Franek Warzywa i Mlody Budda fot. Filip Kowalski-Oceanu
fot. Filip Kowalski-Oceanu

Wegesupremacja podbija świat. Rozmowa z Frankiem Warzywa i Młodym Buddą

( 24.03.2026 )

Franek Warzywa i Młody Budda nadal nagrywają razem. Ale na potrzeby pierwszego longplaya przemianowali się na vgtbl.pl. Ich warzywny patriotyzm jest teraz narzędziem podboju świata. Na „Vegetables Worldwide” mieszają się języki i muzyczne prądy, a produkcja w żaden sposób nie odstaje od globalnych hyperpopowych standardów.

Trwa wasza wielka zagraniczna ofensywa. Jak podsumujecie ten okres? 

Franek Warzywa: Mamy duże ambicje, więc łatwo jest reagować emocjonalnie, zwłaszcza kiedy coś nie wyjdzie. Ale przede wszystkim przyjemnie jest jeździć ze swoją muzyką i obserwować, jak jest odbierana w bardzo różnych miejscach. To wielki przywilej. 

*Reklama

Młody Budda: Wiele osób pyta, jak ludzie z innych krajów reagują na nasz język i na to, że śpiewamy po polsku. Bardzo pomaga, że występujemy z wizualami, które są w całości zsynchronizowane z naszą muzyką i zawierają tłumaczenie. Chcemy dostarczać wszelkich możliwych bodźców i kreować jak najszersze sensoryczne doświadczenie na żywo. Skaczemy i ganiamy na scenie, a za nami wyświetlają się intensywne animacje z luźnymi tłumaczeniami tekstów. Stopniowo docieramy do nowych osób. To super uczucie. 

Gdzie graliście przez ostatni rok? 

MB: Wszystko zaczęło się w 2024 roku, kiedy zjechaliśmy prawie wszystkie showcase’y [festiwale muzyczne dla branży, skupione na prezentacji młodych artystów – red.] w Europie. Zaczęliśmy od największego, czyli ESNS w Holandii. Byliśmy na kilkunastu tego rodzaju imprezach. Oprócz Holandii zawitaliśmy m.in. do Portugalii, Estonii, Litwy i trzykrotnie na Bałkany. Przede wszystkim byliśmy w Anglii na The Great Escape, jednym z najsłynniejszych, ale jednocześnie najtrudniejszych showcase’ów w branży. Oprócz tego pierwszy raz zagraliśmy na większych festiwalach poza Polską, na słowackiej Pohodzie i czeskim Pop Messe. Właśnie w tych dwóch krajach graliśmy najwięcej, po 3-4 razy w ciągu ostatniego roku. Zrozumieliśmy, że trzeba mierzyć siły na zamiary. Czechy i Słowacja już podbite, więc jedziemy dalej.

Zalążek pansłowiańskiego warzywnego imperium już macie. A wszystko to bez wsparcia ze strony dużej wytwórni i managementu.

FW: Tak. Nie mamy żadnej wytwórni. Dopiero szukamy ciekawych kontaktów i powoli odnajdujemy fajne osoby, które chcą z nami współpracować. Wygląda to obiecująco, ale na tę chwilę jesteśmy stuprocentowo niezależnymi artystami.

MB: Lubimy współpracować lokalnie, z różnymi osobami w różnych regionach, np. fotografami, bookerami czy innymi osobami artystycznymi. Budujemy siatkę, z której korzystamy, i sami podejmujemy decyzje.

Chcecie się trzymać tego DIY-owego, niezależnego szlaku za wszelką cenę? Czy budujecie infrastrukturę na własny użytek i w odpowiednim momencie skorzystacie z usług większej wytwórni lub agencji?

MB: To skomplikowany temat, bo z jednej strony wytwórnie muzyczne są trochę przestarzałym konceptem i nie są niezbędne, by dobrze sobie radzić. Agencje koncertowe to jednak inna sprawa. Czytałem ostatnio raport dotyczący artystek i artystów, którzy grają na Coachelli i Primaverze. Coraz więcej zespołów i pojedynczych wykonawców wydaje muzykę niezależnie, ale niemal wszyscy korzystają z usług agencji bookingowych. Widać, co dziś staje się ważne, żeby móc w spokoju tworzyć i z tej twórczości się utrzymywać. Fajnie samodzielnie nawiązywać kontakty z festiwalami, podtrzymywać osobiste relacje, ale to skutkuje mniejszą ilością czasu na poświęcanie się samej sztuce. W pewnym momencie trzeba będzie to przekazać komuś kompetentnemu.

