Filipka Rutkowska, fot. Pernille Haugen, dzięki uprzejmości Her Clique

Jestem prostą babą ze Śląska, która squeerowała świat sztuki

Aleksander Hudzik
wywiad
21.06.2024
12 min. czytania

Za rzadko opowiadamy o świecie z perspektywy osób queer i należy konsekwentnie uzupełniać tę perspektywę. Rozmowa z Filipką Rutkowską o wolności i o tym, czym jest dom dla osób queer.

Z Filipką Rutkowską rozmawiamy przy okazji wystawy A PROFECÍA w Her Clique w Lizbonie.

Grasz w teatrze, przygotowujesz performanse, tworzysz wystawy. Kim jesteś?

Filipka Rutkowska: Jestem wszystkim naraz: kuratorką, artystką performerką, aktorką. Nie pamiętam wszystkich swoich zawodów. Jest ich kilka.

Jaki jest w takim razie cel twojej pracy?

Różnorodne doświadczanie życia, funkcjonowanie w różnych grupach – to powoduje, że mogę być blisko różnych punktów widzenia.

Niedawno napisałaś felieton o niszczeniu sztuki przez aktywistki klimatyczne. Bronisz i aktywistek, i tych, którzy nie chcą, by dzieła niszczały.

Bo jestem i za aktywistami, którzy chcą w ten sposób zwracać uwagę na problemy świata, i za muzealnikami, którzy są zobowiązani dbać o sztukę, kochają te obiekty i walczą o nie. Na tym polega queerowość, albo może nawet niebinarne myślenie – reprezentujesz kilka  punktów widzenia jednocześnie. Czujesz się dobrze zarówno w centrum Warszawy, jak i daleko poza nią. To się wyraża także w mojej seksualności, czuję się wszystkimi płciami, używam wszystkich zaimków. I chcę to robić także jako kuratorka, która patrzy na sztukę z perspektywy artystów, instytucji, publiczności oraz ludzi, dla których sztuka jest obca.

I każda z tych perspektyw jest twoja?

Na wystawie, którą ostatnio przygotowałam w Lizbonie, pokazałam m.in. pracę Mai Janczar, obraz namalowany tak, że postać i środowisko, które je otacza, wydają się ulepione z jednej materii. Można przecież tworzyć różne relacje z otoczeniem, wtopić się w nie, rozmyć swoje granice – po to, żeby wynurzyć się z niego w nowy sposób. Ta praca jest dla mnie metaforą różnych technik obcowania z otoczeniem i ciągłego mieszania perspektyw.

Ale rozumienie wszystkich jest chyba niemożliwe. Rozumiesz na przykład ludzi, którzy odrzucają queerową walkę o wolność?

W jakiś sposób rozumiem ludzi, dla których queerowa rewolucja jest czymś totalnie abstrakcyjnym. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób seksualność nie jest istotna, nie chcą poświęcać jej uwagi. Sama mam wiele sfer życia, o których nie lubię myśleć. Na przykład nie rozumiem fascynacji gotowaniem, tym całym zamieszaniem wokół jedzenia. Męczy mnie to i nie lubię się tym zajmować. Jednak bez względu na to, jaki kto ma stosunek do seksualności, istnieją dla mnie humanistyczne zasady, które są ponad to. Matka, która ma trójkę dzieci i męża, może opowiadać o swoim życiu na takich samych zasadach, jak osoba queer, która żyje w poligamicznym związku i nie zamierza się reprodukować. Na tym polega równość społeczna. Co ważne, te odmienne osoby, które całkowicie inaczej przeżywają swoje życie, wcale nie muszą się kochać.

Filipka Rutkowska, fot. Pernille Haugen, dzięki uprzejmości Her Clique

Przenieśmy się do Meksyku. Skąd się wzięła Casa Filipka?

