Zawody w wyciąganiu chłopa z wody. Wystawa Edwarda Dwurnika w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
( 10.08.2026 )
Po obejrzeniu wystawy prac Edwarda Dwurnika w Muzeum Sztuki Nowoczesnej wiemy, że był wybitnym malarzem, że w sercu miał awangardę, że szukał połączenia między perspektywą klasy robotniczej a sztuką inteligencką. Wszystko to jest bardzo ciekawe, tylko co nam ta wystawa mówi o samym Dwurniku?
Oto ten, któremu się udało. Edward Dwurnik, stawiany za przykład sukcesu w polskiej sztuce. Uwielbiany przez publiczność, cieszący się zainteresowaniem krytyków, wyceniany tak, by można było ze sprzedaży obrazów kupić sportowy samochód. Dwurnik – klasyk malarstwa, Dwurnik – ikona popkultury. Każdy ma swojego. Choć nie każdego na niego stać.
Mam swojego Dwurnika i ja. Mój patrzył na mnie od rana do późnego popołudnia na wydziale Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego. To tam wisiał jego obraz – w poczcie ważnych postaci polskiej sztuki, które lewitowały mi nad głową, gdy wkuwałem pryncypia przedstawień świętych na przykładzie drzwi gnieźnieńskich. Innego Dwurnika spotykałem w domach tych, którym finansowo się powiodło, a symbolem sukcesu w pierwszej dekadzie XXI wieku był obraz Dwurnika nad kanapą, najlepiej taki niebieskawy z widokiem miasta. Nawet gdy ze znajomymi podpieraliśmy ścianę w klubie Plan B, to była to ściana wymalowana przez Edwarda Dwurnika. Dwurnik był jak Pidżama Porno – wszyscy ich słuchali, ale kto się do tego przyznał, tracił wszystkie ciężko zdobyte punkty coolnessu.
Dwurnikowi nie pomagały anegdoty, które przytaczał chociażby Piotr Bazylko w „Przewodniku kolekcjonera sztuki współczesnej”, gdzie wspominał, jak to Dwurnik podjeżdżał pod Zachętę luksusowym samochodem. Z bagażnika wyciągał prace, bo choć pracował z galeriami, to handlować lubił sam. Nie pomagały historie samego Dwurnika, który chwalił się, że czasem zdarza mu się obrazem zapłacić napiwek kelnerce ze Szpilki lub Szparki. Nie pomógł sam Dwurnik. Moje jedyne spotkanie z artystą, podczas imprezy modnego (wówczas) magazynu lajfstajlowego, należało do tych, które opisuje się potem hasłem „oddzielmy artystę od sztuki”. Udając brak stremowania, podszedłem do artysty, a ten, próbując wyostrzyć wzrok na mojej twarzy, oparł się o ścianę i zwrócił… reszta niech pozostanie na zawsze w klubie przy Mazowieckiej.
Edward Dwurnik, fot. Teresa Gierzyńska, z archiwum Fundacji Edwarda Dwurnika
Polska, duma i wstyd
Mój Dwurnik to zlepek kilku nienajszczęśliwszych kontaktów, ale wiem, że sztuka jest większa od artysty. I tak jest też ze sztuką Dwurnika. Przekonałem się o tym w 2021 roku, trzy lata po nagłej śmierci artysty w październiku 2018. W 2021 w toruńskim CSW zorganizowano Dwurnikowi wielką retrospektywę. Kurator Krzysztof Stanisławski zatytułował ją „Polska”. Miała prosty cel: pokazać jak wielu jest malarzy w Edwardzie Dwurniku. To tam zobaczyłem po raz pierwszy wielkie płótno – „Bitwę pod Grunwaldem”, którą artysta wcześniej pokazywał na Wawelu (2011). To wtedy zobaczyłem prace Dwurnika na papierze i obrazy poświęcone robotnikom, karykatury, sceny rodzajowe. Bo Dwurnik malował wszystko, jakby ciągle czuł, że coś go goni. I tę gorączkę Dwurnika widać było w różnorodności prac. Być może na wystawie panował chaos, ale i takie jest malarstwo Dwurnika.
Edward Dwurnik, „Społem” (z cyklu „Obrazy duże”), 1975, Muzeum Narodowe w Warszawie
Pięć lat po wystawie w Toruniu, w sierpniu 2026, otwiera się wystawa „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wystawa, która ma nam pokazać, co Dwurnika wyróżniało, zanim stał się tym Dwurnikiem, którego poznałem ja. Wystawa, która – chociaż rozłożona na pięć sal z małym appendyksem – ma raczej butikowy charakter. Ze wsparciem Poli Dwurnik przygotował ją Łukasz Ronduda, kurator MSN, który wielokrotnie pokazywał, jak ważny jest temat relacji między artystą i społeczeństwem. Wystawa Daniela Rycharskiego w tymczasowej siedzibie MSN, wystawa „Nowa sztuka narodowa” oraz filmy, choćby „Powiedz mi, co czujesz”. Najnowsza produkcja Rondudy pokazuje losy artysty wzorowanego na Patryku Różyckim, a wszystkie jego projekty opowiadają o tym, jak artysta i społeczeństwo wzajemnie na siebie wpływają.
