„Love is Blind: Polska”, Netflix, fot. Karolina Grabowska
„Love is Blind: Polska”, Netflix, fot. Karolina Grabowska

Wjazd z traumami. Za co lubimy „Love is Blind: Polska”

( 03.06.2026 )

Obejrzałam polską wersję „Love is Blind”. Tego rodzaju produkcje to moje guilty pleasure, więc nie będę wam ściemniać, że ojej, jak to się strasznie męczyłam. Byłam totalnie zafascynowana tym eksperymentem socjologicznym.

Zresztą „Randkę w ciemno” sto lat temu też połykałam, rzecz jasna. I te ich cudowne zwracania się do siebie nieustannie w wołaczu: „Ewo, wydajesz się interesującą dziewczyną”. „Jacku, co za ciekawe pytanie!”. Odpowiedzi mieli wykute na blachę i brzmieli jak pierwsze wersje syntezatorów mowy Ivona.

A 30 lat później pojawiła się polska wersja „Love is Blind” i od razu zaczęłam podglądać, skacząc między odcinkami, te wszystkie odpowiedniki szwedzkie, japońskie i habibi.

No więc tak. W wersji polskiej na dzień dobry jest natychmiastowy wjazd z traumami. – Cześć, jak masz na imię? – Asia. – Co u Ciebie? – Mam złe doświadczenia, bo moi rodzice się rozwiedli, brat nie żyje, leczyłam depresję, a mój ex mnie zdradzał. A u Ciebie? – No podobnie. – To niesamowite, wydajesz się taki bliski. Super znaleźć bratnią duszę!

Dziękujemy!

„Love is Blind: Polska”, Netflix

Czytałam, że komentarze internautów spoza Polski najczęściej dotyczyły właśnie tego elementu: skąd producenci wzięli tyle straumatyzowanych osób w jednym programie. A to Polska właśnie. Nasza historia, nasze kompleksy, nasz PRL, nasze powstania i rozbiory. Jestem przekonana, że gdybym znalazła się w tym programie, gadałabym tak samo. Jak nie o własnych traumach, to o narodowych.

Druga rzecz: prawie nie ma ujęcia bez kieliszka. Pary rozmawiają przez ścianę z kieliszkiem w ręce, poznają się z kieliszkiem w ręce, siedzą z kieliszkami w basenach, sypialniach i na imprezach. Wszystkie naczynia są wielkie i matowe, bo – jak tłumaczą twórcy – „dzięki temu montażyści mogą swobodnie łączyć materiał wideo bez obaw o zauważalne skoki w ilości płynu”. Uczestnicy zaś mówią — tak, zaczęłam to guglować — że w kieliszkach były napoje zgodne z porą dnia i atmosferą: od wody po lemoniadę i alkohol. A wiadomo, że wodę, lemoniadę i alkohol pijemy codziennie z wielkich złotych kielichów. Mamy więc świat, w którym relacje buduje się z kieliszkiem w ręce i z pozycji własnej traumy.

*Reklama

Polubiłam jednak te pary i ich dziwactwa, chociaż „auuu!” doprowadzało mnie do białej gorączki, podobnie jak wszystkie angielskie „nice”. A gdy mężczyźni nie umieli powiedzieć czegoś po polsku, bo emocjonalnie ich to przerastało, przechodzili na angielski: „nie chcę mieć żadnych regrets”. Generalnie wszyscy mówią w pongliszu. Ołemdżi, f*ck, messy – przyzwyczajmy się do tego, język polski to elastyczne zwierzę, które zawsze sobie radziło z zapożyczeniami: od zaborów po Polonię w Czikago. A w kabinach „Love is Blind” nie siedzą Gulczas z Manuelą, którzy słuchali polskiego rocka lat 90. oraz imprezowali przy Dr Albanie, tylko Daria i Filip, którzy mają playlisty na Spotify i robią viralowe rolki na Instagramie dla swoich followersów. Drugiej części zdania Gulczas i Manuela by nie zrozumieli.

