Reklama

Muzeum Karykatury fot. Julia Pietrzak

Jednego dnia robiliśmy sześć odcinków „Śmiechu warte”. Rozmowa z Tadeuszem Drozdą

Karol Owczarek
film
wywiad
8.05.2024
8 min. czytania

Gdy mnie pytali, czemu jako inżynier elektryk zdecydowałem się na karierę w rozrywce, odpowiadałem, że z lenistwa. Z prowadzącym „Śmiechu warte” rozmawia Karol Owczarek

Gdy występował pan w „Śmiechu warte”, uwierzyłby pan, że kiedyś fragmenty tego programu trafią na wystawę, jak to się właśnie stało w Muzeum Karykatury w Warszawie?

W ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Traktowałem ten program jak wiele innych, poza tym w tamtym czasie bardzo dużo występowałem na estradzie i w kabarecie. Gdy przyjeżdżałem do Szczecina na nagrania, robiliśmy jednego dnia sześć odcinków „Śmiechu warte”. To było szalone tempo. Pokazywanych filmów nie oglądałem wcześniej, tylko zapowiadałem je spontanicznie na podstawie krótkiego opisu. Wtedy mało kto miał kamerę, więc większość wideo przysyłanych do konkursu pochodziła z chrzcin i wesel, gdzie wynajmowano kamerzystę. Siłą rzeczy, choć przychodziły tych filmów setki tygodniowo, były do siebie podobne. Wybuchały afery, bo gdy osoba, która opłaciła nagrywanie jakiejś uroczystości, przysyłała kasetę i wygrywała, to zdarzało się, że kamerzyści walczyli ze swoimi klientami w sądach o prawa autorskie i pieniądze. A nagrody były atrakcyjne, raz można nawet było wygrać dom pod Warszawą.

Pamiętam, że jako dziecko chciałem wysłać do „Śmiechu warte” swoje nagranie z sylwestra z początku lat dwutysięcznych, gdy mój tata odpalał fajerwerki, za późno od nich odszedł i na wideo wyglądało to tak, jakby rakiety z pudełka wystrzeliły mu w twarz.

Może byście coś wygrali. W tych filmach przeważnie ktoś upadał – taki to był humor. Ale oglądalność była rzeczywiście niesamowita, przed telewizorami siadały całe rodziny, od wnuków po dziadków. Dlatego do dziś ten program jest nadal dobrze pamiętany.

Tadeusz Drozda, Śmiechu warte

Był to program prekursorski – pierwsze tak duże show w polskiej telewizji. Można go też nazwać protoplastą YouTube’a.

A to nie my wymyśliliśmy, bo powstawał na amerykańskiej licencji, jako jeden z pierwszych w Polsce. Filmy, które były pokazywane, w większości były ze Stanów. Polski był tylko konkurs. 

Wystawa w Muzeum Karykatury nosi tytuł „Wolne żarty”, co ma sugerować, że w latach dziewięćdziesiątych, po upadku komunizmu, w Polsce humor mógł się rozwijać swobodnie. Już nie było cenzury, a jeszcze nie było poprawności politycznej.

Pamiętam, jak mnie pytano w latach dziewięćdziesiątych, o czym będę mówił na scenie, skoro już wszystko wolno. A ja odpowiadałem, że mi zawsze było wszystko wolno. W PRL-u cenzurowano książki, filmy czy programy telewizyjne, ale na występy kabaretowe cenzorom się nie chciało chodzić. Tekstów też nie mogli mi sprawdzić przed ich wygłoszeniem, bo ich nie pisałem i improwizowałem na scenie. Gdy zaczynałem karierę w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, cenzura była zresztą już pozorna. Dziś niektórzy występujący w tamtych czasach, a obecnie sympatyzujący z prawicą, jak Wolski czy Pietrzak, obnoszą się, jacy to byli za komuny waleczni i odważni. A prawda jest taka, że nikt z tej branży nie siedział w więzieniu za swoje występy. Wolski był zresztą sekretarzem partyjnym. Sam nie odczułem żadnych szykan, chyba że ewentualnie jakieś ekonomiczne. W zasadzie jedynym tematem nietykalnym dla nas kabareciarzy była przyjaźń polsko-radziecka.

W latach 90. były jakieś tematy, których nie poruszano na scenie mimo uwolnienia żartów?

Raczej nie żartowano z Jana Pawła II i Kościoła. Papież był uważany za największego Polaka, a Kościół za opokę wolności, która pomogła ludziom przetrwać komunizm. Dopiero dziś mówi się wprost, że kler to stado pazernych facetów, mających wiele niegodziwości na sumieniu. Za to z Wałęsy, który był niemal tak samo znany jak papież, śmiano się bardzo, bo to była kolorowa postać. Kiedyś w „Dyżurnym Satyryku Kraju” wymyśliliśmy fikcyjny plebiscyt na najbardziej dowcipnego polityka. Uznaliśmy, że zwyciężył Wałęsa i pojechałem do Gdańska zrobić z nim wywiad. Gdy wręczałem mu nagrodę, w ogóle się nie zdziwił.

