Tove Ditlevsen. Zło zwyczajnych ludzi
( 31.03.2026 )
Ostatnia książka Ditlevsen, „Pokój Vilhelma”, zaczyna się tam, gdzie kończy się ostatnia cześć „Trylogii kopenhaskiej”, „Uzależnienie”. Uzależnienie, ale przecież także i małżeństwo, bo duński tytuł książki, „Gift”, bazuje na, nieoddawalnej w języku polskim, dwuznaczności tego słowa – to zarazem trucizna i małżeństwo.
Przez dwadzieścia lat, aż do samobójstwa, które popełniła w 1976 roku, Tove Ditlevsen pracowała dla tygodnika „Familie Journal”. Odpowiadała na listy czytelników, łącznie ponad 4000. Jej odpowiedzi, zebrane w książce „Små hverdagsproblemer: Tove Ditlevsens brevkasse i Familie Journal 1956-1976” (Małe problemy codzienne: Listy Tove Ditlevsen w Familie Journal 1956-1976). Dzięki listom poznajemy stosunek duńskiej pisarki do wszelkich zagadnień związanych z tytułową codziennością: do relacji damsko-męskich, problemów małżeńskich, problemów rodzicielskich. Niekiedy pozwala nam to poznać ją znacznie lepiej, niż gdybyśmy po prostu sięgnęli po jej autobiograficzne książki, które zawsze zawierają pewną dozę autokreacji. Poznajemy w nich owo pisarskie „ja” skonfrontowane z tym, co autorka uznała za warte konfrontacji, literackiego obrobienia i opowiedzenia o tym czytelnikom: innymi mężczyznami, problemem z narkotykami, pragnieniem miłości, rozbiciem sufitu przynależności klasowej. W listach – też pewnie w jakiś sposób selekcjonowanych, choć czasem pytania w nich zawarte są zupełnie banalne, jakby wszystko jednak przechodziło – poznajemy „ja” pisarki w konfrontacji z cudzym życiem, w świetle zupełnie przygodnych relacji: z drugim człowiekiem, który pragnie spytać Tove Ditlevsen, już wtedy sławną na całą Danię autorkę książek, o rzeczy, o które nie ma śmiałości spytać kogoś innego. Dostaje rzetelne odpowiedzi, bo autorka „Trylogii kopenhaskiej” traktuje każdego, niezależnie od tego jak głupie zada pytanie, z najwyższą powagą.
Najciekawsze są dla mnie pytania dotyczące relacji damsko-męskich, bo często padają tam odpowiedzi, których po Ditlevsen – przenikliwej przecież faktografce patriarchatu, związanych z nim męskich nadużyć i blefów – byśmy się nie spodziewali. Kobiecie, która zyskuje autonomię dzięki zarobkom, radzi, żeby rzuciła pracę, innej radzi, żeby została przy mężu, który ją zdradza i bije. Jeszcze innej protekcjonalnie wmawia, że fakt, że mąż ogląda pornograficzne pisma, jedynie wzmaga jego pożądanie względem młodziutkiej adresatki. Z lektury tego zbioru wyłania się nieznany obraz Ditlevsen, który – wydaje mi się – rzutuje na percepcję jej dzieł, a przynajmniej tej jej części, która traktuje o gehennach małżeństwa. Temat wybrzmiał szczególnie mocno w późniejszej twórczości pisarki, w książkach wydawanych w trakcie rozpadu jej turbulentnego związku z Victorem Andreasenem, dyplomatą, dziennikarzem i ważną osobistością dwudziestowiecznej duńskiej kultury i polityki. Najdobitniej zaś o torsjach tego małżenstwa Ditlevsen opowiada w ostatniej swojej książce, „Pokoju Vilhelma”. To wiwisekcja poniżeń, których doświadczała ze strony niegdyś ukochanego człowieka, w pięćdziesięciolecie śmierci Tove Ditlevsen wydana w przekładzie Iwony Zimnickiej.
Tove Ditlevsen, „Trylogia kopenhaska”, Wydawnictwo Czarne
Piekło to on
Zanim jednak przyjrzymy się bliżej tej ostatniej relacji, tak toksycznej, że śmierć była jej zwieńczeniem, skupmy się na razie na początkach ścieżki twórczej duńskiej pisarki. Choć jej kariera to przebijanie się przez patriarchalny porządek, by dotrzeć na sam szczyt, na koniec pisarka w defetystycznym geście usankcjonuje go i przyklepie, jakby nie widziała innej drogi dla świata niż kompromis wobec destrukcyjnej siły męskiego autorytetu.