Pola Dwurnik i Łukasz Ronduda na otwarciu wystawy „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, fot. Alicja Szulc
Wystawę „Duma i wstyd” otwiera sala, w której z każdej strony patrzy na nas wielki obraz Dwurnika. Na jednym z nich widzimy dwójkę ludzi, których pochodzenie określa ich strój. Oto chłoporobotnicy, warstwa społeczna, z której wywodził się Dwurnik. Grupa, z której się wywodził, i grupa, do której przestał należeć, właśnie dzięki malarstwu. Na ścianie obok wisi wielka panorama polskiego społeczeństwa, obraz ludzi czekających na autobus, trochę jak w pracach Andrzeja Wróblewskiego czy Bronisława Linkego, powojennych artystów, którzy uciekali od abstrakcji w kierunku sztuki społecznej. Ronduda twierdzi, że jest w tych obrazach coś z cenionej przez Dwurnika twórczości Jana Matejki. Jest też wielki grupowy portret malowany wraz z przyjaciółmi: Przemysławem Kwiekiem, Zofią Kulik czy przyszłą żoną artysty Teresą Gierzyńską. Ten obraz ma pokazać, że Dwurnik był częścią awangardy, choć malował tradycyjnie na płótnie.
Edward Dwurnik, „Przystanek autobusowy” (z cyklu „Obrazy duże”), 1974, Fundacja Edwarda Dwurnika
Awans: nowa dyscyplina
Jeden z ważniejszych punktów całej wystawy to kolejny portret zbiorowy, na którym Dwurnik maluje także siebie – rzecz w jego sztuce niezwykle rzadka. Ta praca pokazuje mi przede wszystkim, jak wiele z Dwurnika pozostało w dzisiejszej sztuce. Nie chodzi o światopogląd, tylko sposób patrzenia na świat. Obrazów Karola Radziszewskiego czy Mikołaja Sobczaka nie byłoby, gdyby nie Dwurnik – jego spuścizną jest to stłoczenie postaci, ta gruba kreska konturu, dziwna plama, która sprawia, że twarze wyglądają jakby ktoś nakładał ludziom makijaż.
Kurator Łukasz Ronduda na wystawie „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, fot. Alicja Szulc
Sala otwarcia wyznacza azymut wystawy, tyle że wiele z wątków, które podnosi – awangardowość, zbiorowość (w rozumieniu grupy twórczej) szybko się urywa. Zostają tytułowe „Duma i wstyd”, a na wystawie: dwa cykle, „Sportowcy” i „Robotnicy”, które cieszyły się ogromną popularnością w latach 70. i 80. „Sportowcy”, malowani w latach 70., byli ilustracją społeczeństwa przemiany. Oto w kraju biedy i reżimu, kraju przed papieżem i przed piłkarskim sukcesem na mistrzostwach świata w 1974 roku, społeczeństwo uczy się nowej dyscypliny sportowej – wyciągania się za uszy z biedy. Dwurnik malował tę dyscyplinę, w której sam przecież uczestniczył. Wyprowadził się z rodzinnego Radzymina, jako pierwszy w rodzinie poszedł na studia. W tych obrazach widać Dumę, bo wiele z wiejskich, robotniczych postaci, to po prostu siłacze. Z drugiej strony Wstyd, który maskował ironią, żartem, formą przypominającą twórczość komiksową. Ten wątek komiksowego myślenia o malarstwie nie wybrzmiał na wystawie, a szkoda, bo przecież widać go jak na dłoni. Spójrzcie chociażby na jeden z obrazów, gdzie para siedzi przy stole. „Jadę na Śląsk!”, deklaruje mężczyzna, a skulona kobieta odpowiada: „Zmarnowałeś mi życie”.
Edward Dwurnik, „Kobieta w hamaku” (z cyklu „Sportowcy (XV)”), 1991, Fundacja Edwarda Dwurnika.
Na wystawie „Sportowcy” wydają się hiperspójnym cyklem. Szereg obrazów o identycznych formatach zebrano w klaster przypominający kalejdoskop. To ciekawy zabieg, wzmagający jeszcze chaos i, przynajmniej w moim odczuciu, nerwowość obrazów Dwurnika. Nie podoba mi się natomiast, że to zlepienie prac jest w zasadzie jedynym zabiegiem, który powtarza się na wystawie kilkukrotnie. Czasem mam wrażenie, że znów trafiłem do galerii, która po prostu handluje obrazami Dwurnika.