Śmiechu Warte – 474 – 11.01.2004

Czy dziś podczas występów uważa pan na żarty z niektórych tematów?

Nie mam tego problemu, bo obecnie bardzo rzadko występuję. Raz na miesiąc ktoś się odezwie z propozycją i tyle. A do internetu mi się nie chce nagrywać.

Na ten wywiad też się panu na początku nie chciało spotkać. Mówi pan, że jest pan leniwy, a jednak zrobił pan mnóstwo rzeczy.

Tak, nagrałem około tysiąca odcinków programów telewizyjnych. Ale gdy mnie pytali, czemu jako inżynier elektryk zdecydowałem się na karierę w rozrywce, odpowiadałem, że z lenistwa. Bo do występów nie musiałem się niczego uczyć – po prostu stawałem na scenie i improwizowałem, a ludzie się śmiali. To mi najłatwiej przychodziło, a na dodatek przynosiło dochody. Zaczynałem na studiach w latach siedemdziesiątych w kabarecie Elita i szybko się zorientowałem, że kariera sceniczna jest dla mnie dużo ciekawsza niż praca w fabryce czy na uczelni. Wkroczyłem do świata artystycznego, poznałem wszystkich świętych estrady i kabaretu, brali nas do telewizji, stawaliśmy się rozpoznawalni w całym kraju. A przy tym nie czułem, że pracuję. Płacono dobrze, a niewiele wymagano. Teraz kabaretów w Polsce jest pełno, ale wtedy były ze cztery.

Skąd wzięła się u pana umiejętność występowania jako stand-uper i improwizator? Teraz ludzie chodzą na zajęcia z improwizacji.

Mam to wrodzone. Jak mi dadzą mikrofon, to potrafię gadać godzinami, zawsze coś wymyślę. Kiedyś w telewizji padł nawet pomysł, żebym zgłosić mnie do księgi rekordów Guinnessa z najdłuższym show. Obliczyłem, że mógłbym śpiewać piosenki i mówić monologi przez jakieś siedem godzin. Ale okazało się, że nie można robić tego i tego w ramach jednego bicia rekordu, a były już rekordy w śpiewaniu przez osiem godzin i opowiadaniu dowcipów przez kilka dni.

Życie artystyczne w kabarecie było równoznaczne z hulanką? 

Wiązało się to z alkoholem. Jeździło się z miasta do miasta, wszędzie mieliśmy znajomych, wieczorem nie było zwykle innych pomysłów na spędzanie czasu niż picie i gadanie. W PRL-u alkohol był podły, ale można było kupić bony i w Peweksie dostać tanią whisky. Jedzenie też było podłe, schabowy czy golonka to były atrakcje.

Lata 90. oznaczały większy dostatek?

Generalnie z roku na rok było więcej. Jestem osobą, która nigdy nie wydawała więcej niż zarabiała. Nigdy nie szalałem, choć szczególnie oszczędny też nie byłem. Kupiłem jakieś akcje, inwestowałem w nieruchomości. Raz w życiu kupiłem sobie lepszy samochód, mercedesa, ale tylko dlatego, że miałem firmę i wziąłem go w leasing, żebym mógł odliczać podatek. Dom kupiłem w 1976 roku i do dziś w nim mieszkam. Nie mam dużych potrzeb.

Czuje się pan spełniony?

Niby tak, ale zmarnowałem mnóstwo czasu. Trzeba było spisać teksty, zadbać o spuściznę. A u mnie rządził przypadek. Zrobiłem z siebie instytucję usługową. Dzwonili, że jest coś do zrobienia, to robiłem. Przeleciało trochę tego życia przez palce.

Ale popularność zyskał pan ogromną.

W 1989 miesięcznik „Sukces” zrobił badanie, kto jest najpopularniejszy w Polsce i wyszło, że ja.

To spore osiągnięcie.

Traktowałem to jako żart, ale rzeczywiście popularność była totalna. Był czas, że równocześnie w Polsacie robiłem „Dyżurnego Satyryka Kraju”, w TVP1 „Śmiechu warte” i w TVP2 „Herbatkę u Tadka”. „Herbatkę u Tadka” kręciłem do czasu pierwszych rządów PiS-u. Wtedy mnie zdjęto, mimo że program oglądało z 1,5 miliona widzów.

W trakcie naszej wizyty w Muzeum Karykatury i podczas rozmowy w parku podeszło do pana kilka grup nieznajomych osób, żeby porozmawiać i zrobić sobie z panem zdjęcie. To oznacza, że wciąż jest pan mocno obecny w świadomości ludzi.

Nagrywałem jakiś czas temu na TikToka krótkie filmy, namówił mnie do tego kolega. I niektóre miały po 200 albo 300 tysięcy odtworzeń. Ale kolega przestał dzwonić. Poza tym moi znajomi nawet nie wiedzą, co to TikTok. A przecież to łatwizna, pogadać do telefonu. Tylko że mi się nie chce.

Muzeum Karykatury fot. Julia Pietrzak