Pisarka przychodzi na świat w momencie szczególnym – w 1917 roku, dwa lata po uchwaleniu w Danii prawa do głosowania i startu kobiet w wyborach parlamentarnych. Zaraz potem duński Riksdag uchwalił również szereg ważnych ustaw dotyczących równości, w tym ustawę o równych wynagrodzeniach dla kobiet zatrudnionych w sektorze publicznym oraz ustawę o równym dostępie kobiet i mężczyzn do stanowisk w służbie publicznej. W 1924 roku socjaldemokratka Nina Bang zostanie pierwszą kobiecą ministrą na świecie. Niby wiał ten wiatr zmian, niemniej wciąż dość mizerny, zwłaszcza pośród biednych rodzin smutnego, robotniczego Vesterbro, a konkretnie ulicy Hedebygade – tytułowej ulicy dzieciństwa z drugiej książki prozą Ditlevsen. „Na samym dnie dzieciństwa stoi mój ojciec i się śmieje. [...] Ojciec ma pewne prawa, ponieważ jest mężczyzną i utrzymuje nas wszystkich. Matka musi się z tym pogodzić, lecz nie robi tego bez protestów” (wszystkie cytaty z tłumaczonych na polski książek Ditlevsen są przetłumaczone przez Iwonę Zimnicką). Tak w „Trylogii kopenhaskiej” pisarka opisuje wczesne lata swojego życia. Ojciec jest w centrum, bo zarabia pieniądze, brat jest od niej ładniejszy i mądrzejszy („Edvin jest ładny, a ja brzydka. Edvin jest mądry, a ja głupia”), jest bardziej kochany przez matkę, o miłość której Tove zabiegać będzie do końca jej życia, a nawet dłużej, bo wydaje się, że jej usilne pragnienie bycia kochaną, które zaprowadzi ją w niekoniecznie troskliwe ramiona mężczyzn, ma swoje źródło w powściągliwej w okazywaniu uczuć matce. To wobec matki Ditlevsen zdaje się mieć poczucie winy, lęk o bycie niewystarczającą: „Mój stosunek do niej jest intensywny, bolesny i rozedrgany, zawsze szukam oznak miłości. Wszystko, co robię, służy jedynie temu, by ją zadowolić, skłonić do uśmiechu, powstrzymać jej wściekłość”. Ten osobliwy stosunek córki do matki wspaniale ujęty jest w opowiadaniu Ditlevsen „Kogel-mogel”, gdzie bohaterka, mała dziewczynka, zostaje przyłapana na dość niezręcznym chowaniu do portmonetki matki jej ciężko zarobionych pieniędzy. Dziewczynka nie ma zamiaru niczego ukraść, ale nieustannie towarzyszące jej poczucie winy o to, że jest dla matki finansowym obciążeniem, kończy się tym, że na widok matki wypuszcza portmonetkę z dłoni i przyjmuje sztywną postawę osoby nakrytej na występku. Matka gniewa się na nią przez dłuższą chwilę, ale w końcu pozwala jej zrobić sobie tytułowy kogel-mogel. Wszystko kończy się dobrze, tak jak może życzyłaby sobie tego prawdziwa Ditlevsen. W życiu jednak, inaczej niż w literaturze, ten gest pojednania nie ma miejsca. Matka wprawdzie jest jej orędowniczką w momencie wczesnych, dość niepewnie stawianych kroków: „Żona marynarza na ścianie wciąż tęsknie wypatrywała męża, lecz ani moja matka, ani ja nie potrzebowałyśmy w naszym świecie mężczyzn czy chłopców. Nasze dziwne i niezmiernie kruche szczęście miewało się dobrze jedynie wówczas, gdy byłyśmy same ze sobą, a kiedy przestałam być małym dzieckiem, tak naprawdę już nigdy nie wróciło [...]”, lecz koniec końców zaszczepi w niej dojmujące poczucie pustki, niepewności w tym okropnym świecie skrojonym przez mężczyzn dla mężczyzn, a w szerszym planie – przez bogatych dla bogatych. Horyzontem chwiejnego istnienia Ditlevsen będzie miłość, tak naprawdę zaś jej widmo, za którym z kolei stoi nieustanny brak.