Niektórym pracom kurator dał więcej przestrzeni – i dobrze im to robi. Tak jest na przykład z mrocznym cyklem „Robotnicy” malowanym w latach 80. Dwurnik sięga tu po malarstwo socrealistyczne. Ta zakurzona wówczas formuła służy mu do pokazania rozjazdu między klasą robotniczą a resztą społeczeństwa. „Te ohydne gęby roboli” z 1986, z karykaturalnymi przedstawieniami ludzi, których dziś określono by mianem „Sebixów”, to w zasadzie ołtarz pogardy, jaki wobec klasy pracującej żywiła i władza, i warstwa inteligencka. Przydałby nam się dziś taki Dwurnik, który pokazywałby, jak cynicznie politycy wykorzystują społeczne zaangażowanie ludzi do manipulowania nimi. Wtedy i dziś – władza mówiąca „jesteśmy tacy jak wy” kłamie, zdaje się twierdzić artysta, i to jest dla mnie Dwurnik radykalny. Jednocześnie warto pamiętać, że w latach 80. on sam decyduje się pokazywać prace w galeriach państwowych, które wielu artystów odrzuciło jako reżimowe. To pęknięcie nie jest tu widoczne, a szkoda, bo znów pokazuje, jak wewnętrznie sprzeczną postacią był Dwurnik.
„Edward Dwurnik. Duma i wstyd”, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, fot. Alicja Szulc
Oprawianie szczurów
W tym miejscu wystawa robi zaskakujący zwrot. W zaułku, za drzwiami, wisi kilka obrazów, które pokazują trzewia artysty, a może i źródło jego strachów. Dwurnik przyszedł na świat w 1943, 19 kwietnia, czyli dokładnie w dzień wybuchu powstania w Getcie Warszawskim. Jak powiedział mi kurator wystawy, żył z obsesją, że ta historia się powtórzy. Malował siebie z odciętą głową, a obok tego obrazu wisi „Matka oprawiająca szczury”. Warto pójść do MSN choćby dla tego jednego obrazu, bo kwestionuje on wszystko, co wiem o Dwurniku. Malowany szerokimi pociągnięciami pędzla, ciężką, brudną plamą, bez konturów, bez zabudowanego architekturą tła. W tym obrazie zderzają się przemoc, codzienność, okrucieństwo, głód, natura. Tu jest wszystko, o czym Dwurnik rzadko mówił wprost.
Pola Dwurnik na wystawie „Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, fot. Alicja Szulc
Na pewno nie mówił o tym w latach 90., w epoce końca historii, gdy on i wielu innych artystów uwierzyli w tę bajkę. Wystawienie w MSN „Tulipanów”, nudnawych obrazów przypominających tapetę, jest świetnym posunięciem. Nie są to dobre prace, ale w ten sam sposób, niemal dosłownie w ten sam, błądzili inni artyści. Paweł Kowalewski z Gruppy w latach 90. maluje cykl „Fin du Siècle”, gdzie też króluje motyw tapety w kwiaty. Ale dzieł Kowalewskiego na wystawie nie ma. W ogóle nie ma tu zderzenia Dwurnika ze sztuką innych artystów, a myślę, że byłoby to ciekawe – nawet gdyby to zrobić mniej radykalnie niż w przypadku wystawy Aleksandry Waliszewskiej, którą zestawiano z malarzami XIX wieku. Dwurnik sam przyznawał, że zdarzało mu się zamalowywać obrazy innych malarzy (przytacza nawet opowieść o tym, jak zamalował obraz Sasnala). Przecież to równie awangardowy co obrazoburczy gest! A skoro Ronduda mówi o tym, jak Dwurnik powołuje się na innych malarzy, ten dialog warto by pokazać. Wstawienie Matejki do MSN byłoby najpiękniejszym queerowaniem klasyki. Jeśli już mówić o artyście społecznym, to dlaczego nie ująć tego zjawiska w szerszym kontekście?
Kontekstów na wystawie brakuje. Dwurnik został sam ze swoją dumą i swoim wstydem, a wystawa jest tak samo o nim jak o słuszności sprawy, o którą walczył. Widzimy Dwurnika spełniającego konkretne postulaty, ale nie wychodzącego poza nie. A szkoda, bo każdy z tych obrazów wymyka się kategoriom, tak jak sam artysta. Dwurnik był przegięty, był cyniczny, był zawstydzony, a MSN-owy Dwurnik jest ubogacony, w kościelnym znaczeniu tego słowa. Jakby nie nazywał rzeczy po imieniu, tylko ukrywał je pod łatką czegoś słusznego i wzniosłego.
„Edward Dwurnik. Duma i wstyd” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, fot. Alicja Szulc
„Edward Dwurnik. Duma i wstyd”
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
31 lipca 2026 – 28 lutego 2027
kurator: Łukasz Ronduda