Artykuły, wpisy, posty o programie i jego uczestnikach pączkują. Fenomen analizują psychologowie, socjologowie, influenserki, ja z koleżankami w pracy oraz wy ze swoimi koleżankami. Pierwsza edycja się skończyła, a my wszyscy podglądamy, co się dzieje z bohaterami programu po jego zakończeniu. Pisze te słowa osoba prawie 50-letnia – i zapewniam was, że tak samo robiliśmy z bohaterami pierwszej edycji „Big Brothera”. Jestem z Poznania i aż zadzwoniłam do koleżanki, jak zobaczyłam Gulczasa na mieście!

Dziękujemy!

„Love is Blind: Polska”, Netflix, fot. Rickard Aronsson

*Reklama

Wszyscy próbują sobie odpowiedzieć na pytanie: po co my to oglądamy? Po co emocjonalnie inwestujemy w cudze historie? Z jakiego powodu wchodzimy w relacje paraspołeczne, w jednostronne więzi emocjonalne z osobami oglądanymi na ekranie, które nie mają pojęcia o naszym istnieniu? Przecież jak Damian miał zobaczyć pierwszy raz Martę, to – jako osoba wiecznie się odchudzająca – martwiłam się tylko tym, czy oni nie odrzucą się dlatego, że oboje mają nadwagę. I przysięgam, że miałam prawdziwy wyrzut dopaminy, gdy padli sobie w ramiona!

Koleżanka mówi, że według niej oglądamy ten format, bo kochamy podglądać życie i dramy innych ludzi. Zapewne tak. Gdy jestem za granicą, zawsze zaglądam ludziom w okna, zwłaszcza w takim Amsterdamie albo Nowym Jorku. I mam wrażenie, że oni na pewno mają tam za tymi oknami lepiej i mają fajniejsze życia. Zapewne głównie dlatego, że mnie tam nie ma. Być może więc, oglądając „Love is Blind”, wyobrażamy sobie, że kto jak kto, ale gdybyśmy tylko byli gdzie indziej, nie z tym chłopem, co właśnie głośno beknął, to na pewno codziennie rano pilibyśmy z tych złotych kielichów kawę, a do kuchni wchodzilibyśmy ubrani tak jak uczestnicy do tych pustych kabin albo jak w Wiedniu na imprezie sylwestrowej, gdy wiek XX zmieniał się w XXI.

Dziękujemy!

„Love is Blind: Polska”, Netflix, fot. Piotr Matey

Dziękujemy!
( Film ) ( Esej ) ( Recenzja ) ( Marcin Stachowicz )

Niezidentyfikowane obiekty sąsiedzkie. „The Curse”

Jednak Internet mówi, że oglądamy ten format, bo wszyscy czują to samo: każdy chce być kochany za to, kim jest w środku, bez względu na to, jak wygląda, skąd pochodzi, kim są jego rodzice i czy ma prawo jazdy. Ja tylko nie mogę uwierzyć, że oni tam naprawdę  w kilka minut potrafią zapomnieć, z czym się mierzyli przed przyjściem do programu: to, że na co dzień są nieustannie w social mediach, że żyją w świecie wiecznych ocen. I siedzą sobie, i rozmawiają w tych kabinach, i zakochują się w swoich wyobrażeniach, w tych wszystkich sztuczkach umysłu, i nie próbują zminimalizować ewentualnej porażki przy pierwszym spotkaniu. Za to absolutnie wszyscy uwielbiają seks, uprawiają go codziennie i bardzo lubią seksowną bieliznę. I w ogóle nie są zainteresowani swoim wyglądem! Produkcja daje nam poczucie, że miłość naprawdę może być ślepa.