Tove Ditlevsen, „Trylogia kopenhaska”, Wydawnictwo Czarne
Życie na miarę literatury
Od wczesnych lat ten brak jest wypełniany marzeniami o sukcesach literackich, które z początku spotykały się z sarkastycznym przyjęciem ze strony ojca i brata. To bratu wróżono karierę literacką – dziewczyna, mówiono, nie może zostać pisarką. W tej kwestii nie uchwalono jeszcze ustawy dotyczącej równości, toteż znane wówczas duńskie pisarki można policzyć na palcach jednej ręki: Karin Michaelis, Thit Jensen, Agnes Henningsen, Marie Bregendahl. Nikt jeszcze wówczas nie znał Karen Blixen, o Huldzie Lütken, której wiersz Ditlevsen z entuzjazmem przeczytała w magazynie literackim „Vild Hvede”, mało kto słyszał.
Literackie poletko było silnie zdominowane przez mężczyzn, kariera pisarki istniała więc wyłącznie w sferze marzeń nielicznych: „Kiedyś zapiszę wszystkie płynące przeze mnie słowa. Kiedyś inni ludzie będą je czytać w książce i dziwić się, że dziewczyna może jednak zostać pisarką”. Trzeba było zatem nie lada woli i samozaparcia, żeby świadomość Duńczyków i nie tylko Duńczyków zmienić. Tym bardziej niesamowity jest fakt, że dziś, gdy myśli się o duńskiej literaturze, do głowy najpierw przychodzą kobiety: Karen Blixen, Tove Ditlevsen, Inger Christensen. Żeby jednak ów stan rzeczy odmienić, należało najpierw wywrócić stolik ze znaczonymi na korzyść mężczyzn kartami. A żeby to zrobić, Ditlevsen uciekła się do fortelu.
Sam talent wówczas nie wystarczył, trzeba najpierw było zawrzeć małżeństwo z rozsądku. Kandydatem został redaktor naczelny wspomnianego „Vild Hvede”, 31 lat starszy Viggo F. Møller. To on wcześniej przyjął do druku wiersz Ditlevsen i dał jej nadzieję, że uda jej się spełnić marzenie o pisaniu. Rozgorączkowana dwudziestolatka podejmuje decyzję o wyjściu za mąż jeszcze przed zobaczeniem Møllera na żywo. Różnica wieku zdaje się nie grać roli, zresztą – jak sama stwierdzi w wywiadzie dla duńskiej telewizji 40 lat później – trudno było wówczas znaleźć kogoś, kto nie był bezrobotny albo nie miał już dziecka. Jeszcze zanim wezmą ślub, Møller w 1939 roku pomoże wydać Ditlevsen (dedykowany mu) debiutancki zbiór wierszy zatytułowany „Pigesind” (Dziewczęca dusza), który zawiera 32 formalnie wycyzelowane, mocno zrytmizowane, rymowane wiersze traktujące o niepokojach tytułowej dziewczęcej duszy. Z perspektywy prawie stu lat pierwsza książka poetycka autorki „Ulicy dzieciństwa” wciąż ma w sobie niezaprzeczalny urok, młodzieńcze, nieco naiwne, pełne strachu, ale i nadziei spojrzenie na płonący świat – bo przypominam, mamy rok 1939. Żeby je docenić należy jednak wpierw wyzbyć się cynizmu, który obytemu w literaturze śledziennikowi nakazywałby skwitować te pierwsze literackie próby jako „dziewczyńskie ple-ple”. I choć dziś kojarzy się Ditlevsen przede wszystkim z prozą, jej wiersze wciąż stanowią istotną cześć duńskiego kanonu nauczanego w szkole. Niektóre z nich, jak choćby „De Evige Tre” („Wieczny trójkąt”), „Dødens ånde” („Tchnienie śmierci”) czy „Blinkende lygter” („Migające światła”: kto pamięta komedię Andersa Thomasa Jensen pod tym samym tytułem, doskonale wie, o czym mówię), są klasykami duńskiej liryki i w kraju Hamleta zna je niemal każdy. Niektórzy dzięki wydanej w latach 80. i do dziś szalenie popularnej płyty Anne Linnet zatytułowanej Barndommens Gade („Ulica dzieciństwa”).
