Bez fotografii nie mogę już żyć. Zofia Rydet w The Photographer’s Gallery w Londynie
( 06.03.2026 )
Rydet wybierała regiony z wyrazistymi tradycjami: od Podhala, przez Górny Śląsk aż po Podlasie. Podróżowała głównie bez samochodu, na własną rękę. Migawkowa forma „Zapisu” dojrzewała przez lata, lecz dopiero zakup odpowiedniego sprzętu – co w realiach epoki nawet dla uznanej autorki było wyzwaniem – pozwolił jej zrealizować projekt.
Starsza, zgarbiona kobieta rozkazującym tonem mówi do modela: „Nie uśmiechać mi się, broń Boże! I patrzeć prosto w obiektyw. To jest naprawdę doniosła chwila”. Naciska spust migawki. To Zofia Rydet, która w wieku 67 lat ruszyła w drogę i przez kolejne dwie dekady dokumentowała znikający na jej oczach świat polskiej prowincji. Robiła to niemalże aż do swojej śmierci w 1997 roku. Przystaję, aby w spokoju obejrzeć poświęcony fotografce krótki film. Jestem na wystawie „Zapisu socjologicznego”, jej opus magnum, w prestiżowej The Photographer’s Gallery w Londynie.
Kuratorski rygor
Skala projektu robi wrażenie. To ponad 20 tysięcy negatywów, których trzon stanowią zdjęcia ludzi we wnętrzach ich domów: głównie wiejskich, drewnianych chałup, ale też i mieszkań w blokach z wielkiej płyty. Bohaterowie są portretowani w pojedynkę, w parach, w grupach; siedzą, stoją, leżą, zawsze w tym samym ujęciu, zwróceni w stronę aparatu. Rydet wybierała regiony z wyrazistymi tradycjami: od Podhala, przez Górny Śląsk aż po Podlasie. Podróżowała głównie bez samochodu, na własną rękę. Migawkowa forma „Zapisu” dojrzewała przez lata, lecz dopiero dopiero zakup odpowiedniego sprzętu – co w realiach epoki nawet dla uznanej autorki było wyzwaniem – pozwolił jej zrealizować projekt. Flesz rozjaśniał słabo oświetlone wnętrza, szerokokątny obiektyw umożliwiał uchwycenie jak największej liczby szczegółów w niewielkich pomieszczeniach, a aparat małoobrazkowy był logistycznym ułatwieniem.
„Zofia Rydet: Sociological Record”, widok wystawy, dzięki uprzejmości The Photographer's Gallery w Londynie
„Zofia Rydet: Sociological Record” to pierwszy przekrojowy pokaz prac artystki w Wielkiej Brytanii. Kuratorzy – Clare Grafik, główna kuratorka instytucji, oraz Karol Hordziej, od lat zajmujący się spuścizną Rydet – do swojej pracy podeszli z tym samym rygorem, który cechował artystkę. Choć mieli do dyspozycji przepastne archiwum, wystawę oparli wyłącznie na odbitkach, które przygotowała własnoręcznie. To znaczący gest kuratorski. Rydet zrezygnowała bowiem z pracy w ciemni już na początku lat 80. Na jednym z archiwalnych zdjęć ukazanych na wystawie widać drobną kobietę w kapciach, która stoi przy powiększalniku w ciasnej klitce zastawionej stertami papierów światłoczułych. Wielogodzinne przesiadywanie w dusznym pomieszczeniu musiało być dla niej dużym fizycznym obciążeniem. „Fotografia jest walką ze śmiercią, z zanikaniem, tylko aparat fotograficzny może zatrzymać czas”, mówiła o swojej pracy. To właśnie w swojej praktyce artystycznej znajdowała energię do dalszego działania, i póki starczało jej sił, wybierała pracę w terenie.
