimowa „Stoczniarka”, której biografia została spleciona z etosem twardej, fizycznej pracy. Z drugiej – młodzi artyści Akademii Sztuki, którzy zamiast stawiać jej spiżowy pomnik, postanowili wyobrazić sobie jej codzienność.
W ramach „Retrospektywy stoczniarki” rozbroili mit robotnicy, dotykając najbardziej uniwersalnych tematów: marzenia o własnym kawałku zieleni, ucieczki w czułość wobec domowych zwierząt, potrzeby zbudowania wewnętrznego azylu z dala od fabrycznego hałasu. Okazało się, że w swoich tęsknotach stoczniarka z minionej epoki i współczesny widz są niemal bliźniakami. Korneliusz Klepajczuk, młody artysta, którego pełne napięcia obrazy można było oglądać w kilku festiwalowych punktach, w Domku Grabarza pokazał płótno, na którym sportretował ostatnie chwile życia stoczniarki. Z kolei Monika Jaskuła, która poza malarstwem studiuje socjologię, zaprasza widza do świata, w którym codzienność miesza się z baśnią, a humor staje się narzędziem opowiadania o pamięci. Punktem wyjścia jest pozornie błaha relacja stoczniarki i jej ukochanego kota. Artystka rozwija ją w serię przewrotnych, pełnych czułości wariacji, prowadząc z publicznością cichy dialog o tym, co zwyczajne i często niezauważane.
Betonowy żwirek dla kota zamienia w rzeźbę, odbierając materiałowi jego użytkową funkcję i nadając mu rangę artystycznego tworzywa. Z kolei wiszący obiekt „I leżał koteczek”, zbudowany z suchych gałęzi, drutu i foremek po kociej karmie, przypomina osobliwy relikwiarz codzienności. Przedmioty, które zwykle trafiają do kosza, zyskują drugie życie, stając się nośnikami emocji i wspomnień.
Monika Jaskuła, „I leżał koteczek”, Domek Grabarza w Szczecinie, © Lesio Ka
To właśnie w tej prostocie tkwi siła prac Jaskuły. Nie epatują monumentalnością ani efektownością. Uśmiech pojawia się niemal odruchowo, lecz po chwili ustępuje miejsca refleksji. Artystka oswaja przemijanie, pokazując, że pamięć nie zapisuje się wyłącznie w wielkich wydarzeniach, lecz także w drobnych rytuałach, przedmiotach i codziennych gestach. Kot staje się tu kimś więcej niż bohaterem anegdoty – jest symbolem bliskości, domu i śladów, które pozostawiamy po sobie. Jaskuła przypomina, że nawet najzwyklejsze przedmioty mogą stać się archiwum czyjegoś życia, jeśli tylko spojrzymy na nie z odpowiednią uwagą.
Młodzi artyści stworzyli spójną opowieść o kobiecie, która nigdy nie istniała, a mimo to wydaje się zaskakująco prawdziwa. Z pojedynczych scen, przedmiotów i codziennych rytuałów budują jej biografię, pozostawiając widzowi miejsce na dopowiedzenia. Z każdą kolejną pracą anonimowa stoczniarka nabiera charakteru – można wyobrazić sobie jej mieszkanie, pracę, samotność, przywiązanie do kota, drobne gesty, z których składało się jej życie. Fikcja zaczyna funkcjonować jak pamięć o kimś rzeczywistym. To największa siła tej wystawy – sprawia, że nieznana kobieta przestaje być tylko artystycznym konceptem.
Zachwyt albo przerażenie
Ze śródmiejskich alei schodzę w stronę szczecińskiej Starówki. To miejsce nie przypomina typowych polskich rynków otoczonych zabytkami pamiętającymi średniowiecze. Szczecin swoją historię musiał po wojnie składać na nowo, z ocalałych fragmentów i archiwalnych planów. Dziś między Odrą a wzgórzem zamkowym rozciąga się przestrzeń, w której przeszłość spotyka się ze współczesnością. Festiwal „Hunting for Painting” przejął surowe przestrzenie przy ul. Wielkiej Odrzańskiej 17 w Szczecinie, prezentując bezkompromisową, offową odsłonę malarstwa i rysunku w duchu DIY. Wystawa „Uwaga! świeżo malowane” oraz projekt „Unleash” studentów Akademii Sztuki zamieniły surowe wnętrza w laboratorium zaangażowanej, ekspresyjnej sztuki młodych twórców.
„Uwaga! świeżo malowane”, widok wystawy, ul. Wielka Odrzańska 17, fot. Olga Iwanow
Jeden z wykładowców na otwarciu wystawy podsumowuje, że studenci w swoich pracach prezentują dwie skrajne postawy: zachwyt i przerażenie światem. Zapamiętuję chociażby zwisającą z sufitu ogromną pępowinę oraz delikatny autoportret Agaty Kuzko, z którą dzień później spotykam się w jej maleńkiej pracowni w sercu Szczecina. Artystka jest stałą uczestniczką kolejnych edycji szczecińskiego festiwalu.