Tove Ditlevsens Skole, szkoła podstawowa na Enghave Plads 21, dzielnica Vesterbro w Kopenhadze, fot. Maciej Bobula
Małżeństwo Ditlevsen z Møllerem przetrwało ledwie dwa lata. Jak sama później przyznaje w „Trylogii”: „Mówi się, że przez pewien czas wykorzystywałam Vigga F., ale wystawiłam go do wiatru, kiedy mogłam już sobie radzić sama. Odpowiadam Mortenowi, że jest w tym ziarnko prawdy [...]”. Jeszcze będąc z nim, pisze swój debiut prozatorski, „Man gjorde et barn fortræd” (Ktoś skrzywdził dziecko), który wyda w momencie rozpadu pierwszego małżeństwa. Na horyzoncie będzie już wówczas Piet Hein, a swoje rozdarcie pomiędzy dwoma mężczyznami Ditlevsen opisze we wspomnianym już tu wierszu „De evige tre” (Wieczny trójkąt):
Z drogą dwóch mężczyzn na świecie
krzyżuje się droga ma,
jeden to ten, co mnie kocha,
drugiego kocham ja.
Jej pierwsza powieść jest ogromnym sukcesem, choć traktuje o bardzo trudnym temacie, opisanym tak przejmująco, że wydawałoby się, że jest to książka autobiograficzna. Sama Ditlevsen twierdzi jednak, że: „W pewnym sensie jest to książka o mnie samej, chociaż nigdy nie przeżyłam tego, co dotyka moich bohaterów”. Historia dotyczy młodej dziewczyny, pochodzącej z klasy robotniczej Kirsten, która – jak później często będzie miało miejsce w prozie literackiej Ditlevsen – w wielu miejscach jest tożsama z autorką i jej otoczeniem. Przejawia się to choćby w opisie jej rodziców, którzy toczka w toczkę przypominają jej własnych rodziców opisanych w „Trylogii”. Ojciec jest tu robotnikiem z silnie rozwiniętą świadomością klasową i socjaldemokratycznymi poglądami, matka kurą domową wiecznie zlęknioną o to, jak inni postrzegają jej rodzinę, a szczególnie córkę, która wraca do domu późnymi wieczorami. Sama Kirsten, podobnie jak autorka, wchodzi w dojrzałość z dużą dozą strachu i niepewności. Świat jest dla niej labiryntem, grą w poznanie, której tajemne reguły odkrywamy i oswajamy wraz z nią. Jedną z największych niewiadomych na początku jest osobliwość bohaterki, która już autobiograficzna nie jest. Kirsten z niewyjaśnionych przyczyn odczuwa bowiem lęk przed mężczyznami. Kiedy w końcu dowiadujemy się, co, a raczej kto, stoi u źródła tego lęku, możemy doświadczyć, że posłużę się tu słowami pisarki Malene Ravn ze wstępu do współczesnego wydania tej książki, jednej z najbardziej poruszających scen w literaturze duńskiej. Sceny, która – jak się okaże w dalekiej przyszłości – rzuci złowieszczy cień na samą autorkę.
Tove Ditlevsens Mindehave, restauracja na Enghavevej 4, dzielnica Vesterbro w Kopenhadze, fot. Maciej Bobula
Awanse miłosne, awansy społeczne
Po wydaniu debiutów, poetyckiego i powieściowego, kariera Ditlevsen nabiera rozpędu, którego, jak się okaże, nic już nie zatrzyma. Wydaje powieść za powieścią, wspomnienia, opowiadania, kolejne tomy poezji, książki dla dzieci, eseje, wspomniane listy do czytelników. A wszystko to – jak sama mówiła – żeby dowieść, że nie jest gorsza, że potrafi, choć wewnętrzny głos wciąż powtarza jej, że jeden fałszywy krok i wszyscy się dowiedzą, że jest oszustką, że nic nie potrafi, a wszelkie sukcesy to jedynie wypadek przy pracy.
