„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment
„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Gdzie ta odwaga. Recenzja „Wichrowych wzgórz”

( 13.02.2026 )

Filmowa wersja wydaje się mocno ugrzeczniona względem książki. Co jest w niej odważnego? Palce w ustach? Pseudoerotyczne grzebanie w rozbitym jajku? Fennell zrobiła z Heathcliffa, w tej roli Jacob Elordi, niemal miłego chłopaka, który od czasu do czasu rzuci jakąś groźbą. Książkowy Heathcliff był bezwzględny: gdy wywozi swoją przyszłą żonę z Drozdowego Gniazda, na odchodne wiesza jej ukochanego pieska.

Wiele z nas – przyznaję, ja również – przechodziło w wieku nastoletnim fazę bezgranicznej fascynacji powieścią Emily Brontë, myląc wyniszczającą obsesję z prawdziwą miłością. Oczekiwania wobec ekranizacji „Wichrowych wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell były ogromne, bo jej poprzedni film, błyskotliwa i bezlitosna „Obiecująca. Młoda. Kobieta” (2020), został bardzo dobrze przyjęty. Zderzenie tych dwóch wrażliwości, mrocznej, dziewiętnastowiecznej pasji Brontë i współczesnej, ironicznej ostrości Fennell, zapowiadało eksperyment niemal alchemiczny. Pytanie brzmiało: jakie stworzenie narodzi się z tego artystycznego romansu Brontë x Fennell?

Nie jest to adaptacja wierna książce, co samo w sobie nie stanowi ani zarzutu, ani pochwały. Historia kina zna przecież znakomite ekranizacje, które literacki oryginał traktują swobodnie. A jednak potrafią być świeże, odważne, interpretacyjnie płodne, wydobywają z tekstu coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka, zamiast jedynie ilustrować to, co już znamy. „Wichrowe wzgórza” to opowieść o relacji Heathcliffa — sieroty „czarnego, jakby go diabeł przysłał” (s. 24) — i Cathy Earnshaw, wychowujących się razem na surowych wrzosowiskach Yorkshire. Mała dziewczynka i chłopiec, którego odmienność od początku naraża na przemoc i pogardę, odnajdują w sobie sojuszników i wzajemnych obrońców. Ich więź, zrodzona z dziecięcej solidarności wobec wrogiego świata, z czasem nabiera coraz bardziej dramatycznego wymiaru.

Dziękujemy!

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Plastikowe wzgórza, wichry z dmuchawy

Zacznijmy od tego, że fascynujący urok „Wichrowych wzgórz” wyrasta z napięcia między surowością krajobrazu a intensywnością więzi, która rodzi się między bohaterami. Północne wrzosowiska są chłodne, niegościnne i bezlitosne, a uczucie między nimi przeciwnie: bezwarunkowe, intuicyjne, lojalne. To przywiązanie, poczucie bycia „przeciwko światu, ale razem”, pozwala im przetrwać. Ucieczka do wspólnie zbudowanego świata wyobraźni, pielęgnowanie więzi niemal symbiotycznej, staje się dla nich formą schronienia w rzeczywistości, która nie oferuje ani czułości, ani stabilności. Osieroceni jako dzieci, pozostają pod opieką Hindleya, starszego brata Cathy, człowieka rozgoryczonego i zniszczonego autodestrukcyjnymi zachowaniami. W Heathcliffie widzi on uzurpatora ojcowskiej miłości i traktuje go z okrucieństwem; wobec Cathy pozostaje chłodny, karząc ją za więź, którą stworzyła „ze znajdą”. Nieporadny i pełen żalu, Hindley stopniowo przepija rodzinny majątek, wraz z nim także tytułową posiadłość, która staje się dowodem jego porażki. O ile w powieści Brontë surowość wrzosowisk kontrastuje z intensywnością emocji bohaterów, stając się niemal dodatkową postacią opowieści. To z kolei w filmie Fennell  emocje bohaterów są wygrywane przez przeestetyzowaną scenografię i kostiumy.

