Dezider Milly, Madona slovenských hôr, olej na płótnie, 1965
Dezider Milly, „Madona slovenských hôr”, 1965

Łemkowie zawsze byli, są i teraz. „Formy obecności” w Państwowym Muzeum Etnograficznym

( 25.03.2026 )

Balansując między tym, co było, a tym, co obecnie dzieje się w regionie, warto zadać sobie pytanie, czym sztuka łemkowska właściwie jest? Jak mówić o sztuce łemkowskiej, czyli sztuce mniejszościowej, w kontekście późnej nowoczesności?

Dobrze się dzieje w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Dekolonizacja przebiega tam idealnie, bo nie wpada w moralne dewocje, które niczego nie zmieniają („ach, byliśmy głupi!”), tylko daje nam nowy wgląd to, co teoretycznie powinno być znane od dawna. Mało tego, zjawiska przedstawiane w muzeum są wpisywane w szerszy kontekst, co pomaga zrozumieć cały proces zmian, zamiast po prostu zachęcać do zawieszenia oka na obiekcie. To muzeum narracyjne, z przypisami, ale takie, gdzie artefakt i obiekt są nadal najważniejsze. Wielka w tym zasługa dyrektorki, Magdaleny Wróblewskiej, która od lat zajmuje się zmianą paradygmatu muzealnego, czyli namysłem nad przedstawianiem tego, co trudne lub przemilczane. A może też i nieuświadomione, przez lata niepoddawane refleksji i wpisane w dotychczasowe ramki „egzotyki z morskiej pianki”. Ulga, że wreszcie można odwiedzić instytucję świadomą sposobów, w jakie narracje o mniejszościach były historycznie konstruowane, oraz gotowej poddać je krytycznemu namysłowi we współczesnym kontekście.

*Reklama

Ostatnie wystawy czasowe pokazują szeroki zakres refleksji nad kulturą i tożsamością: od stycznia 2026 można oglądać „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich”, prezentującą twórczość artystów i artystek z karpackiej społeczności łemkowskiej i rusińskiej oraz próbującą przywrócić tym osobom należne miejsce w historii sztuki europejskiej. Do końca kwietnia 2026 trwa również ekspozycja „Wybielanie”, opowieść o kolonialnych narracjach w kulturze, a zarazem autokrytyczna prezentacja przeszłości samego muzeum. W ubiegłym roku instytucja gościła też między innymi wystawę fotografii „Ernest Cole: fotograf na wygnaniu”, poświęconą codzienności i godności Afroamerykanów Harlemu, oraz wystawę „Kolekcjonerka. Teresa Szwedkowicz (1930–2001)”, ukazującą charakterystyczne elementy tradycyjnych strojów i haftów. Oprócz tego przygotowano ekspozycje takie jak „Afrotopie” i „Dwie dusze twórcy ludowego”, które podkreślały różnorodność perspektyw i dialog kulturowy w muzealnych narracjach. Wspomnę jeszcze o roku 2024 i świetnej wystawie Magdaleny Shummer z kręgu sztuki nieprofesjonalnej, którą szczególnie cenię. Na przekór napisowi przy wejściu do Muzeum, „Drzwi są ciężkie, ale warto podjąć próbę”, kiczyk Shummer jest wesoły i przystępny (dziękuję szczególnie za wielkiego tygrysa oraz portret Magdy Gessler), ale  przy tym doskonale wie, w których zwierciadłach historii sztuki się odbija. No właśnie, znowu ta kontekstowość. W niej upatruję sukcesu najnowszej wystawy, czyli „Form obecności”.

Co poza Warholem?