W 1943 roku wydaje swoją najsłynniejszą powieść, wielokrotnie już tu wspominaną „Ulicę dzieciństwa”, która z miejsca staje się klasykiem i ugruntowuje pozycję dziewczyny z Vesterbro jako czujnej obserwatorki klas nieuprzywilejowanych, realistki społecznej z krwi i kości. Tym razem bohaterką powieści Ditlevsen czyni swoje alter ego Ester, dziewczynę, która marzy o bogactwie, pięknych rzeczach, perspektywie na wyjście poza tytułową ulicę dzieciństwa, Hedegade 30A. Wie, że jedną z nielicznych dostępnych dróg awansu jest ta, która przez powaby i wdzięki prowadzi wprost do serca jakiegoś mężczyzny z pozycją, najlepiej majętnego. Ten fantazmat tkwi w niej tak głęboko, że wmawia sobie, że seksualne awanse szefa, nie będące niczym innym jak molestowaniem, są dowodem na siłę jej kobiecego uroku.
Miarą tego, ile punktów stycznych „Ulica dzieciństwa” ma z prawdziwym życiem jej autorki, są wspomnienia Ditlevsen. Od 1967 roku ukazują się kolejno „Dzieciństwo” i „Młodość”, a kilka lat później „Uzależnienie”. Składają się na „Trylogię kopenhaską”, książkę, która dała Ditlevsen drugą młodość w Polsce i zyskała niespotykaną dotąd popularność. Kiedy w 2022 roku opowiadałem znajomym Duńczykom, z którymi mieszkałem wówczas w mieszkaniu studenckim w tak zwanym bofælleskab (wspólnota mieszkaniowa złożona z wybudowanych specjalnie w tym celu szeregu połączonych ze sobą budynków, wspólnej pralni i jadalni), że jej wydane w 2021 roku w Polsce książki, czyli „Ulica i „Trylogia” właśnie, wymieniane były wśród najlepszych powieści zagranicznych, robili wielkie oczy, że taka – cytuję ich słowa – ramota wciąż może oddziaływać na tak szeroką skalę. Może, musiała tylko trafić na swój czas. Czas, kiedy opowieści o awansie społecznym na nowo zaczęły rozpalać wyobraźnię inteligencji, która sama ledwo zdała sobie sprawę z awansu swojego bądź swoich rodziców. Piszę „na nowo”, bo one zawsze były: świadczy o tym „Trylogia kopenhaska”, świadczą wczesne książki Annie Ernaux, w naszym, polskim kontekście, najdobitniej świadczą zaś pamiętniki młodego pokolenia Polski Ludowej.
Wspomnienia Ditlevsen nigdy tak naprawdę nie były ramotą. Takie książki nigdy się nie starzeją – zbudowane jak wartka, wciągająca opowieść, napisane klarownym, zwartym językiem z poetyckimi wtrętami, które zawsze są w punkt, jak choćby sławetny passus o dzieciństwie szytym na miarę, jak ubranie. Tematyka „Trylogii” może przez chwilę przestała być aktualna, bo takiej biedy, jak zaznała Ditlevsen, potem już w Danii nie było, ale nierówne szanse na lepsze życie zawsze były. Im bardziej owe nierówności rosły w późnym kapitalizmie, tym większą popularność zdobywało opus magnum pisarki. Ale to przecież książka nie tylko o tym. To przede wszystkim dzieło o wyszarpywaniu sobie miejsca w świecie, który – przynajmniej w punkcie wyjścia – nie został skrojony na kobietę.
Dom Ditlevsen z lat dziecięcych, Hedebygade 30A, dzielnica Vesterbro w Kopenhadze, fot. Maciej Bobula
Pokój z trupem w szafie
Ostatnia książka Ditlevsen, „Pokój Vilhelma”, zaczyna się tam, gdzie kończy się ostatnia cześć „Trylogii kopenhaskiej”, „Uzależnienie”. Uzależnienie, ale przecież także i małżeństwo, bo duński tytuł książki, „Gift”, bazuje na, nieoddawalnej w języku polskim, dwuznaczności tego słowa – to zarazem trucizna i małżeństwo. Życie z Andreasenem, który uratował ją z nałogu narkotykowego, jawi się jak początek bajkowego życia: „Kochaliśmy się, wystarczaliśmy sobie nawzajem, mieliśmy też dzieci. Znów zaczęłam pisać, a gdy rzeczywistość stawała się jak ziarenko piasku drażniące oko, kupowałam butelkę czerwonego wina i wypijaliśmy ją razem”. Po latach jednak jasne stało się, że piekło małżeństwa miało ciążyć na Ditlevsen do końca jej życia. O tym przede wszystkim traktuje „Pokój Vilhelma”.