Casa to dom, Casa Filipka to dom dla osób artystycznych, który na pewien czas otworzyłyśmy razem z Izą Depczyk i jej platformą Her Clique. To była wystawa w Meksyku, w wynajętym domu. Dla mnie ważna była sama idea domu jako czegoś tymczasowego, ponieważ osoby queer często zakładają właśnie takie tymczasowe domy. Czasem po to, żeby się schronić, czasem, żeby uciec, czasem zwyczajnie dlatego, że efemeryczność jest bardzo mocno wpisana w tożsamość osób, których nie wspierają systemy polityczne, prawo czy zasady społeczne.

W tym konkretnym projekcie chodziło o to, by do domu zaprosić artystki z Europy Wschodniej i połączyć je z artystkami i performerkami z Meksyku. 

To połączenie nie jest przypadkowe. W warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej kilka lat temu można było oglądać wystawę „Inny Trans-Atlantyk” opowiadającą o sztuce artystów i artystek z Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej. Wystawa była poświęcona wierze w budowanie lepszej przyszłości za pomocą sztuki. Idea Casa Filipka nawiązuje też do Casa Susana, artystycznego domu osób queer z przełomu lat 60. i 70. z Nowego Jorku. Wtedy w Stanach powstał dom, w którym osoby nienormatywne mogły poczuć się bezpieczne. To nawiązanie jest ważne, bo buduje szerszy wachlarz odwołań. Często myślę o tym, że działania osób queer zbyt często skupiają się na ciele, seksualności i emocjach, a zbyt rzadko mówimy o wielkich globalnych narracjach, w które nasza tożsamość się wpisuje. Pokazywanie historycznych analogii lub właśnie transkontynentalnych wspólnot to znak, że współtworzymy globalną politykę. Za rzadko opowiadamy o świecie z perspektywy osób queer i należy konsekwentnie uzupełniać tę perspektywę.

Skoro o polityce: w tym roku są trzy parady równości w Warszawie. Na którą pójdziesz?

Nie będzie mnie wtedy w Warszawie, więc w tym roku nie muszę podejmować tego wyboru, ale myślałam o tym, że tak długo, jak istniał czynnik zewnętrznego zagrożenia w postaci władzy PiSu, to była jedna parada – a jak tylko otrzymano więcej wolności, parada zaczęła się rozpadać. Zamiast budować jeszcze szerszą platformę, która będzie walczyć o ideę równości społecznej w Polsce, osoby LGBTQ+ się kłócą. I co mamy? Trzy parady, osłabienie siły. Masowa parada równości w Warszawie była jasnym sygnałem dla społeczeństwa, że idea walki o równość jest w Polsce ma się dobrze. 

Filipka Rutkowska, fot. Pernille Haugen, dzięki uprzejmości Her Clique

Dziwi cię ta sytuacja?

Nie. Być może jest to naturalne stadium rozwoju pewnego ruchu społecznego: teraz wejdzie w fazę rozdrabniania się, bo ujawnią się różne jego wizje. Być może w tej nowej formule będzie tkwić inny rodzaj siły, ponieważ po etapie dużej widoczności pojawi się kolejny, mniej oczywisty. Społeczność queer jest przecież bardzo zróżnicowana, czego pewnie nie widać dobrze z zewnątrz. Są w niej różne wyobrażenia na temat relacji osób queer ze społeczeństwem. Jedni stawiają na dialog, inni wręcz domagają się, by społeczeństwo uznało ich wizję jeden do jednego. Łatwo z pięknych idei stworzyć narzędzie dyscypliny, czasem robi się to mimo dobrych intencji. Nie wyobrażam sobie, że będę kogoś dyscyplinować, mówić, jak ma się do mnie zwracać. Jeśli ktoś się upiera, że w jego oczach jestem Filipem, zastanawiam się, dlaczego ta osoba sprowadza mnie do Filipa, skoro stoję przed nią w sukience i make-upie. Język inkluzywny jest po to, żeby walczyć o wolność, a nie bić kogoś po głowie. Dlatego osobiście jest mi bliżej do dialogu społecznego niż do postawy, gdzie domagam się, żeby rzeczywistość dopasowała do moich wyobrażeń, bo wierzę, że to właśnie tak można uzyskać długoterminowe zmiany, które się utrwalą. Poza tym to ja decyduję kim jestem, a nie inni ludzie.