*Reklama

Cathy stworzone przez Brontë była uosobieniem dzikości, buntu i nieposkromionego temperamentu – to czyniło ją fascynującą. Była świadoma siły swojego uroku, pragnie swobody i wolności. W ekranizacji Cathy grana przez Margot Robbie nosi ciasny gorset, ma sztywno ułożone włosy, jest przytłoczona ciężkimi strojami, biżuterią i scenografią. Ta sztywność wygląda jak antyteza dzikości. Do tego, niezależnie od okazji — pogrzeb, święto, spacer na wietrze i w błocie — Cathy niemal zawsze nosi suknię z ogromnym dekoltem. Nie zrozumcie mnie źle, gdybym mogła, to zostałabym ambasadorką wielkich dekoltów. Ale wygrywane w tak wielu scenach w podobny sposób, stają się nieco komiczne. Chciałoby się czasem okryć tę bohaterkę czymś ciepłym i przestrzec ją przed nieuniknioną chorobą. Cathy w powieści mogła nosić dekolty, ale równie pociągająca była rozczochrana, w płaszczu czy brudnych sukniach, na zmianę troskliwa i drocząca się – to na tej niejednorodności polegała jej charyzma. W filmie widzimy ją w błyszczącej sukni z plastikowego materiału, a emocje odgrywane przez aktorów bywają równie syntetyczne, co strój. Realizm oczywiście nie był celem Fennell, ale mistycyzm i miłość spoza grobu, cała ta nadprzyrodzona aura powieści, w ekranizacji po prostu wyparowuje.

Dziękujemy!

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Uproszczenia i ugrzecznienia 

Spotkałam się z opiniami, że oto wreszcie mamy odważną wersję, że reżyserka pokazuje to, czego pisarka w XIX wieku nie mogła napisać. Ech, musimy poprawiać sobie nastrój, sądząc, że z czasem stajemy się coraz śmielsze… Konieczne jest więc podważenie tych głosów: film na tle książki wydaje się uproszczoną wersją dla opornych. Powieść Brontë jest znacznie bardziej zniuansowana, zarówno jeśli chodzi o strukturę — fabułę snuje przecież służąca Nelly Dean, zwierzając się nowemu lokatorowi Drozdowego Gniazda — jak i w warstwie emocjonalnej. Bohaterowie powieści wymykają się prostym ocenom, współczucie wobec nich łatwo przechodzi w moralny dyskomfort. Filmowa wersja wydaje się mocno ugrzeczniona względem książki. Co jest w niej odważnego? Palce w ustach? Upozowane grzebanie w rozbitym jajku? Fennell zrobiła z Heathcliffa, w tej roli Jacob Elordi, niemal miłego chłopaka, który od czasu do czasu rzuci jakąś groźbą. Książkowy Heathcliff jest bezwzględny: gdy wywozi swoją przyszłą żonę z Drozdowego Gniazda, na odchodne wiesza jej ukochanego pieska. Po ślubie nie waha się przyspieszyć jej śmierci. Otwiera i bezcześci grób Cathy, by tulić się do jej kości. Nasz współczesny Heathcliff przywiązuje żonę do łańcucha, ale wygląda to raczej jak rodzaj gry, na którą ona się zgadza. Czym jest więc zabawa w stylu BDSM wobec powieściowej brutalności i wątków nekrofilskich? Filmowe przyglądanie się bliznom na spoconych plecach, sapanie sobie w szyję czy gmeranie dłonią pod sukienką nie wydają się ani specjalnie odważne, ani kontrowersyjne, raczej delikatnie udają prowokację. Główny problem tego filmu to właśnie brak odwagi, którą wykazała Brontë.

Dziękujemy!

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Wybielanie Heathcliffa 

Powstało już wiele adaptacji „Wichrowych wzgórz”, i wyraźnie widać, że reżyserki i reżyserzy są niechętni, by w roli Heathcliffa obsadzić aktora zgodnego z opisem Emilii Brontë. Wyjątkiem pozostaje adaptacja Andrei Arnold, gdzie w rolę Heathcliffa  wciela się czarnoskóry aktor James Howson. „Ach, jakże bym chciał mieć takie jasne włosy, taką piękną cerę…” — wyznaje książkowy Heathcliff (s. 36). Te słowa mówią bardzo wiele o jego charakterze i miejscu w społeczeństwie. Kolor jego skóry staje się jednym z głównych powodów, dla których jest źle traktowany przez otoczenie; obok różnic klasowych to właśnie wygląd napędza działania i pragnienia bohatera. Ta odmienność jest źródłem gniewu i ogromnej ambicji, a także pożądania Cathy – relacja z Heathcliffem jest jednak niemożliwa i z powodu różnic etnicznych, i z powodu różnic klasowych. I właśnie dlatego tak wiele ekranizacji, poza tą Andrei Arnold, czyni bohatera białym, wygładza, upraszcza — a tym samym wymazuje jeden z najważniejszych wątków całej historii. Ostatecznie w filmie dostajemy kolejną dziwną decyzję castingową, nieco surrealną. W roli Edwarda Lintona, w książce białego, bogatego i uprzywilejowanego głównego rywala Heathcliffa, zostaje obsadzony Shazad Latif, brytyjski aktor pakistańskiego pochodzenia, który znacznie bardziej pasowałby do roli samego Heathcliffa.

Dziękujemy!