Bohaterka Lise Mundus (nosi panieńskie nazwisko matki Ditlevsen) to pisarka we własnej osobie, dochodząca do siebie tuż po nieudanej próbie samobójczej, którą zresztą w detalach opisuje na stronach książki. Jest to też kronika zapowiedzianej śmierci, bo Lise z rozbrajającą szczerością informuje, że podejmie kolejną próbę odebrania sobie życia, zresztą podobnie jak sama Ditlevsen w wywiadach udzielanych przed śmiercią. Co jednak jest nowe i świeże u pisarki w jej ostatniej książce, to holistyczne, autoironiczne spojrzenie na swoje życie i karierę.
Oprócz relacjonowania turbulentnych wydarzeń z życia uczuciowego Lise, które podaną są tu w trzeciej osobie, zdarza się narratorce w bardzo zmyślnych – ale i upiornych, jeśli zna się koniec tej historii – autotematycznych wtrętach wyznać na przykład, że chce zamordować swoją bohaterkę. „Nigdy bowiem nie wolno pozwolić swoim bohaterom działać na własną rękę. Już i tak źle się stało, że kierując się wyłącznie niecierpliwością i chęcią pozbycia się Lise, tu, w jej ostatniej książce, w zasadzie robię z niej gorszą, niż jest”. Czyli, poukładajmy to sobie, autorka, która sama niebawem popełni samobójstwo, w swojej ostatniej książce chce się pozbyć bohaterki z ostatniej książki tejże bohaterki i tym samym przedstawia ją w niekorzystnym świetle.
Zdarza się Ditlevsen z wyszukaną ironią skomentować sposoby, w jakie prasa próbowała tworzyć krzepiące historie o niej samej: „Ku zdumieniu Very (dziennikarki przeprowadzającej wywiad z bohaterką-autorką – przyp. aut.) Lise opróżniła kieliszek jednym haustem. Czyżby naprawdę była pijaczką? Na jej temat krążyły najbardziej szalone plotki, ale czytelnikom nic do tego. Chodziło o przedstawienie sympatycznego obrazu dzielnej kobiety, która mimo swojej prawie nieodżałowanej straty potrafiła wziąć się w garść i już zaczęła pracować nad następną książką”. Ditlevsen w „Pokoju Vilhelma” to Ditlevsen pozbawiona złudzeń, szczera do bólu, odnosząca się do samej siebie i osób dookoła ze sporą dawką cynizmu, jakby nic nie było w stanie jej zaskoczyć, ucieszyć, dać powód, by dalej żyć. Winnym tego stanu rzeczy wydaje się być tytułowy Vilhelm, czyli Victor Andreasen, z którym życie okazało się, jak już wspomniałem, piekłem. A w zasadzie najniższym jego kręgiem. Andreasen zdradzał, poniżał, bił pisarkę, pił przy tym na umór. Ich związek rzeczywiście wypełniał szpalty gazet, oboje byli bowiem osobami publicznymi. Do tego też nawiązuje Ditlevsen, opisując w Pokoju Vilhelma wspomniany wywiad udzielony prasie. Andreasen sam był dziennikarzem i reformatorem duńskiej prasy, kiedy prowadzony przez siebie „Ekstra Bladet” wyciągnął z kryzysu finansowego. W gazecie zaczęły pojawiać się bardziej bezpośrednie i konfrontacyjne teksty, a także elementy tabloidowe, jak choćby zdjęcia nagich dziewczyn na ostatniej stronie. Duńczycy czytający „Pokój Vilhelma” doskonale wiedzieli więc, kim jest ów tytułowy paskudny typ, co też nadawało recepcji powieści plotkarskiego wymiaru. Dziś, z perspektywy już przeszło półwiecznej, zyskujemy jeszcze inny ogląd tego koszmarnego stanu rzeczy, jakim było ostatnie małżeństwo Ditlevsen. W „Pokoju Vilhelma” tego wątku zabrakło.