Franku, jak się czułeś, wchodząc do anglojęzycznego świata? 

FW: Bardzo dobrze. Ciekawie jest testować różne osobowości i szukać nowych ścieżek na wyrażanie siebie w języku obcym. Musiałem się oswoić z językiem angielskim, ale ostatecznie używanie i polszczyzny, i angielszczyzny w piosenkach jest dla mnie całkiem naturalne. 

MB: Mnie zazwyczaj zniechęca, jak polscy artyści śpiewają tylko po angielsku. Gdy Enchanted Hunters lub Coals przeszli na język polski, ich muzyka zaczęła do mnie trafiać na poziomie osobistym. Sami chcemy mieszać języki, jak w świecie k-popu czy eurowizyjnych klimatów. Język polski nadal jest dla nas kluczowym elementem naszej tożsamości – artystycznej i prywatnej. W tym kontekście używanie w naszych piosenkach języka angielskiego przestaje być zwykłą kalką zachodnich standardów. 

*Reklama

Dziękujemy!

Franek Warzywa i Młody Budda, fot. nghtlou

Dla mnie siłą hyperpopu i wielu postinternetowych nurtów w muzyce są nowe formy wyrażania tożsamości – środkami, które jeszcze niedawno nie były dostępne. Wam na nowej płycie w wyrażaniu tożsamości narodowej pomagają nie tylko Chopin, ale też bober albo Pudzian.

FW: Tak, ta płyta właściwie opowiada o tym, jak wychodzimy poza Polskę, i o naszej ambicji przynależenia do czegoś większego w skali świata.

Czyli też o dorastaniu?

MB: Te wątki są ze sobą splecione, najlepiej widać to w „Bober (Who Am I)”. To zresztą mój ulubiony tekst na całej płycie. W pierwszej zwrotce jest taki fragment: „Wyszedłem z wody, żeby szukać patyków do mojej zagrody”. Woda jest bezpiecznym i ciepłym miejscem, z którego wychodzi się w poszukiwaniu środków materialnych, ale też jakiegoś rodzaju prawdy. Dla mnie tą wodą jest Polska. Są rzeczy, które już znamy i lubimy, ale czas poszukać kolejnych.

FW: To kluczowa piosenka w kontekście całego Vegetables Worldwide. Ma uniwersalny tekst, a przy okazji opowiada o bardzo osobistej przygodzie, którą jest dla nas wyruszenie w świat i – mam nadzieję – stopniowe podbijanie rynku muzycznego. Próbujemy też przekazać innym choć odrobinę kontekstu kulturowego, którym obrośliśmy, i szukać podobieństw w pozornie obcych sobie elementach. Kojarzyć Chopina z brazylijskim funkiem i tak dalej. W tej piosence jest też opisany kryzys jednostki pochodzącej z Polski – i wiemy, że nie dotyczy to wyłącznie nas – która na świecie może się czuć jak ten bober, czyli jakiegoś rodzaju mem, i właściwie nie wie, jak ją ten świat postrzega. Ten facet ze smartfonem i butelką wódki kręcący bobra jest tym krzywym zwierciadłem.

MB: Zresztą sam temat bobra był w dużej mierze zainspirowany właśnie koncertami za granicą. Gdy mówiliśmy „Hej, jesteśmy z Polski”, to często słyszeliśmy w odpowiedzi „bóbr kurwaaaa”. Na wyjazdach dowiedzieliśmy się, jak popularne są tego typu treści. To jest cała masa różnych filmików, gdzie Polacy w kontakcie z przeróżnymi zwierzętami klną i krzyczą z radości, a bober jest wizytówką tego zjawiska… Jak 10 lat temu Polak leciał na wczasy do Albanii lub Egiptu, to miejscowi kojarzyli nasz kraj z Wałęsą, Małyszem i Chopinem. Teraz ich miejsce zajmuje bober.

[…]

Dziękujemy!
( Anna Sidoruk )

Kultura obowiązkowa 12–18 stycznia

Cały wywiad został opublikowany w drugim roczniku drukowanego magazynu Mint.

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.