A ja sobie wyobrażam, że tak naprawdę na etapie kabin wszyscy są Malikami i pytają nie tylko o stan uzębienia, ale też o wzrost, wagę, wymiary, kolor włosów, oczu, cellulit, o to, czy kiedyś się odchudzałaś i czy masz może brzuszek lub – oczywiście to nie ma dla mnie znaczenia – czy może jesteś, nie daj Boże, łysy? Bo przecież fizyczność, chemia, chęć zachowania gatunku to podstawa naszego przetrwania, więc nie jestem pewna, czy miłość w ogóle może i powinna być ślepa. Rozumiem jednak, że w świecie aplikacji randkowych i scrollowania dalej chcemy wierzyć, że istnieje w jakimś Netflixie relacja oparta na autentyczności, a nie na wizerunku.

Dziękujemy!

„Love is Blind: Polska”, Netflix, fot. Piotr Matey

Budowanie relacji to wyjątkowo ciężka robota. Zwłaszcza kiedy jest się Polakami z Polski. Potwierdzam osobiście. Dlatego podejrzałam kilka kabinowych odcinków wersji szwedzkiej – tam zdecydowanie bardziej bym się odnalazła. Uczestnicy od razu zadają sobie szereg pytań, które pomagają im szybko skompletować dobre elementy związku, niczym zestaw mebli do sypialni SONGESAND z IKEA. Jeśli nie jesteś chrześcijaninem, nie jesz mięsa, nie lubisz psów, nie pragniesz tego czy owego, to nie traćmy na siebie czasu. I moje ulubione pytanie ze szwedzkiej edycji: co jest dla ciebie codziennym luksusem? I ja sama, mimo że dziecko już w dużej mierze odchowane, wpadłam w panikę: co to jest codzienny luksus?! Że z psem pójdę dookoła bloku? Że kąpiel wezmę?

Uczestnicy polskiej wersji „Love is Blind” mają ok. 30–35 lat. To ja może przypomnę, że najnowsze badania nad naszą populacją pokazują, że ponad 60–70% Polaków zmaga się z przewlekłym przemęczeniem, 30-latkowie są w pułapce permanentnego stresu, a konsultacje psychiatryczne i psychologiczne w tej grupie wiekowej wzrastają lawinowo. Nie wiem, co poza kabinami jest codziennym luksusem dla Julity, która pracuje w szkole w Radomiu i aby na czas zdążyć do pracy, musi wyjść z domu o 5.30. Przy okazji samotnie wychowuje nastolatka. Ale gdybym na jej miejscu siedziała wystrojona w tej wypasionej kabinie, ze złotym kielichem w ręce, zakochałabym się w pierwszym mężczyźnie, który nie wytłumaczyłby mi od razu świata i powiedział, że jestem dzielną kobietą. I na pewno powiedziałabym mu, że choć o osiemnastej padam na twarz, to najbardziej kręci mnie seks codziennie.

Nie lubimy niedomkniętych historii, chcemy od razu poznać zakończenie i wierzyć, że jest dobre – kto nigdy nie przeczytał ostatniego zdania w książce tuż po jej otwarciu? Chcemy wiedzieć, że inni mają tak jak my; w żołądku czujemy, że trzeba spieprzać, ale mózg już zdążył popaść w tzw. efekt aureoli i na podstawie jednego miłego zachowania przypisał delikwentowi cały zestaw uroczych przymiotów, na które nie ma żadnego dowodu.

„Love is Blind” to wspaniały elementarz wszystkich błędów poznawczych, które popełniamy na co dzień. To dopamina jak przy scrollowaniu, brak konieczności zajęcia się sobą przez jeden chociażby sezon. A przede wszystkim pewność, że my w tych kabinach bylibyśmy nareszcie sobą – bo ten beznadziejny fakt, że na co dzień musimy się widzieć, słyszeć, patrzeć na swoje miny, chodzić do pracy dwa dni po pierwszej randce oraz zgadzać się na ciągłe kompromisy, wciągać brzuch i wstawiać pranie, wszystko psuje! Bez tego całego przereklamowanego życia dookoła nasi partnerzy mogliby wreszcie zobaczyć, jacy jesteśmy naprawdę.

Dziękujemy!

„Love is Blind: Polska”, Netflix, fot. Karolina Grabowska

„Love is Blind: Polska” 
Netflix, 2026

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.