Nasza rozmowa toczy się wśród obrazów Agaty, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak rodzinne archiwum wyjęte z szuflady po wielu latach. Fotografie z dzieciństwa, fragmenty wspomnień i inne ślady przeszłości układają się jednak w znacznie bardziej złożoną opowieść. Artystka wraca do obrazów zapisanych w pamięci i na zdjęciach, próbując odczytać je na nowo z perspektywy dorosłej kobiety. Punktem wyjścia staje się relacja z matką – nie tyle rekonstruowana, ile ponownie negocjowana. Każda praca wydaje się próbą skrócenia dystansu, zbliżenia, zrozumienia. Rozmowa szybko schodzi z poziomu biograficznych faktów na temat emocji, przemilczeń i rodzinnych narracji, które kształtują psychikę kolejnych pokoleń.
Prace Agaty Kuzko, Galeria OFF M, Chmielewskiego 18, fot. Mikołaj Tomczak
Patrząc na obrazy, trudno oprzeć się wrażeniu, że proces twórczy pełni tu rolę mediatora. Tam, gdzie zawodzą słowa, pojawia się obraz. To właśnie za jego pomocą Agata Kuzko buduje most między teraźniejszością a wspomnieniem, między własną perspektywą a doświadczeniem matki. W efekcie powstaje opowieść o pamięci, bliskości i potrzebie porozumienia, która wykracza daleko poza prywatną historię jednej rodziny.
Kultura na poddaszach i w magazynach
Kolejne kroki kieruję ku siedzibie Akademii Sztuki w Szczecinie. Schodzi się kilka stopni w dół, z gwarnego placu do chłodnych podziemi Pałacu pod Globusem. To tutaj znajduje się Galeria ZONA Sztuki Aktualnej. XIX-wieczna architektura staje się tłem dla sztuki, która mówi o problemach XXI wieku. Galeria powstała jako autorski projekt profesora Kamila Kuskowskiego. Narodziła się w Łodzi w 2008 roku, a trzy lata później przeniosła się do Szczecina. Od tego czasu konsekwentnie buduje program skupiony na najnowszych zjawiskach artystycznych, eksperymencie i dialogu ze współczesnością.
To tutaj podczas festiwalu obejrzałam wystawę „PRZY-WIDZENIA”, na której zobaczyłam choćby instalację Korneliusza Klepajczuka pt. „Kometa”. Artysta zamknął w niej figurkę samego siebie jakby w geście obrony przed światem. Moją uwagę zwróciły także prace Zofii Skrobuk, czyli rekonstrukcja żakietu z lat 1735-1740, uszytego i haftowanego ręcznie, oraz obraz „Anna Paulina z Sapiechów Jabłonowska”. W centrum wystawy rzeźba stoi zaś „SOS” Oliwii Milaszewskiej. Ten stelaż łóżka z fragmentem reportażu o warunkach leczenia psychiatrycznego w Polsce to z jednej strony akt oskarżenia wobec systemu, z drugiej – ciche wołanie o zmianę.
Prace Zofii Skrobuk, ZONA Sztuki Aktualnej w Szczecinie
Festiwal dobiega końca w Galerii Freedom, która bardziej przypomina artystyczny azyl niż instytucję kultury. Powstała z marzenia o wolności twórczej – o miejscu, w którym sztuka może rozwijać się bez ograniczeń, a artyści i odbiorcy spotykają się na równych prawach. Tego wieczoru przestrzeń wypełniają dźwięki jazzu. Na scenie pojawiają się studenci Wydziału Jazzu Akademii Sztuki, bo to właśnie w Szczecinie granice między pracownią malarską a salą prób jazzowych często stają się umowne. To jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie studenci sztuk wizualnych i muzycznych uczą się pod jednym dachem, a spotkanie różnych języków artystycznych jest częścią codzienności. Podobnie jak prezentowane podczas festiwalu prace, koncert opiera się na poszukiwaniu, eksperymencie i odwadze w przekraczaniu granic.
Szczecin najczęściej kojarzy się z portem, granicą i wielkimi narracjami historycznymi. Tymczasem prawdziwe życie miasta toczy się nie tylko na nabrzeżach, lecz także w pracowniach ukrytych na poddaszach kamienic, w galeriach urządzonych w dawnych magazynach. To miasto ludzi, którzy od lat budują kulturę poza głównym nurtem. W Szczecinie niezależna kultura nie jest modnym hasłem. Jest sposobem działania. Powstaje z uporu, z potrzeby tworzenia i z przekonania, że warto budować własne miejsca, nawet jeśli na początku niewiele osób wierzy w ich powodzenie. Szczecin przez dekady pozostawał trochę na uboczu, daleko od politycznych i kulturalnych centrów kraju. To oddalenie okazało się jednak źródłem siły. Tutaj łatwiej było szukać własnego języka, eksperymentować i wymyślać rzeczy po swojemu. Dlatego obok dużych instytucji wyrastają kolejne niezależne galerie, pracownie i kolektywy artystyczne. Być może właśnie dlatego Festiwal Hunting for Painting nie mógłby zaistnieć nigdzie indziej. Podobnie jak samo miasto, nie próbuje naśladować innych projektów i szuka własnego języka. Znajduje go w sztuce, która rodzi się z wolności.
4. edycja festiwalu „HUNTING FOR PAINTING”
28-31 maja 2026
7 wystaw zbiorowych, 6 solowych, 11 lokalizacji.
4 dni festiwalowe, wydarzenia towarzyszące