A może właśnie trzeba dyscyplinować tych wszystkich wujków, którzy zawsze wiedzą lepiej?

Nie wydaje mi się, żeby osoby queer miały na tyle siły, żeby zdyscyplinować wszystkich toksycznych heteryków w tym kraju. Świadomość, że siłą nie rozwiążemy problemu, jest ważna. Uważam, że trzeba tworzyć przestrzeń na refleksję, zadawać sobie pytanie, dlaczego wielu ludzi ma w sobie homofobię czy transfobię.

Filipka Rutkowska, fot. Pernille Haugen, dzięki uprzejmości Her Clique


Często zadaję sobie to pytanie. Jako cis hetero mężczyzna czuję strach, że kogoś zranię, mówiąc do tej osoby nie tak, jak powinienem. Albo że gdzieś nieświadomie będę kogoś krzywdził transfobicznym zachowaniem.

No i to ważne, żeby być wrażliwym na takie kwestie. Jednak wiele rodzajów uprzedzeń wynika nie z samych ludzi, ale z kultury, w której żyjemy – i mogą one być bardzo nieoczywiste. Pamiętam, jak już jakiś czas temu wyszedł taki mem obśmiewający Jarosława Kaczyńskiego poprzez przedstawienie go jako kobiety. Najpierw mnie rozbawił, a potem zrozumiałam, że to przecież upokorzenie przez porównanie kogoś do przeciwnej płci. Niestety dotarło to do mnie dopiero po chwili. Osoby queer też popełniają błędy. Poza tym wiele z nas nosi w sobie różne fobie, nie dlatego, że tego chce. Tak zostaliśmy wychowani. I wielu osobom nie jest łatwo przezwyciężyć systemu myślenia, w którym jest się od urodzenia. 

Spośród twoich wielu osobowości zawodowych jest też historyczka sztuki. Zastanawiam się, co ci dała?

Dla mnie historia sztuki to jedna z najważniejszych dziedzin nauki. Studiując historię sztuki, uczysz się, jak na przestrzeni czasu dawano widoczność różnym ideom, uczysz się tego, w jaki sposób ludzie postrzegali świat przed tobą. Poza tym sztuka jest bardzo dobrą alternatywą dla języka ludzkiej seksualności. To język kształtujący się w opozycji do języka teoretyczno-medycznego. Kiedyś uczestniczyłam w debacie na uniwersytecie razem z osobami, które ten temat badają z perspektywy czysto akademickiej, i zrozumiałam wtedy, że mówię jednak innym językiem. Uważam, że język sztuki lepiej komunikuje coś, co jest w pewien sposób tajemnicą. Seksualność wynika przecież z pożądania, a trudno dokładnie sprecyzować, jak ona działa. Pożądanie nie jest wynikiem precyzyjnych obliczeń, jest raczej tajemniczą, nieprzewidywalną siłą, którą trudno kontrolować. Poza tym to właśnie dyskurs medyczny odebrał osobom queer wolność, bo wytworzył jasne, precyzyjne pojęcia, takie jak homoseksualizm czy transseksualizm, które potem wpisano na listę chorób.

A co daje język sztuki?

Daje tajemnicę. Uważam, że ta niewiadoma jest piękna. Zwłaszcza w kontekście queer. Sama do końca życia nie będę wiedziała, czym jest moja płeć. Uważam, że to o wiele ciekawszy sposób myślenia o tożsamości, który lepiej odnosi się do aktualnych przemian społecznych.

Co to znaczy?