Nie wolno jednak dopuścić do tego, aby była ona postrzegana tylko przez pryzmat prac Andy’ego Warhola. Owszem, jedna z nich stanowi puentę, kiedy w ostatniej sali i zarazem części wystawy, która nosi tytuł „Transpop. Dziedzictwo w transformacji” (ze srebrnymi ścianami, w stylu pracowni Warhola zwanej Fabryką) zestawia się znany portret Marilyn Monroe z ikoną św. Mikołaja z XVI wieku. Na wystawie są również cztery inne prace Warhola, ale nie z powodu renomy artysty, lecz jego tożsamości. Matka Warhola, Julia, najważniejsza kobieta jego życia, pochodziła bowiem z terenów dzisiejszej Słowacji. Urodzona w małej karpackiej wiosce, prowadziła syna do cerkwi, opowiadając mu o religijnych kontekstach. W jej listach, które są częścią wystawy, a także w relacjach samego Warhola, widać wpływ tego regionu na to, jak artysta postrzegał wspólnotę, jak odnosił się do spraw duchowych i do konsumpcjonizmu made in USA. Warhol na wystawie jest haczykiem, który ma przyciągać publiczność, podobnie jak Nikifor czy Jerzy Nowosielski, i dzięki temu poznajemy wiele innych osób artystycznych: Mykołaja Fedaka, Mychajla Orysyka i Paraskę Płytkę-Horytstvit. Są i współczesne prace, choćby fotografie Katarzyny Szwedy, pokazujące napięcie między dziedzictwem lokalnej kultury, upływem czasu, migracją i tym, co zostaje z miejsca, w którym przyszło nam się urodzić. Wyjątkowo ciekawie grają z poszukiwaniem tożsamości obrazy Dawida Zdobylaka – znakomity cykl o jego dziadku albo seria portretów postaci zamieszkujących region, utrzymanych w magicznej aurze.

Dziękujemy!

Dawid Zdobylak, „W dniu końca świat”, 2023-2024, dzięki uprzejmości artysty i PME

Życie na własnych zasadach

Natomiast druga sala wystawy, związana z naturą i przyrodą, przypomniała mi moje własne wędrówki po górach – pierwszy raz zetknęłam się z kulturą łemkowską ponad dwadzieścia lat temu, odwiedzając stare chaty zamieszkiwane między innymi przez Jacoba i innych wolnych duchów. Słyszałam o tym, że niektórzy chcą przenosić domy w inne miejsca, aby uchronić je przed rozbiórką lub ruiną. Bieszczady pod koniec lat dziewięćdziesiątych były już napchane, w Beskidach za to osiadali ci, którzy chcieli naprawdę żyć na własnych zasadach.

*Reklama

Dziękujemy!

Dezider Milly, „Letná krajina pri Sabinove”, 1968, dzięki uprzejmości PME

Dziękujemy!
( Film ) ( Rozmowa ) ( Anton Ambroziak )

Nigdy nie prosiłam, żeby pozowali. Rozmowa z fotoreporterką wojenną, Agatą Grzybowską, o pracy na planie „Hamneta”

Tutaj na przykład powstało w 1996 roku Wydawnictwo Czarne działające do dziś, prowadzone przez Monikę Sznajderman i Andrzeja Stasiuka (obecnie działające w Wołowcu). Z kolei moja koleżanka, Maria Strzelecka, napisała po latach punkowania i podróży trzy części książek dla dzieci, z których pierwsza, „Beskid bez kitu”, nagradzana była za edukowanie najmłodszych o tym regionie. Maria wybudowała dom na terenie, na którym mieściła się dawniej cerkiew. Pozostałości oryginalnej podłogi są teraz elementem domu. Dodam, że współczesna łemkowszczyzna wchodzi w ciekawe duety, na przykład kultowa Watra w Zdyni gości od kilku lat punkowy festiwal, nie tylko występy ludowych zespołów. Region się rozwija, oby nie zaturystowił się za bardzo.