Z jednej strony wyszły nowe książki, rzucające więcej światła na życie i twórczość pisarki, jak choćby wspomniana we wstępie „Små hverdagsproblemer”. Nadszarpnęły one wizerunek autorki „Trylogii” jako ostoi kobiecej siły w pisarskim, czytaj: męskim, świecie. Możliwe, że szkodliwe porady, których udzielała niepewnym swego związku małżeńskiego kobietom, wynikały z jej własnego uzależnienia od toksycznego małżonka: „Lęk przed Vilhelmem tkwił we mnie jak grzyb wywołujący zgniliznę w drzewie i wiązał mnie z nim mocniej niż miłość”. Wyszła z tego związku poturbowana bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu. Strach pomyśleć, co mogło się stać z kobietami, które posłuchały jej rad.
Ale nie to jest w tym wszystkim najgorsze. Jeden z najlepszych passusów powieści dotyczy banalności zła. Ditlevsen komentuje w nim zachowanie kolegi Vilhelma z pracy, który „udostępnia” mu swoją młodą kuzynkę. Fragment ten zyskuje zupełnie złowieszczy wymiar, jeśli odnieść go do kolejnej niedawno wydanej książki o Ditlevsen: wspomnień jej wnuczki, Lise Munk Thygesen, „Tove Ditlevsen var min mormor” z 2023 roku („Tove Ditlevsen była moją babcią”).
Thygesen w swojej książce pisze wprost o tym, że Andreasen molestował seksualnie jej matkę, córkę Tove Ditlevsen, Helle Munk, kiedy ta miała 19 lat. Prawdę odkryła po śmierci matki w 2008 roku, kiedy porządkowała jej rzeczy i znalazła teczkę z listami od Andreasena. Pośród nich był na przykład taki list, w którym Andreasen pisze, że nie może już mieszkać z nimi, że jest to żenująca sytuacja, ale oboje do niej doprowadzili. Obok zaś list samej Ditlevsen do córki, gdzie wyznaje, że tęskni za nią jako matka, ale bez niej – jako rywalki – może sobie spokojnie poradzić. Trudno pojąć tę pokrętną logikę, zwłaszcza jeśli wychodzi spod pióra tak przenikliwej pisarki. Ale listy do czytelników „Familie Journal” pozwalają zrozumieć, w jaki sposób i dlaczego Ditlevsen formułowała te retoryczne fikołki, choć tu ciężar sprawy jest, jakby nie patrzyć, dużo większy.
W tym samym miesiącu, co książka Thygesen, na ekrany wszedł też film Martina Zandvlieta zatytułowany „Toves værelse”, czyli „Pokój Tove”, kammerspil rozegrany w tytułowym pokoju, salonie wypełnionym po sufit książkami, pomiędzy dwoma głównymi postaciami: Tove i Victorem. Niewinna z pozoru rozmowa eskaluje do podlewanej suto alkoholem szermierki słownej, w której padają słowa, wydawałoby się, nie do odwołania. Potem wszystko zostaje odwołane i znów jest miło. Ale znów do czasu. W filmie pojawiają się również nawiązania do molestowania córki Ditlevsen, ba, czyni on z tej informacji punkt kulminacyjny, co widzów – czyli na przykład mnie, który poszedłem na film w dzień premiery – mogło wprawić w nie lada konfuzję.
„Toves værelse”, reż. Martin Zandvliet, mat. prasowe
Zadziwiające, że ten temat, mimo potencjału prawdziwej medialnej bomby, przeszedł w Danii bez większego echa, jakby nie spodziewano się po pisarce-geniuszce, znanej już jako narkomanka, pijaczka i skandalistka, jakkolwiek sprawnego kompasu moralnego. Możliwe, że Duńczykom łatwiej przychodzi oddzielanie twórczość od twórczyni, a może szerzej znane są też autokrytyczne wypowiedzi Ditlevsen na swój własny temat, jak choćby ta z książki „Tove Ditlevsen om sig selv” („Tove Ditlevsen o sobie samej”) z 1975 roku, że „z tym wszystkim, co dotyczy bycia porządnym człowiekiem, dałam sobie spokój”.
A czy żałowała? Chyba też nie bardzo, bo w nagraniu dostępnym w archiwach Danmarks Radio, zapytana przez dziennikarkę o to, jak miałby brzmieć jej nekrolog, odpowiada:
– Powiedziałabym, że umarła szczęśliwa, nie żałowała niczego, nie przegapiła niczego i poszła najdalej, jeśli chodzi o możliwości kobiety na tym świecie.
– Czyli że nie da się pójść dalej?
– Nie.