Na ten moment jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że to otoczenie przypisuje nam naszą tożsamość. Często czujemy, że musimy się jakoś ustosunkować do tego, jak widzi nas społeczeństwo. To kwestia nie tylko płci, ale i różnych innych tożsamości. Jednym ze sposobów na uzyskanie większej wolności przez jednostki jest stworzenie z tej tożsamości tajemnicy. Z kolei tam, gdzie społeczeństwo zmusza nas do tajemnicy, na przykład jeśli chodzi o życie seksualne, należy te narzucone sekrety upubliczniać. Zamiana tych dwóch sytuacji może być źródłem wolności. W moim przypadku to działa. Na przestrzeni lat podświadomie przeprowadziłam na sobie pewien rodzaj eksperymentu, z którego jestem zadowolona, i w swojej pracy chcę się tym podzielić z innymi ludźmi. 

A czym się teraz zajmujesz najintensywniej?

Teraz jestem performerką i w tym trybie zaprezentuję się w Galeria Municipal w Porto, w Cricotece oraz na festiwalu Open’er z ramienia Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Tam opiszę swoje życie w zabawny sposób, w formie nawiązującej do stand-upu. Nie będę przestrzegać granic między queerowością a normatywnym życiem i jestem ciekawa tego eksperymentu. Będę nawiązywać do śląskiego życia i zamierzam to opowiedzieć w ślunskiej godce.

Na Śląsku odbywa się festiwal Piosenki Przegiętej.

Brałam w nim udział kilka lat temu.

Czym jest ten festiwal?

Polega na tym, że ludzie się zgłaszają, by wykonać piosenkę i zaprezentować się na scenie.

Po śląsku?

To nie jest warunek!

Szkoda.

Są tam na ogół zwykłe piosenki, światowe przeboje. Zgłosiłam się do tego festiwalu w czasach, gdy prawie nikt nie brał w nim udziału. Wtedy było czterech uczestników, bo ludzie jeszcze się bali. Zajęłam ostatnie miejsce.

Bo nie umiesz śpiewać?

Od jednej z uczestniczek usłyszałam, że jestem za mało queerową osobą, bo nie mam pełnego make-up’u i założyłam prostą sukienkę, a nie jakiś wymyślny strój. Być może okazałam się za mało queerowa jak na Śląsk. Ale dostałam kubek na pocieszenie, kubek z napisem Śląsk Przegięty.

A ty godosz?

Nie, ale jestem osłuchana z gwarą oraz śląskim akcentem. Wychowywałam się na tradycyjnym śląskim placu. Teraz wracam do tej tożsamości jako performerka. To rekonstrukcja tożsamości, której nie nauczyłam się na Śląsku. Gdy tam mieszkałam, godanie traktowano jak rodzaj niedouczenia. Tego języka nie było w szkole, nie mogłam się go nauczyć od rodziców. Dopiero po czasie zaczęto wydawać słowniki i opracowania językowe. Kiedy dekadę temu przeprowadziłam się do Warszawy, miałam mocny akcent, czego nie byłam świadoma. Z czasem jednak ten akcent straciłam, bo w Warszawie ludzie mówią inaczej.

Filipka Rutkowska, fot. Pernille Haugen, dzięki uprzejmości Her Clique

Czyli nie mówiłaś po śląsku, a teraz zaczniesz. Śląskie cultural appropriation, tak?

No nie, bo urodziłam się w Katowicach, więc mam prawo. Ale też nie chodzi wcale o to, że całe życie na placu świdrowałam. Chodzi o gest, o zainteresowania kulturą, wrażliwością, w której się wychowywałam. Poza tym tworzę w ten sposób nowy kontekst dla kultury regionalnej, która nie jest zamykana w skansenie, tylko łączy się z nowymi globalnymi zjawiskami kulturowymi. Jeśli już dokonuję jakiegoś zawłaszczenia, to tylko warszawskiego świata sztuki, w który wchodziłam całkowicie od zera jako obca osoba. Jestem prostą babą ze Śląska, która ten świat squeerowała (śmiech).