Zofia Rydet w ciemni w swoim mieszkaniu w Gliwicach, autor nieznany, z Archiwum Fundacji im. Zofii Rydet
Źródeł jej zainteresowania kulturą ludową można doszukiwać się jeszcze w czasach przedwojennych, kiedy – zachęcona przez brata – kupuje swój pierwszy aparat Agfa Box i robi zdjęcia dzieciom z huculskich wsi w Karpatach. Mieszka wówczas jeszcze w rodzinnym Stanisławowie, dzisiejszym Iwano-Frankiwsku w Ukrainie. Przychodzi na świat w 1911 roku, w inteligenckiej rodzinie – ojciec jest prawnikiem, a matka wychowuje dwójkę dzieci, Tadeusza i o dwa lata młodszą Zofię. Mimo marzeń o studiach plastycznych w Krakowie, poddaje się naciskom rodziców i kończy Główną Szkołę Gospodarczą Żeńską w Snopkowie pod Lwowem, która kształci przyszłe panie domu. Edukacja nie zdaje się jednak na wiele. Rydet nigdy nie wychodzi za mąż, nigdy nie zostaje też matką, za to całe życie rozwija swoje artystyczne pasje.
Od sklepu papierniczego do kanonu fotografii humanistycznej
Wojenna zawierucha sprowadza rodzinę Rydetów do Rabki, skąd Zofia wyjeżdża na Górny Śląsk, do Bytomia. Tam przez piętnaście lat prowadzi sklep papierniczy. We własnoręcznie sporządzonym życiorysie notuje lakonicznie: „Dopiero w 1951 roku zajęłam się poważnie fotografiką, mając już Exaktę”. Zachęcona sukcesami w lokalnych konkursach, wstępuje do prężnie działającego Gliwickiego Towarzystwa Fotograficznego, a niewiele później zostaje przyjęta do ZPAF-u. Ogólnopolskie uznanie przynosi jej cykl „Mały człowiek”, ważny przykład fotografii humanistycznej w Polsce (wydany również jako książka, w świetnym projekcie Wojciecha Zamecznika). Na początku lat 60. Rydet przeprowadza się do niedalekich Gliwic, gdzie podejmuje pracę jako nauczycielka fotografii na Politechnice Śląskiej i rozwija swoją działalności artystyczną. Powstają kolejne prace: „Czas przemijania” czy „Świat uczuć i wyobraźni” (który, w zeszłym roku można było po wieloletniej przerwie obejrzeć w krakowskim MuFo). Praca na uczelni daje jej finansową niezależność, a finalnie skromną emeryturę, dzięki której może realizować „Zapis”.
Efektem polsko-brytyjskiej współpracy jest kameralna, wręcz intymna odsłona tego ikonicznego projektu. Przestrzeń galerii została zaaranżowana oszczędnie, w monochromatycznej tonacji, z rzędami klasycznie powieszonych odbitek i kilkoma gablotami, w których kuratorzy zgromadzili osobiste pamiątki fotografki: własnoręczne notatki, oryginalne wydania albumów, wspólne zdjęcia z przyjaciółmi i rodziną, pierwsze kadry z huculskich wsi. Ekspozycję otwiera – dosłownie – ściana rzeczy z podhalańskiego Chochołowa: święte obrazki w najróżniejszych stylach i formatach, godło Polski, rodzinne portrety, krzyż. Z sufitu zwieszają się girlandami dzbanki, dewocjonalia, zydle, poroże, marynarka i medal z wizerunkiem papieża. Dopiero po chwili zauważam przycupniętego na łóżku staruszka, który nieśmiało patrzy w obiektyw. Poetyka nadmiaru i niedostatku, którą Rydet uchwyciła na zdjęciu, ilustruje pierwotny zamysł „Zapisu”. Projekt miał koncentrować się na „przedstawieniu człowieka poprzez przedmioty”, bez akademickich pretensji. To nie surowa, typologiczna rejestracja motywów – ludzkich jak u Augusta Sandera, czy nieludzkich, jak u Hilli i Bernda Becherów.