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Jedna dusza w dwóch osobach

Chciałabym wziąć w obronę to, co najczęściej przywołuje się jako dowód toksyczności relacji Cathy i Heathcliffa – słynne wyznanie o „wspólnej duszy”. Nie bronię interpretacji, że jest to historia o wyniszczającym związku; bronię sensu tych słów. W epoce, która chętnie posługuje się językiem terapii i szybko opatruje relacje etykietą „toksyczności”, „braku granic”, deklaracja o współdzieleniu duszy może brzmieć jak sygnał alarmowy. Tymczasem słowa Cathy: „[Heathcliff] jest bardziej mną niż ja sama. Nie wiem, z jakiego kruszcu zrobiona jest moja dusza, ale moja i jego są takie same” (s. 51)  – parafrazowane  również w filmie, wyrastają z bardzo konkretnego doświadczenia. Heathcliff trafia do domu Earnshawów jako dziecko znalezione na ulicy, niemal rówieśnik Cathy. Dorastają razem, jak bliźnięta: wspólnie przeżywają śmierć rodziców (pan Earnshaw kocha Heathcliffa bardziej niż rodzone dzieci), wspólnie też mierzą się z wrogością Hindleya, który widzi w znajdzie uzurpatora ojcowskich uczuć. W kontekście trudnego i wspólnie spędzonego dzieciństwa poczucie współdzielenia „jednej duszy” przestaje być romantyczną hiperbolą, a staje się próbą opisania egzystencjalnej symbiozy. Wyznanie to nie odnosi się w powieści do miłości romantycznej, lecz do historii traumatycznego dzieciństwa, co moim zdaniem wydaje się dużo ciekawsze; pogłębia obraz ich relacji i tłumaczy, dlaczego była tak skomplikowana. 

Dziękujemy!
( Arek Kowalik )

Przegląd tygodnia 26 lutego – 3 marca

Dziękujemy!

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Dwie połówki

Popularność interpretacji „Wichrowych wzgórz”, zarówno książki, jak i filmu, jako historii o „toksycznej relacji”, więcej mówi o tym, jacy jesteśmy dziś, niż o samy dziele. Obecnie częste i popularne jest ostrzeganie przed „toksycznymi związkami”, kobiety poszukują relacji, które nie będą ich zatruwać. Absolutnie to wspieram. Jednak podsumowywanie książki tą kategorią zawęża znaczenia tekstu. Cathy i Heathcliff mogą być czytani niemal jak jedna postać, rozbita na to, co społecznie akceptowalne, i to, co wyparte. Heathcliff reprezentuje dzikość, nieprzystosowanie, gniew, ranę, i jest tym, czego Cathy musiała się wyrzec, by przetrwać w świecie konwenansów. Jej pociąg do niego – o którym mówi, że jest wyrazem wierności samej sobie – staje się też pragnieniem połączenia z tym, co wyparte, próbą zintegrowania własnej „ciemnej” części. Ich namiętność jest nie tylko romantyczna, to również metafora  napięcia, które odczuwamy wszyscy, między tym, kim trzeba być, a tym, kim się jest naprawdę.

Dziękujemy!

„Wichrowe wzgórza”, reż. Emerald Fennell, mat. prasowe Warner Bros. Entertainment

Szkło powiększające

Spektakularna forma filmu skrywa uproszczoną treść, a w połączeniu z urodą aktorów daje zaskakujący efekt: obojętności i powiewu lekkiej nudy, z której co jakiś czas wyrywają widza ciekawsze sceny fizycznej bliskości między bohaterami. To nie jest zły film – jest po prostu średni. A mógłby być niesamowity. W finałowej scenie pociekły mi po policzkach łzy, co mogłoby stanowić niezbity dowód na to, że film działa. Tyle że nie do końca ufam własnym łzom, bo płyną nawet wtedy, gdy oglądam tragiczne losy kotów wygenerowanych przez AI.

Przypomnienie sobie książki przed filmem działa jak szkło powiększające – uświadamia nam, ile szczegółów wypłaszcza ekranizacja, i jak niweczy wieloznaczność oryginału. Ekranizacja Fennell oferuje zaskakująco mało. Informacja o tym, że powstaje nowa adaptacja „Wichrowych wzgórz”, uruchomiła mnóstwo dyskusji dotyczących konstruowania mitu miłości romantycznej, sposobu budowania postaci tragicznych kochanków, tego jak bohaterowie ekranizacji wpływają na nasze postrzeganie i tworzenie relacji. W mediach zastanawiano się też, czy popularność podobnych filmów może wpłynąć na budowanie wzorców męskości. I być może dyskusje medialne bywają ciekawsze i bardziej pogłębione niż filmy, których dotyczą. 

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.