Łemkowie tradycyjnie zamieszkiwali obszar zwany Łemkowszczyzną, położony w Karpatach, przede wszystkim w Beskidzie Niskim oraz w części Beskidu Sądeckiego, na pograniczu dzisiejszej Polski i Słowacji. Po stronie polskiej był to pas górskich terenów rozciągający się mniej więcej między Nowym Sączem a Komańczą, natomiast po stronie słowackiej – północno-wschodnia część kraju, na południowych stokach Karpat. Łemkowskie wsie tworzyły zwarty łańcuch osad lokowanych wzdłuż dolin rzek i potoków. Charakterystyczne dla tego obszaru były drewniane cerkwie z wieżami o cebulastych hełmach, długie domy mieszkalno-gospodarcze zwane chyżami oraz układ zabudowy ciągnącej się wzdłuż jednej drogi. Po II wojnie światowej, szczególnie w 1947 roku podczas akcji „Wisła”, wielu Łemków zostało przymusowo przesiedlonych na zachodnie i północne tereny Polski oraz do ZSRR, co spowodowało rozproszenie tej społeczności. Jedynie część rodzin z czasem powróciła w rodzinne strony. Na wystawie w Muzeum Etnograficznym wątki polityczne są równie ważne, co sztuka, bo to one sprawiły, że historia poprzecinana była wieloma strasznymi epizodami, które zachwiały ciągłość kultury łemkowskiej.

Dziękujemy!

Katarzyna Szweda, „Łemkowyna”, cykl fotograficzny, 2020-2021, dzięki uprzejmości artystki i PME

Rozproszony głos

Balansując między tym, co było, a tym, co obecnie dzieje się w regionie, warto zadać sobie pytanie, czym sztuka łemkowska właściwie jest? Jak mówić o sztuce łemkowskiej, czyli sztuce mniejszościowej, w kontekście późnej nowoczesności? Kurator Michał Szymko w czasie oprowadzania po wystawie podkreślał, że nie chciał odtwarzać folkloru, pracując nad projektem wydarzenia. Zależało mu na pokazaniu, że głos Łemków / Rusinów Karpackich, mimo trudnych warunków historycznych, jest osobny. Nie chodziło również o zestawianie tej niezależnej kultury ze standardami sztuki zachodniej – patrzenie w jej stronę (Warhol) to raczej podkreślanie tego, że inspirowała się właśnie Karpatami. Ważne dla Szymki było zaznaczenie trwałej obecności, i to mimo przerwanej transmisji tożsamości, w kontekście obozu internowania w Talerhofie, akcji „Wisła”, migracji i przesiedleń. Rozproszenie i kolaż to ważne tropy wystawy. Mówi o tym choćby wspomniane już, ostatnie pomieszczenie ekspozycji, gdzie prezentowana jest instalacja Doroty Nieznalskiej. Sięgając do historii wysiedleni ludności łemkowskiej, bojkowskiej, ukraińskiej i góralskiej, korzysta z archiwum Institut für Deutsche Ostarbeit i pokazuje, jak w praktyce badania mogą przeplatać się z działaniami artystycznymi.

Kolażem jest przecież cała historia sztuki łemkowskiej. Z jednej strony jej najstarsze przejawy, czyli sztuka sakralna rozwijana przy cerkwiach greckokatolickich i prawosławnych, to drewniane świątynie o charakterystycznej, wieżowej sylwecie oraz bogato zdobione ikonostasy i ikony tworzone w lokalnych warsztatach od XVII do XIX wieku. A później, w XIX i na początku XX wieku, lokalna kultura to także świecka twórczość ludowa: rzeźba w drewnie, haft, malarstwo na szkle lub zdobnictwo domów. Wszystkie te elementy odnajdziemy na wystawie, która udowadnia: „hej, Łemkowie zawsze byli, są i teraz.” To nie żadne odkrycie, tylko pokazywanie tego, co długo było poza kanonem. Bardzo to potrzebny gest, po którym czuć ulgę, że różnorodność nadal istnieje.

„Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich”
Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie
17 stycznia – 30 czerwca 2026
kurator: Michał Szymko

( Mintowe Ciasteczka )

Nasza strona korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Jeżeli chcesz dowiedzieć się jak to działa, zapraszamy na stronę Polityka Prywatności.