Materialny wymiar życia bohaterów jest z pewnością istotnym wątkiem tej serii, jednak o sile kadrów decyduje ulotna relacja, która wytwarza się między osobami po dwóch stronach aparatu. Rydet dostaje przyzwolenie na utrwalenie sytuacji codziennych, banalnych: tu ktoś przerywa obieranie ziemniaków, tam ktoś budzi się z poobiedniej drzemki. W pamięć szczególnie zapadło mi zdjęcie mężczyzny o szlachetnych rysach, który pozuje w znoszonym podkoszulku. Fotografowany z innej niż zazwyczaj perspektywy, lekko z ukosa – tak, aby w kadrze znalazło się również jego odbicie w lustrze toaletki – łagodnym wzrokiem śledzi kobietę. Nad nim starannie oprawione zdjęcie z młodości, w eleganckim garniturze, pod krawatem; to właściwie portret potrójny. Jak wspomina Anna Beata Bohdziewicz, przyjaciółka artystki: „Sfotografowani przez nią ludzie patrzą na nas dzisiaj tak, jak patrzyli przed laty na Zofię Rydet. Intensywność ich spojrzenia zawdzięczamy jej osobowości i sposobowi, w jaki ona na nich patrzyła. To jest właśnie magia fotografii”.
„Zofia Rydet: Sociological Record”, widok wystawy, dzięki uprzejmości The Photographer's Gallery w Londynie
Kobiety na progach i inne cykle
Wchodząc w dialog z tradycją dokumentalną, Rydet niestrudzenie poszukiwała nowych sposobów ekspresji. John Grierson, teoretyk filmu, nazywał takie podejście „twórczym potraktowaniem rzeczywistości”: fotografka nie uprawiała ani chłodnej, obiektywnej rejestracji, ani nie narzucała swojej autorskiej perspektywy. Z czasem z „Zapisu” wyłaniają się krótsze serie, mniej restrykcyjne pod względem formy i tematu. Na wystawie zobaczyć można między innymi „Kobiety na progach” – studium póz i gestów kobiet stojących w drzwiach swoich domów. Jedne pozują pewnie, wręcz wyzywająco patrząc na fotografkę; inne z kolei – być może nieprzyzwyczajone do uwagi, jaką im się okazuje – są wyraźnie skrępowane. „Okna” to z kolei zdjęcia wiejskich stołów ustawionych zazwyczaj pod kuchennym oknem. Pstrokate ceraty, koronkowe firany i rośliny doniczkowe różnych gatunków tworzą niemal surrealistyczne tło dla codziennych spraw. W innej serii, „Mit fotografii”, Rydet kieruje swoją uwagę ku samemu medium, a konkretnie praktykom związanym z użyciem obrazu fotograficznego w przestrzeniach prywatnych. Głównym jej motywem staje się monidło – ręcznie podkolorowany portret, często jedyne zdjęcie w wiejskim domu. W Londynie opisane cykle zyskują nową odsłonę: eksponowane są jako równorzędna część projektu, autonomiczna wypowiedź, a nie jedynie jego uzupełnienie.
Z cyklu „Zapis socjologiczny” © Zofia Rydet, dzięki uprzejmości Fundacji im. Zofii Rydet
Klamrą wystawy staje się wspomniany na wstępie dokument Andrzeja Różyckiego, „Nieskończoność dalekich dróg” z 1980 roku. W końcowym ujęciu widzimy Rydet na poboczu drogi. Kamera oddala się, aż w końcu jej sylwetka gubi się w krajobrazie. Ten obraz zostaje ze mną na dłużej. Londyński pokaz nie monumentalizuje „Zapisu”. Decyzja kuratorów, by zrezygnować ze zdigitalizowanej części archiwum i skupić się na stosunkowo niewielkim wyborze prac na papierze, ma głębsze znaczenie. W dobie cyfrowej nadprodukcji przypomina o materialnym wymiarze fotografii, a przede wszystkim o tym, że za każdą z tych odbitek stoi osoba – Zofia Rydet, jej uważne spojrzenie, zmęczone ciało i upór. „Bez fotografii nie mogę już żyć” – mówi w filmie. I w tych słowach najpełniej zawiera się istota jej pracy.
Za zaproszenie do Londynu dziękuję Instytutowi Adama Mickiewicza, który współorganizował wystawę.
„Zofia Rydet: Sociological Record”
The Photographer’s Gallery, Londyn
10 października 2025 – 22 lutego 2026
kuratorzy: Karol Hordziej, Clare Grafik